1. Wstęp
KtoÅ› kto kocha
kolej, nigdy nie przejdzie obojÄ™tnie obok stojÄ…cego przy składzie,
pozornie uśpionego elektrowozu. Wyciszonym na zewnątrz szumem
wirujÄ…cych przetwornic - które nieustannÄ… pracÄ… dajÄ… przyjemny
chłód silnikom trakcyjnym - oznajmia otoczeniu, że w każdej
chwili gotów jest drgnÄ…ć i jak koń spiÄ™ty ostrogami z coraz
wiÄ™kszym impetem pociÄ…gnÄ…ć za sobÄ… w dal sznur wagonów.
Ostatnimi laty coraz liczniej pojawiajÄ…ce siÄ™ monograficzne publikacje,
starajÄ… siÄ™ coraz dokładniej ukazywać historiÄ™ i dzień dzisiejszy
żelaznych szlaków, stacji i wÄ™złów kolejowych, serii
taboru a nawet dokładnych życiorysów poszczególnych jej
egzemplarzy. Jednakże we wszystkich opracowaniach ich autorzy
zdajÄ… siÄ™ zapominać o rzeczy najważniejszej: że poÅ›ród tej
plÄ…taniny torów, rozwieszonej trakcji, feerii Å›wiateł,
przemykajÄ…cych pociÄ…gów od lat zawsze najważniejszy był, jest i
bÄ™dzie CZŁOWIEK. Człowiek, który przez dziesiÄ™ciolecia
kształtowały wizerunek stacji, parowozowni, szlaków jaki dziÅ›
dane jest nam obserwować.
Pomysł
“Maszynisty” zrodził siÄ™ w moich myÅ›lach w dniu 31 maja
1996 roku. W tym dniu mój Ojciec Włodzimierz Dołubizno po raz
ostatni zasiadł za nastawnikiem elektrowozu.
Z chwilÄ… wykonania
przez Ojca ostatniego hamowania z pociÄ…giem, poczułem ogromnÄ… radoÅ›ć
ale jednoczeÅ›nie i ulgÄ™, że 40-letnia kariera zawodowa “na
kołach” zakończyła siÄ™ szczęśliwie. GrupÄ™ zawodowÄ… jakÄ… sÄ…
maszyniÅ›ci, charakteryzuje spoÅ›ród wszystkich kolejowych
stanowisk bodaj największe ryzyko podczas wykonywania czynności
służbowych. Mimo, iż kolej uważana jest za jeden z najbezpieczniejszych
Å›rodków transportu, jednak wypadki (od których żaden
rodzaj komunikacji zbiorowej uchronić siÄ™ nie może) przeważnie sÄ…
bardzo poważne w skutkach. Nieustannie zbierajÄ… one wÅ›ród drużyn
trakcyjnych tragiczne żniwo. Może dlatego, że zawsze dużym piÄ™tnem
odbijały siÄ™ na mnie wiadomoÅ›ci o takich wydarzeniach, postanowiłem z
niekłamanÄ… radoÅ›ciÄ… oznajmić Å›wiatu, iż mój Ojciec przeprowadził
szczęśliwie wszystkie swoje pociÄ…gi. Oznajmić niejako w hołdzie dla tej
garstki maszynistów i ich pomocników, którym przez
okrutny los nie dane było dotrzeć do celu podróży. Ich służby
zakończyły siÄ™ w lesie, na łuku, wÅ›ród bezdroży, gdzieÅ› miÄ™dzy
stacjami...
Ojciec odszedł na
emeryturÄ™ z Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny jako
ostatni maszynista posiadajÄ…cy prawo kierowania wszystkich
rodzajów trakcji: parowej, spalinowej i elektrycznej. Po nim już
nikt nie może poszczycić siÄ™ takim osiÄ…gniÄ™ciem.
Niejednokrotnie u
nas w domu czy na przyjÄ™ciu zorganizowanym po zakończeniu ostatniej
jazdy byłem Å›wiadkiem barwnych wspomnień ze szlaku. Uważałem za
konieczne uchronić je od zatarcia, zapomnienia, pozostawić ten kawałek
historii dla nastÄ™pnych pokoleń. CieszÄ™ siÄ™, że w przyszłoÅ›ci moi
synowie bÄ™dÄ… mogli poczytać o Dziadku, który kiedyÅ› był
maszynistÄ….
Ojciec z poczÄ…tku
wzbraniał siÄ™ od rozpoczÄ™cia pisania wspomnień, powÄ…tpiewajÄ…c w
możliwoÅ›ci odgrzebania z pamiÄ™ci tego, co mogłoby okazać siÄ™ ciekawe.
Wysłałem do Niego list z szeregiem pytań, potem nastÄ™pne. Z radoÅ›ciÄ… po
jakimÅ› czasie wyjÄ…łem z pocztowej skrzynki pierwszÄ… partiÄ™ materiału i
po kilkukrotnym przeczytaniu z zapartym tchem sporej ilości zapisanych
kartek stwierdziłem, że: “To jest to”!
UkładajÄ…c spisane
przez Ojca wydarzenia w całoÅ›ć, niejednokrotnie zastanawiałem siÄ™ do
kogo zaadresować naszÄ… pracÄ™. Na pewno nie przede wszystkim do
maszynistów, bo trudno jest adresować do kogoÅ› opowieÅ›ć o nim
samym. ZnajÄ…c tÄ™ grupÄ™ zawodowÄ… nie mogÄ™ siÄ™ oprzeć różnym
wrażeniom jakie odbieram. Spotykałem wypowiadane przez
maszynistów opinie, że: “...w zasadzie o naszym zawodzie
niewiele można napisać...”. Ale zdarzali siÄ™ i tacy,
którzy twierdzili o: “...istnieniu na kolei takiego
fenomenu, jakim jest prowadzÄ…cy pociÄ…g maszynista...”. Dla
niektórych wiÄ™c “Maszynista” może być tylko
codziennÄ… prozÄ… życia...
Choć tytuł sugeruje
co innego, nie jest to ksiÄ…żka tylko o jednym człowieku. StaraliÅ›my siÄ™
w miarÄ™ szeroko ukazać Å›rodowisko wrocławskich maszynistów:
ludzi, tradycje, upodobania, stosunki i zmiany, które zaszły na
przestrzeni kilkudziesiÄ™ciu lat. Być może niektórym wÄ…tkom można
zarzucić nutÄ™ subiektywizmu, niewÄ…tpliwie jednak nawet takie spojrzenie
może być cennym uzupełnieniem historii zakładu pracy.
Z poczÄ…tku myÅ›lałem
także, że błÄ™dem byłoby adresowanie tej ksiÄ…żki dla ludzi,
którzy nigdy w kabinie maszynisty nie byli, nie czuli atmosfery
pÄ™du i umykajÄ…cych - pod dolnÄ… krawÄ™dziÄ… czołowego okna - torów,
a kolej znajÄ… wyłÄ…cznie ze sporadycznych wyjazdów do rodziny i
na wczasy. TraktujÄ…cych jazdÄ™ pociÄ…giem jako koniecznoÅ›ć, nie zaÅ›
przyjemnoÅ›ć. Po namyÅ›le jednak stwierdziłem, że tacy właÅ›nie
“niedzielni” podróżni mogliby siÄ™ okazać właÅ›ciwym
odbiorcÄ…. Bo tak naprawdÄ™ wiedzÄ… oni po podróży tylko tyle, że
maszynista prowadził pociÄ…g... i już.
Wiem za to na pewno, że poczucia
straconego czasu po zakończeniu lektury
nie będą mieli sympatycy kolei i podobni do mnie pasjonaci zawodu
maszynisty.
Gdy w styczniu 1997
roku rozpoczÄ…łem wstÄ™pne prace nad szkicem “Maszynisty”,
czytajÄ…c pierwszÄ… garÅ›ć wspomnień Ojca z poczÄ…tkowego okresu kariery
zawodowej, oraz przypatrujÄ…c siÄ™ zmianom na kolei nie mogłem oprzeć siÄ™
smutnym refleksjom, że wraz z odejÅ›ciem Taty na emeryturÄ™ nastÄ…pił
zmierzch wielkiej tradycji. Zawód maszynisty w moich oczach
stracił to “coÅ›”, co pociÄ…gało mnie w nim od lat. WiÄ™kszoÅ›ć
maszynistów odeszła ze swych planowych lokomotyw; zakłady taboru
rozpoczÄ™ły stosowanie “jazd amerykańskich” na
krótszych niż dotÄ…d odcinkach. Któż wiÄ™c z jeżdżÄ…cych
dziÅ› maszynistów - gdy za parÄ™ lat być może zechce zrealizować
podobny do mojego pomysł - bÄ™dzie mógł z satysfakcjÄ… stwierdzić:
“...dbaliÅ›my o naszÄ… lokomotywÄ™, jak o swojÄ… własnoÅ›ć”,
“...na mojej planowej maszynie pokonywałem najdalszÄ… trasÄ™”
czy “...mój pojazd służył mi bez przerwy kilkanaÅ›cie
lat”? Tradycje i upodobania maszynistów, wyniesione w
wiÄ™kszoÅ›ci z trakcji parowej gdzie: “...mój parowóz
Å›wiadczył o mnie”, zaczÄ™ły powoli zanikać wraz z regresem trakcji
parowej, odejÅ›ciem na zasłużony odpoczynek maszynistów
przedwojennych i zastÄ™powaniem ich przez młodÄ… kadrÄ™. Jeszcze
gdzieniegdzie w małych szopach, mocne tradycje trwajÄ… a tamtejsze
lokomotywy jakby na przekór amerykańskim jazdom dajÄ… przykład
dbałoÅ›ci drużyn trakcyjnych o tabor.
Wyrażam osobistÄ…
nadziejÄ™, że to co obserwujÄ™ obecnie jest tylko okresem
przejÅ›ciowym, że kiedyÅ› maszynista odzyska z powrotem to
“coÅ›” fascynujÄ…ce mnie od najmłodszych lat. I oby nastÄ…piło
to jak najszybciej, gdyż aby zburzyć potrzeba chwili; na odbudowÄ™
lata...
Zapraszam więc do
budki parowozu oraz kabin lokomotyw spalinowych i elektrycznych na
wspólnÄ… podróż przez lata z moim Ojcem, maszynistÄ…
Włodzimierzem Dołubizno.
2. Droga na kolej
PoczÄ…tek - jak i w
wielu podobnych przypadkach - doÅ›ć banalny. W młodzieńczych latach, gdy
przebywałem u babci w Średnicy koło Szepietowa (linia Warszawa -
Białystok) czÄ™sto przypatrywałem siÄ™ jadÄ…cym pociÄ…gom.
Fascynowały mnie sapiÄ…ce z wysiłku, buchajÄ…ce dymem parowozy. Wtedy
właÅ›nie zapragnÄ…łem zostać kolejarzem - oczywiÅ›cie najlepiej
maszynistÄ….
Po ukończeniu w 1954 r. szkoły podstawowej
pracowałem w UrzÄ™dzie Gminy Domanowo jako goniec. Po jedenastu
okolicznych wioskach roznosiłem przesyłki pocztowe. Pewnego razu, gdy
sortowałem kolejnÄ… korespondencjÄ™, natrafiłem na “Przewodnik po
szkołach zawodowych w Polsce”. Wybrałem dwa adresy i nie
mówiÄ…c nic rodzicom napisałem do szkół przy ZNTK Łapy i
ZNTK Wrocław. Po jakimÅ› czasie z pierwszej dostałem odpowiedź odmownÄ… -
brak miejsc. Natomiast z Wrocławia napisano, że zostałem przyjÄ™ty a co
najważniejsze zapewniono mi internat. Rodzicom powiedziałem o wyjeździe
dopiero dwa dni przed faktem. Gdy siÄ™ dowiedzieli, lamentom nie było
końca. Nie dlatego, że chcÄ™ siÄ™ uczyć i być maszynistÄ…. Bardziej
obawiali siÄ™ dużej odległoÅ›ci i niepewnych czasów. WielkÄ…
niewiadomÄ… były Ziemie Odzyskane i sam Wrocław. Postawiłem jednak na
swoim. Zebrałem wszystkie skromne oszczÄ™dnoÅ›ci, rodzice również
wsparli tÄ™ dalekÄ… podróż. Do stacji w Szepietowie było 20
kilometrów. Przemierzyłem je pieszo.
Gdy wysiadłem z pociÄ…gu we Wrocławiu i ujrzałem ruiny miasta, prawie
zapłakałem: Gdzie ja siÄ™ znalazłem? Okazało siÄ™ jednak, że takich jak
ja było kilku. SzliÅ›my w tym samym kierunku dawnÄ… ulicÄ…
Świerczewskiego, ŚwidnickÄ…, przez Rynek do Chrobrego. Tylko
gdzieniegdzie stał cały budynek, a w niektórych miejscach ciÄ™żko
było przejÅ›ć przez zasypane ulice. Po rozpoczÄ™ciu nauki czÄ™sto
chodziliÅ›my je odgruzowywać i wybierać cegły, które wywożono do
odbudowy Warszawy. Z biegiem czasu, czujÄ…c siÄ™ już Wrocławianinem,
patrzyłem z satysfakcjÄ… jak moje miasto budzi siÄ™ do życia. Miło
wspominam z tamtych lat czÄ™ste zabawy na powietrzu. Było biednie, ale
wesoło.
Po ukończeniu szkoły niestety nie dostałem pracy w
parowozowni Wrocław Główny, gdyż była tzw. blokada przyjÄ™ć.
Poznałem jednak ówczesnego kierownika trakcji Józefa
BurÄ™, który obiecał powiadomić mnie, jak tylko przyjÄ™cia zostanÄ…
odblokowane. Wróciłem do rodzinnego Domanowa. W styczniu 1957 r.
otrzymałem wreszcie długo oczekiwany list z Wrocławia. Miałem jak
najszybciej przyjechać. W ten sposób ponownie znalazłem siÄ™ nad
OdrÄ…, już na stałe. Do chwili załatwienia pracy w PKP, dach nad głowÄ…
zapewnił znajomy wychowawca z internatu Zdzisław Patrzałek. Styczeń
upłynÄ…ł na załatwianiu formalnoÅ›ci zwiÄ…zanych z przyjÄ™ciem na kolej.
Wreszcie otrzymałem upragniony angaż, zapewniajÄ…cy pracÄ™ w drużynach
trakcyjnych parowozowni Wrocław Główny.
3. Pierwsze służby
Dnia 31 stycznia 1957 r. odbyłem pierwszÄ… służbÄ™ jako trzeciak.
Parowóz Pt47-116 z maszynistÄ… Marianem Gawlikiem i
pomocnikiem Stanisławem DzielÄ™dziakiem prowadził pociÄ…g nr 6103
“Bohemia” relacji Praga - Warszawa. Teoretycznie do jazdy
byłem bardzo dobrze przygotowany. W szkole szczególnie
przykładałem siÄ™ do zdobycia wiadomoÅ›ci o parowozie i jego budowie.
Ponadto dużo pracowałem przy naprawach we wrocławskich ZNTK. CzÄ™sto
chodziłem do zakładowej kotłowni, gdzie były kotły od parowozów
serii Ty2. Palacze chÄ™tnie pozwalali zarzucać palenisko. Była to
doskonała praktyka. CzÄ™sto jeździłem parowozami na próby w dniu
po naprawach. Również wtedy palacze chÄ™tnie dawali palić
przyszłemu adeptowi trudnej i odpowiedzialnej sztuki prowadzenia
parowozu.
Nie byłem wiÄ™c nowicjuszem, jednak parowóz
poÅ›pieszny jakże inny od tych, które spotykałem w ZNTK wywarł na
mnie ogromne wrażenie. Duże koła, daleka trasa pociÄ…giem poÅ›piesznym,
odpowiedzialna praca nocÄ… - wszystko to powodowało niesamowite
wrażenie, trudne po latach do opisania. PamiÄ™tam dokładnie instruktaż
udzielony przed jazdÄ… przez Gawlika: w jaki sposób mam siÄ™
zachowywać i co należy do obowiÄ…zków trzeciaka. Maszynista
zrobił to tak, że - mimo iż praca przewidziana dla mnie była znikoma -
poczułem siÄ™ bardzo potrzebny, wrÄ™cz niezbÄ™dny do prawidłowego
funkcjonowania zespołu drużyny parowozowej pociÄ…gu poÅ›piesznego.
SwojÄ… pracÄ™
wykonywałem wiÄ™c niezwykle sumiennie. Czy trzeba było, czy nie,
zamiatałem podłogÄ™ po każdym zadawkowaniu paleniska przez pomocnika.
Jazda do Warszawy była wówczas prawie dwukrotnie dłuższa niż
obecnie. Trwała prawie 10 godzin. Zapas wody uzupełniano na stacjach
Ostrów Wielkopolski, Sieradz, Łódź Kaliska i Sochaczew.
Kilkakrotnie, gdy zachodziła koniecznoÅ›ć, “przerabiało” siÄ™
piec. Z Gawlikiem zrobiłem jeszcze kilka służb na Pt47-116. Gdy
jechaliÅ›my osobowym do Łodzi Kaliskiej o 11.00, to prawie całÄ… drogÄ™
pomocnik prowadził pociÄ…g. Maszynista siedział po lewej stronie, ja zaÅ›
obsługiwałem palenisko, słuchajÄ…c uważnie jego fachowych rad. ChwalÄ…c
od czasu do czasu mojÄ… pracÄ™, powodował jeszcze wiÄ™kszy do niej zapał i
zadowolenie z tego co wykonywałem.
Krótko potem trafiłem na parowóz
Pt47-73 do maszynisty Kazimierza Mińskiego. Jego pomocnikiem był Michał
DÄ…browski. Odbyłem kilka służb do Szczecina Głównego przez
ZielonÄ… GórÄ™, i do Krakowa. Te pierwsze były szczególnie
ciÄ™żkie. Linia była jednotorowa. Podróż trwała ponad 12 godzin.
U kresu jazdÄ™ utrudniało “oblatywanie” pociÄ…gu na stacji
Szczecin DÄ…bie, skÄ…d do Głównego jechało siÄ™ tendrem
naprzód. Służba do Krakowa była dużo lżejsza, oczywiÅ›cie ze
wzglÄ™du na krótszy czas jazdy. Za to przejazd pociÄ…gami przez
Górny ŚlÄ…sk sprawiał przygnÄ™biajÄ…ce wrażenie. W Å›limaczym
tempie, z prÄ™dkoÅ›ciÄ… nie przekraczajÄ…cÄ… 30 km/h po zatłoczonych
pociÄ…gami torach, przemierzało siÄ™ niesamowicie
zadymione i zniszczone miasta.
MiesiÄ…c później zgłosiłem siÄ™ na planowÄ…
służbÄ™ do Krakowa. Ale na pociÄ…g osobowy do Bytomia nie przyszedł
pomocnik. WiÄ™c dyspozytor polecił mi właÅ›nie tam pojechać zastÄ™pujÄ…c
kolegÄ™. Gdy zaszedłem na parowóz Pt47-23 do maszynisty
Kubalskiego, ten nie za bardzo chciał wyruszyć w drogÄ™ z takim
młokosem. Ale Gawlik, z którym miałem jechać do Krakowa
powiedział tylko:
- Bierz go, a nie bÄ™dziesz żałował. Jeszcze nie bÄ™dziesz chciał Włodka oddać.
I tak siÄ™ stało! Z “Dziadkiem” (był
krótko przed emeryturÄ…), jeździłem prawie cztery miesiÄ…ce co
drugi dzień służby do Bytomia. W miÄ™dzyczasie, 18 lutego 1957 r. zdałem
egzamin na palacza parowozowego. Gdy Pt47-23 odstawiono do naprawy,
zostałem pomocnikiem do wynajÄ™cia. Po wprowadzeniu nowego rozkładu
jazdy skrócono najdłuższe odcinki obsługi wrocławskich
parowozów - warszawski do Łodzi, natomiast szczeciński do
Zielonej Góry. Długo pomocnikiem bez planowej maszyny nie byłem,
gdyż przypomniał sobie o mnie Miński. Był dobrym fachowcem i
nauczycielem, czego, niestety nie można było powiedzieć o
wspólniku, człowieku bardzo konfliktowym. Z tego też powodu, gdy
wrócił z naprawy Pt47-23 znalazłem siÄ™ znowu u Kubalskiego.
DrugÄ… drużynÄ™ na tym parowozie tworzyli maszynista Jan Uszak i pomocnik
Lesław Ciołek. W takim składzie jeździliÅ›my do października 1958 r.,
Wtedy na dwa lata rozstałem siÄ™ z kolejÄ…. Powołano mnie do wojska.
4. Przejście na prawą stronę
Po
ukończeniu służby wojskowej rozpoczynajÄ…c pracÄ™ 3 listopada 1960 r.
ponownie trafiłem do Mińskiego jako pomocnik. StanowiliÅ›my wtedy
drużynÄ™ parowozu Pt47-82. Naszymi zmiennikami byli: maszynista Edward
Kondzielski i pomocnik Waldemar Gryglas. “OsiemdziesiÄ…tka
dwójka” była wtedy “na łopatÄ™”, co powodowało
trudnoÅ›ci w utrzymaniu na tej maszynie planowych pomocników. W
owym czasie sporo parowozów jeździło już z urzÄ…dzeniem podajÄ…cym
wÄ™giel czyli ze stokerem. Mój maszynista był wymagajÄ…cy, dbał o
czystoÅ›ć na parowozie, nie lubił brudasów - nie wszystkim to siÄ™
podobało. Mimo iż zazdroÅ›ciłem pomocnikom jeżdżÄ…cym na parowozach ze
stokerem, cieszyłem siÄ™ ze swojego maszynisty. Miński był fachowcem
doskonale znajÄ…cym sztukÄ™ prowadzenia parowozu. Należał do grona tych
starych mechaników, z których zdaniem liczyło siÄ™ bardzo
wielu. Nie żałowałem decyzji przyjÅ›cia na ten trudny parowóz.
Maszynista, jakby rekompensujÄ…c niedostatki techniczne pojazdu - mimo
iż nie należało to do jego obowiÄ…zków - w miarÄ™ możliwoÅ›ci
pomagał w wielu ciÄ™żkich czynnoÅ›ciach.
W 1961 r. przed
wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy, odstawiliÅ›my Pt47-82 do ZNTK
Bydgoszcz. W zamian odebraliśmy Pt47-12. W drodze powrotnej mieliśmy z
mechanikiem na jego temat odmienne zdania. Dla mnie pomocnika ogromna
frajda - wreszcie parowóz ze stokerem. Natomiast Miński trochÄ™
krÄ™cił nosem, gdyż według niego wadÄ… było wyposażenie pojazdu w tender
serii 27D48 tzw. trumnÄ™. Mechanicy nie lubili
tych konstrukcji, ponieważ nie wiadomo z jakiej przyczyny
czÄ™sto wytapiały siÄ™ w nich panewki osiowe. Udało mi siÄ™ jednak
namówić maszynistów i zostaliÅ›my na tym parowozie.
W czasie jednej z
pierwszych służb na “dwunastce”, przeżyliÅ›my z Mińskim
zabawnÄ… historiÄ™. PojechaliÅ›my do Legnicy. Na obrócenie parowozu
wysłano nas na trójkÄ…t: Miłkowice, Złotoryja, Chojnów.
JadÄ…c tendrem do przodu w stronÄ™ Chojnowa, na łuku, ni stÄ…d ni z zowÄ…d,
znalazł siÄ™ na przejeździe wóz drabiniasty. Powoli staczał siÄ™
po nierównoÅ›ciach, ale mimo nagłego hamowania, rÄ…bnÄ™liÅ›my
tendrem w furÄ™. Odrzuciło jÄ… na bok. Przestraszony koń wyprzÄ…gł siÄ™ od
wozu i pognał w wysokÄ… trawÄ™. StanÄ™liÅ›my. Cały parowóz w sianie.
PobiegliÅ›my do fury i dookoła szukaliÅ›my woźnicy. Ani Å›ladu! W
końcu zaczÄ™liÅ›my zwalać z wozu to, co na nim zostało.
Po pewnym czasie podjechał do nas człowiek na koniu. Już z daleka krzyczał:
- Panowie, co wy robicie!? Po co zwalacie to siano!?
- Był wypadek - odpowiedział Miński. - Szukamy woźnicy, pomóż pan.
- To moje siano!
- Co z tego, że pańskie! - odkrzyknÄ…łem. - Szukamy człowieka, niech pan nam pomoże!
I zwalamy dalej, a facet spokojnie stoi obok. Gdy fura była prawie pusta, pierwszy zaskoczył Miński:
- Pana siano, to może pan jechał tym wozem?
- Tak - odparł
spokojnie. Koń odczepił siÄ™ od wozu, a ja zaplÄ…tałem siÄ™ w lejce i nim
siÄ™ uspokoił, trochÄ™ przeciÄ…gnÄ…ł mnie po trawie.
No tak! Trawa
wysoka i widzieliśmy tylko uciekającego konia. A potem, zajęci mocno
szukaniem człowieka, by udzielić mu pomocy, nie zwróciliÅ›my
uwagi, że przybysz dotarł na koniu, z uprzÄ™żÄ… nie do jazdy wierzchem.
Ochrzaniliśmy
faceta za nieostrożnÄ… jazdÄ™. Szczęśliwi jednak, że człowiekowi nic siÄ™
nie stało, Å›miejÄ…c siÄ™ z siebie, poszliÅ›my dalej zwalać siano. Tym
razem z parowozu.
W okresie letnim
bardzo czÄ™sto jeździłem pociÄ…gami sezonowymi, tzw. wycieczkowymi.
PrzyjÄ™to wtedy zasadÄ™, że na te pociÄ…gi maszyniÅ›ci mogli dobierać sobie
pomocników lub można siÄ™ było zgłaszać dobrowolnie. Owe bardzo
długie służby (Warszawa, Gdynia, Szczecin) nie miały wziÄ™cia u
pomocników. Bo albo żonaty, albo ma siÄ™ w najbliższym czasie
żenić, albo dziecko chore - wymigiwali siÄ™ od tych jazd wszelkimi
możliwymi sposobami. Ja byłem jeszcze kawalerem i fascynowały mnie
dalekie trasy, wiÄ™c chÄ™tnie zgłaszałem siÄ™ na pociÄ…gi wycieczkowe.
Najczęściej jeździli nimi maszyniÅ›ci: Zbigniew Konopacki na Pt47-140,
Jan Uszak na Pt47-23 oraz Adam Wurm na Pt47-118.
Dobrych i chętnych
pomocników kierowano do pracy szczególnej, jakÄ… była
służba drużyny trakcyjnej prowadzÄ…cej pociÄ…gi osobowe nadzwyczajne
specjalnego znaczenia (tzw. ponsz). Wyznaczano do nich parowozy,
które starannie przygotowywane, odmalowane i wyczyszczone do
połysku, stały w hali za ogrodzeniem. W owym czasie do prowadzenia
“ponszów” zatrudniano Pt47-21. PierwszÄ… takÄ… jazdÄ™
odbyłem z Wrocławia do MiÄ™dzylesia, drugÄ… do Krakowa. W obu przypadkach
parowóz prowadził maszynista Dionizy Witkowski.
Z krakowskÄ… służbÄ…
wiÄ…że siÄ™ pewna historia tak zabawna, jak i przykra. Przed każdym
“ponszem” powinien jechać - w odstÄ™pie czasu odbiegowego -
“luzak”. Z Opola Groszowic puszczono przed nami Ok1.
Skierowano go przez KÄ™dzierzyn Koźle, nas natomiast - przez Strzelce
Opolskie. Nie przeczuwając niczego jechaliśmy pociągiem zgodnie z
planem, natomiast “luzak” utknÄ…ł gdzieÅ› miÄ™dzy KÄ™dzierzynem
Koźle a Gliwicami. Dopiero w Katowicach zorientowano siÄ™, że Ok1 miast
jechać przed nami jako pilot, goni “ponsza” i... dogonić
nie może. Finałem sprawy było odsuniÄ™cie za ten “incydent”
maszynisty Mieczysława Gilarskiego od jazdy po “prawej
stronie” przez szeÅ›ć miesiÄ™cy. Ucierpiała osoba najmniej za
pomyłkÄ™ odpowiedzialna.
W taki
sposób jeździłem z Mińskim (z krótkimi przerwami) do
chwili skierowania mnie na kurs maszynistów. Po jego ukończeniu
i otrzymaniu 24 września 1962 r. prawa kierowania parowozem, jeszcze
przez pewien czas jeździłem jako pomocnik na “dwunastce”.
Trudno mi dziÅ› przypomnieć sobie kiedy pełniłem takÄ… naprawdÄ™ pierwszÄ…
samodzielnÄ… służbÄ™ jako maszynista. Nie było to od razu na planowej
maszynie. Gdy brakowało gdzieÅ› maszynisty, to zatrudniano mnie tam na
krótki okres, po czym wracałem na swój planowy
parowóz jako pomocnik. Najczęściej kierowano mnie wtedy na
przetoki osobowe lub towarowe wykonywane parowozami Tp4 i Tr203 lub na
pociÄ…gi osobowe obsługiwane przez Ok1 do Rawicza, Opola, Dzierżoniowa,
Jaworzyny ŚlÄ…skiej, Ścinawy, Legnicy i Nysy. Po odejÅ›ciu na
emeryturÄ™ Edwarda Kondzielskiego z Pt47-12 z protekcji mojego
maszynisty Kazimierza Mińskiego stałem siÄ™ jego wspólnikiem.
Uleciało mi z pamiÄ™ci, kto został pomocnikiem na moje miejsce. Do mnie
natomiast za pomocnika trafił Arkadiusz Dawidowicz. Tak zaczÄ™ła siÄ™
moja przygoda jako maszynisty pasażerskich pociÄ…gów
dalekobieżnych.
PoczÄ…tkowe służby na Pt47-12 upływały
spokojnie. Jednak po jakimÅ› czasie zaczÄ…ł mnie przeÅ›ladować pech i z
przyczyn niezależnych ode mnie co rusz “nawalałem” pociÄ…gi.
Pierwsze przykre
zdarzenie miałem prowadzÄ…c z Poznania pociÄ…g poÅ›pieszny Gdynia -
Jelenia Góra. Od Rawicza parowóz przestał robić parÄ™. Pod
Obornikami ŚlÄ…skimi stałem na szlaku ponad godzinÄ™ w celu wytworzenia
odpowiedniej iloÅ›ci pary i w sumie “dołożyłem” pociÄ…g na
ponad 90 minut. Po przyjeździe do Wrocławia, czekajÄ…cy na peronie
Miński solidnie mnie zbeształ, natomiast naczelnik szopy zdjÄ…ł z
maszynisty na pomocnika. Nikt nie chciał uwierzyć, że parowóz
podczas jazdy przy otwartej przepustnicy “nie robi pary”.
Miński wziÄ…ł wiÄ™c naszÄ…
“dwunastkÄ™” i pojechał do Poznania. W podobny sposób
nawalił pociÄ…g. Ale doÅ›wiadczony maszynista szybko rozpoznał już na
trasie tego przyczynÄ™. W poznańskiej parowozowni wykonano stosownÄ…
naprawÄ™. PrzyczynÄ… usterki było wypadniÄ™cie noża rozsiekacza w dyszy
wylotowej komina. Po napisaniu wyjaÅ›nienia przez Mińskiego
przywrócono mnie do jazdy jako maszynistÄ™.
Po kilku spokojnych
służbach - znów pech. Jechałem z Jeleniej Góry pociÄ…giem
kolonijnym. RuszajÄ…c spod semafora na Grabiszynie urwałem główny
korbowód w ramie. Znów opóźnienie i jeszcze dobrze
nie przyjechałem, a już mnie zdjÄ™to. Po oglÄ™dzinach okazało siÄ™ jednak,
że korbowód miał od wewnÄ™trznej strony stare pÄ™kniÄ™cie. CofniÄ™to
pochopnie wydanÄ… decyzjÄ™.
Najbardziej
przykrym wydarzeniem, jakie mnie spotkało w pierwszych miesiÄ…cach
prowadzenia parowozu Pt47-12 była służba we wrzeÅ›niu 1963 r. Wracałem z
Poznania “dziubolem” (tak nazywaliÅ›my pociÄ…g BrzeÅ›ć -
Legnica). MijajÄ…c stacjÄ™ Wrocław Popowice wytopiły siÄ™ obie
główne panewki korbowe i obie główne panewki wiÄ…zarowe.
Potworne wrażenie zrobił wjazd pociÄ…gu pod dach hali we Wrocławiu.
Ludzie w panice uciekali do drugiej krawÄ™dzi peronu, myÅ›lÄ…c zapewne, że
maszyna zaraz siÄ™ rozleci - taki był ogromny huk i łomot. Zanim siÄ™
zatrzymałem, stało już grono maszynistów starszych i młodszych.
Część z nich współczuła. Nie brakowało jednak takich,
którzy Å›miejÄ…c siÄ™ pokpiwali, że: “protegowany Mińskiego
jest już skończony”. Byłem kompletnie załamany, łzy same płyneły
do oczu. Kolejny jednak raz wspólnik mnie nie zawiódł i
wziÄ…ł w obronÄ™. PrzyczynÄ™ tak ciÄ™żkiego uszkodzenia parowozu widział w
trudnych warunkach atmosferycznych, jakie panowały podczas jazdy.
Ogromna wichura niosÄ…ca tumany piachu, spowodowała dostanie siÄ™ go do
mechanizmów. Tylko jedno krótkie planowe zatrzymanie - w
Lesznie - uniemożliwiało dokonanie oglÄ™dzin podwozia i przesmarowanie
mechanizmów biegowych.
Po tym wydarzeniu
fatum, jakie dotÄ…d czÄ™sto mnie przeÅ›ladowało, ustÄ…piło. Dalsze służby i
miesiÄ…ce upływały spokojnie, a ja nabierałem koniecznego doÅ›wiadczenia
i rutyny. Po odstawieniu parowozu Pt47-12 do ZNTK Bydgoszcz pod koniec
listopada 1963 r., drogi - moja i mojego nauczyciela fachu maszynisty
Kazimierza Mińskiego - zaczÄ™ły siÄ™ rozchodzić. On wrócił na
swój Pt47-82. Jeździłem z nim jeszcze miesiÄ…c jako
wspólnik, ale gdy nadszedł czas odbioru Pt47-12, rozstaliÅ›my siÄ™
definitywnie.
Moim nowym
wspólnikiem został Eugeniusz Biadoń, a naszymi pomocnikami: moim
dalej Arkadiusz Dawidowicz, a zmiennika mój brat Stanisław
Dołubizno, który przywÄ™drował za mnÄ… z dalekiego Domanowa.
Podobnie jak ja, on też pragnÄ…ł być w dzieciństwie maszynistÄ…. W takim
zespole pracowaliÅ›my do końca października 1967 roku.
Ekipa była bardzo
zgrana. Mimo iż Stasiek formalnie był przypisany jako pomocnik Gienka,
czÄ™sto - choć było to zakazane - jako bracia jeździliÅ›my razem. Nikt z
administracji, czy z dyspozytorów nie robił nam
problemów. MieliÅ›my tylko nie dać siÄ™ złapać. W razie kontroli,
bez zmrużenia oka twierdziliÅ›my, że to tylko zbieżnoÅ›ć nazwisk. Wiele
razy, zwłaszcza gdy zbliżały siÄ™ Å›wiÄ™ta ustalaliÅ›my, że po ostatnim
przedświątecznym przeglądzie okresowym będzie zamiana
pomocników. Nam maszynistom, nie robiło różnicy, z
którym z bÄ™dziemy jechać. Obaj byli bardzo sumienni. Ponadto,
bardzo często chodziliśmy wtedy do pracy. Nawet co kilka godzin.
Wiadomo było, że w czasie Å›wiÄ…t i tak praca nas nie ominie. WoleliÅ›my
ten czas spÄ™dzić razem. Wspólne Å›wiÄ…teczne służby traktowaliÅ›my
bez żadnych ulg. Tak jak każdÄ… innÄ…. Po spotkaniu na parowozie,
składaliÅ›my sobie życzenia i... “wio, za łopatÄ™!”.
W zasadzie nasze
wszystkie służby, czy w ŚwiÄ™ta, czy w Sylwestra, wspominać możemy
jak... jednÄ… służbÄ™. Zawsze jechaliÅ›my do Bogatyni.
W 1964 r. kupiłem motor. Nowiutkiego “Junaka”. DziÅ› mogÄ™ stwierdzić, że odmienił on moje życie.
Gdy kończyłem pracÄ™
i parowóz miał przyjmować Gienek, czÄ™sto zajeżdżałem po niego do
domu i zawoziłem do szopy. W połowie czerwca, tradycyjnie po służbie,
pojechałem do Biadoniów. Gienek pakował torbÄ™, Biadoniowa
krzÄ…tała siÄ™ po domu. Ale była tam jeszcze jedna osoba. Emilia,
córka sÄ…siadów “przez Å›cianÄ™”. Spodobała mi
siÄ™. OdtÄ…d zajeżdżałem na DworcowÄ… już nie tylko po wspólnika.
Krótko po
naszym poznaniu, Mila zaczełam przychodzić na stacjÄ™, gdy w dzień
zaczynałem lub kończyłem służbÄ™. KiedyÅ› bÄ™dÄ…c jeszcze dzieckiem, na
perony przyprowadzał jÄ… ojciec, też kolejarz. Panicznie bała siÄ™ wtedy
parowozu. Nazywała je “smoluchami” i podczas wjazdu
pociÄ…gów uciekała schodami do tunelu. PrzychodzÄ…c do mnie,
Å›miała siÄ™, że musi siÄ™ do nich przyzwyczaić, aby wyjÅ›ć za mÄ…ż za
“smolucha”.
Ślub cywilny
wziÄ™liÅ›my 20 sierpnia tegoż roku. Moim Å›wiadkiem był Arek Dawidowicz. Z
koÅ›cielnym zaczekaliÅ›my do ŚwiÄ…t Bożego Narodzenia. Tradycyjnie w
Å›wiÄ™ta Gienek pracował z Arkiem, wiÄ™c moim Å›wiadkiem był Stasiek.
2 lutego 1966 r.
urodził siÄ™ Darek. Z poczÄ…tku był niemiłosiernym beksÄ…, wiÄ™c czÄ™sto
zdarzało siÄ™, że dobrze wypoczÄ…łem dopiero w noclegowniach na stacjach
zwrotnych. Gdy miał kilka lat okazało siÄ™, że chyba po swojej mamie,
także odziedziczył strach przed parowozem. Co prawda, nie uciekał do
tunelu, ale o podejściu do maszyny czy przywitaniu się z umorusanym
tatÄ… nie było mowy. Za to lubił grzebać w mojej torbie, gdy wracałem do
domu. Stawiałem jÄ… w przedpokoju, a Darek po kolei zanosił do kuchni
pusty termos, resztki jedzenia, słoiki, woreczki. CzÄ™sto znajdował
także “niespodzianki”:
- O, gołÄ…bki! - krzyczał, wyciÄ…gajÄ…c z torby bażanty lub kuropatwy.
Najczęściej było to zimÄ… i po
kieleckich służbach. Ptaki szukały nie oÅ›nieżonych miejsc i gnieździły
siÄ™ na torach. Podrywały siÄ™ do lotu tuż przed parowozem i potem
znajdowałem kilka sztuk, zaczepionych o elementy czołownicy. Pierwszy
raz przyniosłem do domu z obawÄ…, czy aby razem z tymi ptakami nie
wygoniÄ… mnie za drzwi. Rosół jednak okazał siÄ™ bardzo smaczny, a
i udko do drugiego dania było wyÅ›mienite.
1 listopada 1967 r.
skierowano mnie na kurs maszynistów trakcji spalinowej. Po jego
ukończeniu 31 maja 1968 r., wróciłem na Pt47-12; skład brygady
został bez zmian. W kwietniu 1968 r. mój pomocnik został
skierowany na kurs maszynistów trakcji parowej. Przydzielono mi
nowego pomocnika, dużo starszego ode mnie. Szybko okazało siÄ™, co po
odejÅ›ciu Arka straciłem. “Nowy” był słaby. Żaden maszynista
nie chciał z nim jeździć. On zaÅ› bardzo chciał być w drużynach na Pt47.
Niestety, po kilku miesiÄ…cach napisałem raport, by zabrano go na Ok1,
bo nie doÅ›ć że słabo palił, to ciÄ…gle trzeba go było budzić, aby
“dał do pieca”. Kierownik trakcji tylko czekał na taki
raport i skierował pomocnika do pracy bardziej odpowiadajÄ…cej chÄ™ciom i
możliwoÅ›ciom, jakie posiadał. Na jego miejsce przyszedł młody,
poczÄ…tkujÄ…cy pomocnik Marian Tyburski. W przeciwieństwie do
poprzednika, ten miał chÄ™ci i ogromny zapał do pracy, szybko wiÄ™c stał
siÄ™ dobrym i wartoÅ›ciowym współpracownikiem. W dobrej atmosferze
drużyn naszego parowozu zdałem siÄ™ powoli na dobre zapomnieć o owym
pechu, jaki towarzyszył mi w pierwszych jazdach, gdy dzierżyłem drÄ…żek
przepustnicy. Nikt nie jest jednak do końca wolny od kłopotów i
nieprzewidywalnych zdarzeń.
Na poczÄ…tku maja
1969 r. przeżyłem na Pt47-12 jednÄ… z najniebezpieczniejszych historii
jako maszynista. Prowadząc z Tyburskim międzynarodowy pociąg pośpieszny
Kraków - Erfurt, na szlaku MiÄ™kinia - Środa ŚlÄ…ska przy
rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci 100 km/h wyskoczył z szyn pierwszy wózek
tendra. Nagłe hamowanie! Pełen tender wody i wÄ™gla. Podskakiwanie
wózka po podkładach spowodowało urwanie wszystkich sztyc
resorowych. Pod naporem wÄ™gla pÄ™kły drewniane zastawy przy tendrze w
budce maszynisty. Nim siÄ™ zatrzymaliÅ›my zsypało siÄ™ go do budki tyle,
że ledwie starczyło miejsca dla nas. WychodziliÅ›my oknami, gdyż drzwi
zostały dokładnie zasypane.
MiesiÄ…c po
wykolejeniu zaczÄ…łem siÄ™ obawiać, czy fatum do mnie nie wróciło.
W czasie ruszania tym samym pociÄ…giem ze Zgorzelca do Görlitz,
pÄ™kła Å›ruba przy klinie głównego korbowodu. Przestraszeni
ogromnym hukiem przy wjeżdżaniu pod dach peronów w Görlitz
niemieccy celnicy i żołnierze w pierwszej chwili myÅ›leli (jak potem
tłumaczyli), że chcÄ™ wysadzić dworzec. Za ten “incydent”
chciano nas zaprowadzić do aresztu. Na szczęście nie doszło do tego. W
parowozowni Görlitz niemieccy rzemieÅ›lnicy dokładnie dorobili
uszkodzony element, choć z wielkim trudem. Ledwie zdÄ…żyliÅ›my na nasz
planowy pociÄ…g.
Po paru dniach u naczelnika
parowozowni Wrocław Główny na dywaniku musiałem siÄ™ grubo za to
tłumaczyć, gdyż po solidnej naprawie, przyszedł solidny rachunek do
zapłacenia.
Każde przekroczenie granicy na Nysie
Łużyckiej zawsze wywoływało u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony
ogromna ciekawoÅ›ć. Magiczny moment przejazdu przez most graniczny, za
którym witała nas odmienna od polskiej sygnalizacja kolejowa,
duży i lepiej zadbany od zgorzeleckiego, dworzec. KorzystaliÅ›my też z
możliwoÅ›ci stumetrowego spaceru od dworca, aby chociaż trochÄ™ poznać
miasto. Tylko na tyle pozwalały nasze przepustki. Jednak z drugiej
strony, doÅ›ć Å›wieże były przykre wspomnienia II wojny Å›wiatowej,
które - pomimo iż byłem wtedy małym dzieckiem - mocno wryły siÄ™
w pamięci.
GdzieÅ› na poczÄ…tku 1963 roku, w czasie
jednej z pierwszych służb do Görlitz gdy zostałem maszynistÄ…,
miało miejsce zdarzenie po którym mogłaby to być moja ostatnia
jazda do NRD.
Było jeszcze sporo czasu do odjazdu
naszego pociÄ…gu, który mieliÅ›my prowadzić do Polski, gdy do
parowozu podeszło kilku oficerów niemieckich. Jeden z nich, mowÄ…
podobnÄ… do gwary Å›lÄ…skiej poprosił o pokazanie działania stokera.
Uzyskawszy moje przyzwolenie weszli do budki. Kilka minut trwało zanim
pomocnik uruchomił stoker i ogień w palenisku rozpalił siÄ™ na dobre.
Patrzyli z coraz wiÄ™kszym zachwytem, głoÅ›no potwierdzanym znanymi
powszechnie:
- Ja..., gut...!
WidzÄ…c, jak upajajÄ… siÄ™ widokiem coraz
wiÄ™kszych płomieni, naraz przyszło mi do głowy skojarzenie,
które zanim dobrze pomyÅ›lałem, samo wyrwało siÄ™ z ust.
NaÅ›ladujÄ…c mowÄ™ oficera - “ŚlÄ…zaka” krzyknÄ…łem:
- Jo pierona, jak w Oświęcimiu!
Jak to usłyszeli oficerowie niemieccy,
szybko spojrzeli po sobie i jak rażeni “pieronem”, jeden
przez drugiego poczÄ™li wyskakiwać z budki. Został tylko
“ŚlÄ…zak”, który pokazujÄ…c na drzwi, rzucił ze
złoÅ›ciÄ…:
- Na “komando”!
Poszedłem. “Komando”
okazało siÄ™ być jednym z pomieszczeń na peronie, w którym
“ŚlÄ…zak” zaczÄ…ł mnie uÅ›wiadamiać, że postÄ…piłem bardzo źle,
bo dzisiejsze Niemcy demokratyczne, to nie to samo, co hitlerowskie.
Zdawałem sobie sprawÄ™, że mówiÄ…c cokolwiek mógłbym tylko
pogorszyć swojÄ… sytuacjÄ™. Jednak odważyłem siÄ™ bronić, gdy zauważyłem
stojÄ…cÄ… za oknem grupkÄ™ żołnierzy:
- Do tych chyba też jeszcze nie
dotarło, że to już Niemcy demokratyczne. ZachowujÄ… siÄ™ tak samo jak ci,
którzy podczas wojny przyszli do naszego gospodarstwa i
niszczyli znalezione żarna. Otoczyli dom, stajÄ…c w rozkroku i bujajÄ…c
siÄ™ na flekach. Tak ich wtedy zapamiÄ™tałem i tak samo stojÄ…cych widzÄ™
dziÅ›.
“ŚlÄ…zak” popatrzył tam gdzie ja, zaklÄ…ł szpetnie, oddał mi “ausweiss” i bez słowa palcem pokazał drzwi.
Po powrocie do Polski, czekałem z
obawÄ… na wezwanie do naczelnika na dywanik. Znów jednak
pojechałem do Görlitz, potem jeszcze raz, potem nastÄ™pne...
Starałem siÄ™ wtedy już nie zwracać uwagi na to, co mnie za pierwszymi
razami drażniło. Z czasem pomyÅ›lałem, że to taki “folklor”,
potem wszystko normalniało. Ale jeszcze przez długi czas, gdy
“ŚlÄ…zak” zmierzajÄ…c wzdłuż peronu w stronÄ™ mojego parowozu
na kontrolÄ™ z daleka rozpoznał mnie w okienku, groził rÄ™kÄ… i ...
zawracał.
Do NRD jeździłem tylko do Görlitz
oraz tranzytem przez mały odcinek ich terytorium w drodze do Bogatyni.
BiegnÄ…ca wzdłuż Nysy Łużyckiej trasa, miÄ™dzy stacjami Bratków
Zgorzelecki a Turoszów natrafiała na ostry przełom tej
granicznej rzeki. PrzejeżdżajÄ…c przez pierwszy most wkraczaliÅ›my na
teren NRD, by po około 300 metrach jazdy wzdłuż siatki i pokonaniu
kolejnej przeprawy znaleźć siÄ™ z powrotem w Polsce.
W Görlitz - z
chwilÄ… odczepienia parowozu od składu - wszystkie manewry wykonywane
były pod okiem niemieckiego pilota. Na przedzie parowozu jechał z nami
do parowozowni, gdzie obracaliÅ›my maszynÄ™, aby nastÄ™pnie udać siÄ™ do
specjalnie wyznaczonego dla naszych parowozów miejsca
oczekiwania na pociÄ…g do Polski. Pod żadnym pozorem nie można było
samodzielnie poruszać siÄ™ po niemieckiej stacji.
Kilkakrotnie też
przekraczałem granicÄ™ z ówczesnÄ… CzechosłowacjÄ…. Nie były to
jednak, jak w przypadku służb do Niemiec, jazdy planowe. Pierwszy raz
południowÄ… granicÄ™ Polski przekroczyłem w sierpniu 1957 r. na parowozie
Pt47-23, prowadzonym przez maszynistę Jana Uszaka. Dostaliśmy polecenie
zawiezienia celników do stacji Lichkov. Oprócz
celników jechało z nami także dwóch wopistów. Po
zatrzymaniu siÄ™ w Lichkov chciałem zejÅ›ć z parowozu i zobaczyć, jak
wygląda tamtejsza stacja. Niestety, wopiści zagrodzili nam zejścia z
budki, ponieważ nie mieliÅ›my przepustek. Jako młodzieniec ciekawy
Å›wiata nie mogłem za bardzo pojÄ…ć takiego zachowania, zaczÄ…łem siÄ™
trochÄ™ buntować i gdyby nie stanowczy “rozkaz” maszynisty
przywołujÄ…cy mnie do porzÄ…dku niechybnie napytałbym sobie biedy. Dziwne
to były wtedy czasy. Wystarczyło spojrzeć trochÄ™ nie tak i kłopoty
gotowe.
Później, gdy - abyÅ›my siÄ™
“nie nudzili” w czasie postoju w MiÄ™dzylesiu - zatrudniano
nas przez służbÄ™ drogowÄ… na szlaku do Lichkov, też zawsze jechał z nami
wopista “pilnujÄ…cy” na Å›rodku toru granicy, z gotowym do
strzału karabinem. Gdy zostałem maszynistÄ…, a pociÄ…gi do Pragi stawały
siÄ™ coraz ciÄ™ższe, czÄ™sto wypychaliÅ›my “czecha” ku granicy.
Już bez wopisty na parowozie... Dostawałem rozkaz do danego kilometra,
po czym wracaliśmy do Międzylesia.
Oprócz
historii zabawnych, ciekawych, niebezpiecznych czy przykrych,
szczególnie utkwiło mi w pamiÄ™ci jeszcze jedno zdarzenie.
Miało to miejsce we wrzeÅ›niu 1969 r.
JadÄ…c pociÄ…giem osobowym z Kielc, po otrzymaniu od kierownika pociÄ…gu
sygnału odjazdu z przystanku Podlesie, ruszyłem w dalszÄ… drogÄ™. Po
krótkiej chwili zobaczyłem, jak w oddali biegł doÅ›ć nieporadnie
człowiek. Nie rozpÄ™dzałem pociÄ…gu. Gdy podjechaliÅ›my bliżej, okazało
siÄ™, że była to kobieta z małym dzieckiem na rÄ™ku. KrzyknÄ…łem, czy chce
jechać. WidzÄ…c, jak z trudem łapie powietrze, na wszelki wypadek
zatrzymałem pociÄ…g. Natychmiast pootwierały siÄ™ okna i drzwi. Ciekawscy
badali co siÄ™ stało. CzyjeÅ› rÄ™ce odebrały dziecko i pomogły wsiÄ…Å›ć
wyczerpanej kobiecie. Na stacji Turów miałem pierwsze spiÄ™cie z
kontrolerem, który jechał tym składem. Dlaczego dodatkowo siÄ™
zatrzymałem? Nie rozumiałem jego pretensji, gdyż widziałem, jak
obserwował z pierwszego wagonu całÄ… sytuacjÄ™ i znał przyczynÄ™
zatrzymania w Podlesiu. Rychło jednak ruszyliÅ›my z Turowa. Finał tej
sprawy przeniósł siÄ™ do CzÄ™stochowy. Kobieta, dla której
zatrzymałem siÄ™ w Podlesiu podeszła i nie kryjÄ…c ciepłych słów
długo nam dziÄ™kowała. Natomiast kontroler i kierownik pociÄ…gu grożÄ…c
pisaniem raportów i obiecujÄ…c solennie odsuniÄ™cie od dalszych
jazd, doprowadzili do tego, że gdyby nie dwaj pasażerowie, doszło by
pewnie do rÄ™koczynów. Jak siÄ™ okazało po chwili, byli to
panowie, którzy pomogli kobiecie wsiÄ…Å›ć do pociÄ…gu. Przedstawili
siÄ™ jako prokurator i asystent prokuratora. Pierwszy powiedział, że
bardziej należÄ… mi siÄ™ słowa uznania za ten czyn niż jakiejkolwiek
nagany. Matka jechała z ciÄ™żko chorym dzieckiem do lekarza. Gdy
kontroler i kierownik pociÄ…gu usłyszeli, kim sÄ… ci dwaj pasażerowie,
nieco spuÅ›cili z tonu. Prokurator przyrzekł jednak, że tak tej sprawy
nie zostawi. Po jakimÅ› czasie dowiedziałem siÄ™, że kontroler i
kierownik pociągu zostali ukarani zdjęciem ze swoich stanowisk na
niższe, za wulgarne odnoszenie siÄ™ do maszynisty i pomocnika.
Od niemal
dwóch lat miałem już w rÄ™ku prawo kierowania spalinowymi
pojazdami trakcyjnymi. Powoli zbliżał siÄ™ zmierzch trakcji parowej.
Przyszedł czas zamiany budki maszynisty parowozu na wygodnÄ…,
przeszklonÄ… kabinÄ™ lokomotywy spalinowej.
5. Na spalinowkach
W 1970 r.
lokomotywownia Wrocław Główny przejÄ™ła od Ostrowa
Wielkopolskiego wszystkie pociągi warszawskie. Jednocześnie do naszej
szopy zaczÄ™ły przychodzić lokomotywy serii ST43. Mnie i maszynistÄ™
Zygmunta Przekwasa zabrano wtedy z trakcji parowej na spalinowÄ…,
przydzielajÄ…c ST43-131 z lokomotywowni Wrocław Brochów. Nie od
razu jednak dane nam było obsadzić tÄ™ maszynÄ™. Bardzo pechowÄ… miała
ostatniÄ… służbÄ™ w barwach jednostki brochowskiej. Tamtejszy maszynista
biorÄ…c pociÄ…g “piaskowy” ze stacji Okmiany nie sprawdził
dokładnie działania hamulców. Już na szlaku w kierunku Chojnowa
(jazda po doÅ›ć dużym spadku), jak to siÄ™ mawia wÅ›ród
maszynistów: “nie miał czym hamować”. W Chojnowie
skład skierowano na tor boczny, który zakończony był zwrotnicÄ…
kierujÄ…cÄ… na ławÄ™ piaskowÄ… z uporem. Zaraz za nim kończyła siÄ™ skarpa.
W efekcie ST43-131 po rozbiciu kozła oporowego, pchana jeszcze przez
ładowne wagony towarowe stoczyła siÄ™ z wysokoÅ›ci prawie jednego piÄ™tra.
Po tym wypadku skierowano jÄ… do ZNTK Poznań. Nam zaÅ› przydzielono na
pewien okres ST43-179 z lokomotywowni Szczecin Wzgórze
Hetmańskie.
Krótko po jej przyprowadzeniu do Wrocławia
miałem pierwsze - i jak siÄ™ później okazało nie ostatnie -
spiÄ™cie z maszynistÄ… instruktorem trakcji spalinowej. Obejrzał obie
kabiny, w których nie zaaprobował jedynie przyklejonych na
Å›rodkowych słupkach okiennych, obrazków Matki Boskiej
Częstochowskiej.
- Nie ja je powiesiłem, wiÄ™c także ja ich nie zdejmÄ™ - odparłem, co bardzo nie spodobało siÄ™ instruktorowi.
Aby jednak uchronić wizerunki przed podobnymi ludźmi, odchodzÄ…c z tej
lokomotywy po około czterech miesiÄ…cach, delikatnie jeden oderwałem.
Cały czas woziłem go ze sobÄ… w kalendarzu, przekładajÄ…c co rok do
nowego i tak do ostatniej służby na PKP.
Gdy zaczÄ™liÅ›my ponownie jeździć pociÄ…gami do
Warszawy, zazdrośni maszyniści ostrowscy robili nam
“kawały”. Najczęściej zakrÄ™cali rÄ™czne hamulce w wagonach,
abyÅ›my opóźniali pociÄ…gi. CzyniÄ…c w ten sposób, mieli
chyba nadziejÄ™ na ich - przynajmniej niektórych - odzyskanie.
Gdy to nie pomogło, na peronach zaczÄ™li pojawiać siÄ™ miejscowi
instruktorzy, pilnie wypatrujÄ…cy usterek podwozia. Gdy zauważyli byle
błahostkÄ™, polecali wypiÄ™cie lokomotywy ze składu robiÄ…c defekt
maszyny, aby poprowadzić pociÄ…g dalej swoim taborem z własnÄ… obsadÄ….
Tak wystawili maszynistÄ™ Janusza Lewickiego na ST43-120. Krótko
potem padło na mnie. ProwadzÄ…c miÄ™dzynarodowy pociÄ…g z Frankfurtu nad
Menem do Warszawy przy wjeździe na stacjÄ™ w Ostrowie Wielkopolskim
ujrzałem na końcu peronu jednego z ostrowskich instruktorów.
Szybko obszedł lokomotywÄ™ dookoła i kazał siÄ™ wypinać “na
przekrzywionÄ… belkÄ™ bujakowÄ…”. Zszedłem i ja obejrzeć podwozie.
Owszem belka bujakowa była ustawiona nieco pod kÄ…tem jednak moim
zdaniem niczemu to nie zagrażało. WidzÄ…c twardÄ… postawÄ™, instruktor nie
dopuÅ›cił do odjazdu pociÄ…gu oznajmiajÄ…c kierownikowi iż jestem pijany i
wezwał funkcjonariuszy MO oraz SOK. Nic to nie pomogło. Ci stwierdzili
mojÄ… trzeźwoÅ›ć i jak szybko siÄ™ pojawili, tak szybko poszli. Potem nie
można było wypuÅ›cić pociÄ…gu na szlak i cała ta zabawa trwała około 70
minut. Instruktor nie dał jednak za wygranÄ…. Tak jak siÄ™ odgrażał -
podczas gdy ja bez przeszkód poprowadziłem pociÄ…g do Warszawy i
szczęśliwie wróciłem - narobił sporo zamieszania. Gdy po
przyjeździe do Wrocławia zgłaszałem siÄ™ na punkcie kontrolnym, czekał
na mnie nasz maszynista instruktor Stanisław Steciuk. Bezpardonowo
wyrzucił moje rzeczy osobiste z lokomotywy i sam zjechał spod
“kontrolnego” do szopy. Ja natomiast musiałem iÅ›ć pieszo.
Sporo nerwów i wyjaÅ›nień kosztowała mnie ta sprawa, ale
kierownictwo lokomotywowni, znajÄ…c z opowiadań innych
maszynistów sytuacjÄ™ na stacji w Ostrowie Wielkopolskim, wziÄ™ło
mojÄ… stronÄ™.
Po około czterech miesiÄ…cach odebraliÅ›my z ZNTK
Poznań naprawionÄ… ST43-131, która na długo stała siÄ™ dla mnie i
Zygmunta wspólnym warsztatem. Nasza współpraca układała
się od początku bardzo dobrze, byliśmy zgraną ekipą. Dbaliśmy o naszą
maszynÄ™ - była najczyÅ›ciejszÄ… lokomotywÄ… we Wrocławiu. Z tego też
powodu bardzo często, nawet po kilka miesięcy pod rząd przydzielano nas
razem z ST43-131 wyłÄ…cznie do obsługi ekspresu “Odra”.
Opłacił siÄ™ wiÄ™c wysiłek przy utrzymaniu lokomotywy w nienagannym
wyglÄ…dzie. Był to chyba najprzyjemniejszy okres pracy na
“rumunie”. ProwadziliÅ›my prestiżowy pociÄ…g, a poznajÄ…c
dokładnie szlak, każde wzniesienie, spadek, każdÄ… “dziurÄ™”
w torze i lokomotywÄ™ jak własnÄ… kieszeń, robiliÅ›my najwiÄ™ksze
oszczÄ™dnoÅ›ci paliwa i oleju. W tamtych czasach miało to niebagatelne
znaczenie i rodziło uznanie wÅ›ród przełożonych.
WiÄ™kszoÅ›ć maszynistów chwaliła rumuńskie
lokomotywy. Z każdym pociÄ…giem, nawet na trudnych górskich
trasach Dolnego ŚlÄ…ska, nie było problemów z utrzymaniem
zgodnego z rozkładem czasu jazdy. Nie od razu jednak - jakby nie
dowierzajÄ…c zdolnoÅ›ciom nowej trakcji - puszczano spalinówki na
wszystkie trasy. Także nie sprzyjało temu konserwatywne,
“parowozowe” grono zarzÄ…du trakcji w DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP.
Szlakiem o trudnym profilu była linia Wrocław - MiÄ™dzylesie. We
wrzeÅ›niu 1971 r. polecono mi pojechać tam na próbÄ™ lokomotywÄ…
ST43-131. Miałem prowadzić pociÄ…g 1603 Warszawa - Praga. Gdy czekałem
“pod tarczÄ…” na przyjazd składu, doczepiono mi salonkÄ™,
którÄ… wybrali siÄ™ doÅ›ć licznie przedstawiciele DolnoÅ›lÄ…skiej
DOKP by sprawdzić, jak “rumun” spisze siÄ™ na
górskiej trasie w jesiennych warunkach. Mimo iż brutto pociÄ…gu
przekraczało 600 ton, na każdej stacji byłem przed planem. MiÄ™dzylesie
osiÄ…gnÄ…łem 12 minut przed rozkładowym czasem przyjazdu, przewidzianego
dla parowozów serii Pt47. Po zatrzymaniu na peron powychodzili
pasażerowie dyrekcyjnej salonki. Prawie wszyscy byli jednomyÅ›lni, że
“rumun” niezaprzeczalnie pokazał swÄ… wyższoÅ›ć nad
najlepszym nawet parowozem. Jedynym niezadowolonym był stary
“parowoziarz”, pan Adam Chryncewicz. Skwitował jazdÄ™
krótko, zaciÄ…gajÄ…c z wileńskim akcentem:
- Nu tak! Wszystko pięknie, ale brak dymu i tego zapachu...
Romantyzm jazdy parowozem jest oczywiście
niezaprzeczalny, ale ja wspominajÄ…c owÄ… jazdÄ™ mam nieco inne
porównanie. Na “rumunie” w drodze do MiÄ™dzylesia -
jak to mówiÄ… maszyniÅ›ci - nie było co robić. Natomiast na
parowozie, i przy takim brutcie, była niezła gimnastyka od poczÄ…tku do
końca służby. Do tego dochodził nabór wody w Kłodzku. A leciała
ona do tendra jak przysłowiowa krew z nosa. Dlatego maszyniÅ›ci czÄ™sto
decydowali siÄ™ na uzupełnianie wody w Kamieńcu ZÄ…bkowickim, gdzie
ciÅ›nienie było duże. Tak siÄ™ jechało, aby dotrzeć na tÄ™ stacjÄ™ parÄ™
minut przed czasem. Wydłużało siÄ™ postój o dwie, trzy minuty.
Przy sprzyjajÄ…cych warunkach w Kłodzku byliÅ›my planowo. A jak nawet siÄ™
nie udało to i tak nie trzeba siÄ™ było bawić, aby złapać do tendra tych
parÄ™ kropel, w czasie o wiele dłuższego - przewidzianego rozkładem -
postoju. Nie pomagały raporty, proÅ›by i monity, aby przesunÄ…ć
rozkładowy nabór wody z Kłodzka do Kamieńca. Efekt był odwrotny.
Znalazł siÄ™ ktoÅ› roztropny i... żuraw w Kamieńcu zamkniÄ™to przed
wrocławskimi maszynami na kłódkÄ™. No, ale od czego były na
parowozie kilof, młotek i przecinak...?
Bez wody na kolei ani rusz. Nawet przy prowadzeniu
pociÄ…gu nowoczeÅ›niejszymi i sprawniejszymi lokomotywami niż
parowóz. ST43, mimo iż w pierwszych latach swojej służby na PKP
wykorzystywane były czÄ™sto do prowadzenia pociÄ…gów pasażerskich,
sÄ… przeznaczone do służby towarowej. Z tego powodu nie majÄ… urzÄ…dzenia
do ogrzewania składu. W sezonie zimowym brutto prowadzonych
pociÄ…gów zwiÄ™kszało siÄ™ przeto o wagon ogrzewczy. Specjalnych
problemów z “parnikami” nie było. Jedynie podczas
dużych mrozów i intensywnego ogrzewania nastÄ™powało na
niektórych stacjach drobne zakłócenie planowego postoju,
powodowane koniecznoÅ›ciÄ… uzupełnienia zapasu wody. Przykładowo jadÄ…c z
Warszawy, w Ostrowie Wielkopolskim trzeba było po wymianie
podróżnych podciÄ…gnÄ…ć nieco skład, gdyż w długich pociÄ…gach
“parniki” znajdowały siÄ™ w Å›rodku, natomiast w ekspresie
“Odra” na końcu. Było trochÄ™ kłopotu, ale stwarzało też
pewien komfort. Maszynista nie był odpowiedzialny za ogrzewanie składu,
obsługa wagonów ogrzewczych należała do wagonowni.
Ostre i Å›nieżne zimy, jakich wówczas nie
brakowało, dawały siÄ™ jednak we znaki. W grudniu 1972 r. jechałem
“Sudetami” do Warszawy. Zaraz za Wrocławiem - zamieć. Mimo
tego, utrzymujÄ…c prÄ™dkoÅ›ć jakoÅ› jechałem. Przed posterunkiem odgałÄ™źnym
Łukanów zatrzymało mnie czerwone Å›wiatło semafora. Nie było
wtedy łÄ…cznoÅ›ci radiowej miÄ™dzy posterunkami ruchu a maszynistÄ…, wiÄ™c
nie znałem przyczyny postoju. Po około godzinie, gdy przez moment
słabiej sypało, ujrzałem w oddali człowieka przy zwrotnicy. Odgarniał
Å›nieg. Poszedł w końcu do nastawni i po jakimÅ› czasie znów siÄ™
pojawił. I tak kilka razy. DomyÅ›liłem siÄ™ wtedy, że dyżurny ruchu jest
sam na służbie. Po odgarniÄ™ciu Å›niegu szedł przestawiać zwrotnicÄ™. Nim
dotarł do budynku, zwrotnica była znów zasypana. MinÄ™ła jeszcze
jedna godzina. W końcu na semaforze pojawiła siÄ™ “wolna
droga”. Obawiałem siÄ™, czy ruszÄ™, ponieważ kół nie było
już widać spod Å›niegu, ale powoli udało mi siÄ™ opuÅ›cić Łukanów.
Jechałem niemal po omacku, jedynie na nasypach prowadziłem pociÄ…g w
miarÄ™ pewnie. Przed Ostrowem Wielkopolskim, koło Topoli wjechałem w
zaspÄ™. PrÄ™dkoÅ›ć zaczÄ™ła szybko spadać. Z niepokojem obserwowałem
mierniki na pulpicie i Å›nieg, szybko zakrywajÄ…cy czołowe szyby. Przy 20
km/h pomyÅ›lałem, że już nie wytrzymajÄ… przekaźniki nadmiarowe. A wtedy
niechybnie bym stanÄ…ł na amen. Na szczęście prÄ™dkoÅ›ć powoli zaczÄ™ła
rosnÄ…ć.
Wycieraczki miałem cały czas włÄ…czone. Ale po
miniÄ™ciu zaspy, nie odgarniały Å›niegu z przednich okien. By cokolwiek
widzieć, otworzyłem boczne okienko i powoli wjeżdżałem do Ostrowa. Na
stacji okazało siÄ™, że w zaspie “zabrało” wycieraczki, wiÄ™c
rÄ™cznie oczyÅ›ciłem okna. Ponieważ by mi było wstyd defektować “na
wycieraczki” (i do tego w Ostrowie, gdzie nieraz próbowano
nas wypinać bez powodów), ruszyłem dalej. Podczas jazdy Å›nieg
szybko zaklejał przednie szyby. Otwierałem wtedy boczne okno i - niczym
na parowozie - obserwowałem szlak. Na szczęście powoli przestawało
padać.
Przyszła wiosna. Wraz z niÄ… ŚwiÄ™ta Wielkanocne. W
niedzielÄ™, o czwartej rano, przyjechałem “Karkonoszami” z
Łodzi. Niedawno dostaliÅ›my mieszkanie i chcieliÅ›my z MilÄ… urzÄ…dzić
pierwsze świąteczne wielkanocne śniadanie u nas, zapraszając jej
rodziców. Plan ułożył siÄ™ wyjÄ…tkowo po naszej myÅ›li. Zygmunt
szybko mnie zmienił i poszedłem do domu, złapać chociaż parÄ™ godzin
snu. O dziesiÄ…tej przyszli teÅ›ciowie. Nie zdÄ…żyliÅ›my siÄ™ podzielić
jajkiem - dzwonek do drzwi. Mila poszła otworzyć i wróciła z
marsowÄ… minÄ…:
- Włodek, ktoÅ› do ciebie.
W drzwiach stał dyrektor rejonu Stanisław Wójcik:
- Panie Włodku! Bardzo pana proszÄ™: czy nie
pojechałby pan o 12.00 do Łodzi? Nie ma kto jechać i pociÄ…g bÄ™dzie
stał!
Nie potrafiłem odmówić. Pan Wójcik szczerze ucieszony powiedział:
- Wiedziałem, że na panu mogÄ™ zawsze polegać. Niech siÄ™ pan szykuje, czekam w samochodzie.
ZłożyliÅ›my sobie życzenia i zaczÄ…łem szykować
jedzenie do pracy. Chyba po raz pierwszy, nie w kuchni. Pozbierałem po
trosze ze Å›wiÄ…tecznych talerzy. Mila była bardzo zła iż nie
odmówiłem Wójcikowi. Długo starała siÄ™ na tÄ™ okazjÄ™, a tu
mÄ…ż ledwie przyszedł z pracy, znów do niej wychodzi. Bałem siÄ™
cokolwiek mówić, by siÄ™ wytłumaczyć. Pomógł mi jednak
teÅ›ć, stary kolejarz:
- Służba nie drużba. Włodek ma takÄ… pracÄ™ w
której sÄ… sytuacje, że nie można odmówić. PrzyszliÅ›my
dziÅ›, przyjdziemy i jutro.
Pomogło!
Za to, że zgodziłem siÄ™ pojechać, Wójcik
polecił dyspozytorowi zapisanie mnie na służbÄ™ dopiero po Å›wiÄ™tach, na
godziny wieczorne. I pod żadnym pozorem do tego czasu nie niepokoić.
Najzabawniejszym paradoksem jaki istniał w owym
czasie w lokomotywowni Wrocław Główny, była jazda młodej
dziewczyny za pomocnika na spalinówkach. Protegowana jednego z
instruktorów i kogoÅ› ważnego z dyrekcji została przyjÄ™ta do
drużyn trakcji spalinowej, mimo iż instrukcja pracy manewrowej
zakazywała zatrudniania do manewrów kobiet. “Dzidka”
(tak jÄ… nazywali maszyniÅ›ci) jeździła ze wszystkimi, tylko nie ze mnÄ….
Po prostu jej nie zabierałem. I o dziwo nie miałem z tego powodu
żadnych konsekwencji. Raz to tylko wytłumaczyłem wykorzystujÄ…c
przepisy. Inni nabierali wody w usta. WidzÄ…c, że maszyniÅ›ci jadÄ…c z niÄ…
wykonujÄ… pracÄ™ swojÄ… i jej, postanowiłem wreszcie zakończyć tÄ™
sielankÄ™. Zabrałem “DzidkÄ™” “Lublinem” do
Kielc. Tam po dojechaniu do składu, poleciłem dziewczynie połÄ…czyć
lokomotywÄ™. “Dzidka” została na siedzeniu odpowiadajÄ…c
tylko, że jej nie zezwalajÄ… na to przepisy. Moje przepisy mówiły
z kolei, że jak mam pomocnika, to łÄ…czenie składu należy do jego
obowiÄ…zków, nie do mnie. W końcu zeszła z lokomotywy i ...
sterczała “pod hakiem” około 40 minut. Po tym czasie
uznałem, że nauki doÅ›ć i połÄ…czyłem lokomotywÄ™ z wagonami.
“DzidkÄ™” odesłałem do drugiej kabiny i po przyjeździe do
Wrocławia uprzedzajÄ…c fakty, napisałem stosowny raport na okolicznoÅ›ć
opóźnienia pociÄ…gu na stacji Kielce z winy nieumiejÄ™tnoÅ›ci i
“niemocy” pomocnika, przytaczajÄ…c szereg odpowiednich
paragrafów. Sprawa stała siÄ™ zbyt głoÅ›na, aby pozwolono na
dalsze tolerowanie takiego stanu.
Była to niestety ostatnia służba kobiety za pomocnika we Wrocławiu.
Znane mi były przypadki obsługiwania przez kobiety nawet
parowozów, ale czy odbywało siÄ™ to z korzyÅ›ciÄ… dla ich zdrowia -
tego pewny nie jestem. Kronikarze, a przede wszystkim emancypantki mogÄ…
mieć mi to za złe ale... Obsługa obojÄ™tnie jakiego pojazdu trakcyjnego,
w niektórych momentach wymaga użycia znacznej siły fizycznej, do
której na pewno nie jest stworzona przeciÄ™tna kobieta. Jak siÄ™
potem okazało, pozostali koledzy też mieli doÅ›ć jazdy z takim
pomocnikiem, co na nic mu nie pozwalajÄ… przepisy. Wielu mi dziÄ™kowało
za odwagÄ™, za to w gmachu przy ulicy Joannitów “ostrzono
na mnie zÄ™by”. Z biegiem czasu sprawa jednak ucichła.
Mój “rumun” był maszynÄ…, na
której zajechałem do jednej z najodleglejszych stacji od
macierzystej lokomotywowni. Kolonijny pociÄ…g doprowadziłem aż do
Olsztyna. Moim pomocnikiem był wtedy maszynista Hieronim Stellmach.
Kilka lat później, w lipcu 1977 r. prowadzÄ…c na EU07-115
miÄ™dzynarodowy pociÄ…g poÅ›pieszny z Pragi do Moskwy zginÄ…ł tragicznie w
czołowym zderzeniu pod Psim Polem.
W połowie lat siedemdziesiÄ…tych park lokomotyw
spalinowych, przeznaczonych do prowadzenia pociÄ…gów
pasażerskich, był już wzbogacony o kilkanaÅ›cie egzemplarzy SP45.
Przekwas nie za bardzo chciał na nich jeździć, ja natomiast podjÄ…łem
starania o przeniesienie na lokomotywy typowo pasażerskie. Rozstałem
siÄ™ wiÄ™c z moim dotychczasowym wspólnikiem i w styczniu 1975 r.
z Zakładów HCP w Poznaniu odebrałem SP45-153. NowÄ… ekipÄ™
stworzyłem z Arkiem Dawidowiczem, moim byłym pomocnikiem z Pt47-12.
Jego pomocnikiem był Ryszard BołtuÅ›, zaÅ› moim Edward WiÄ™cek.
JeździliÅ›my na niej spokojnie przez pół roku. Na poczÄ…tku lipca,
niestety, uległa wypadkowi na stacji Malczyce. Pecha miał nieplanowy na
tej maszynie mechanik Stanisław Besz. ProwadzÄ…c pociÄ…g do Szczecina, w
jego drogÄ™ przebiegu wyjechał z boku legnicki Ok1. Nie pomogło nagłe
hamowanie i doszło do starcia. Nasza SP45-153 mocno nie ucierpiała: na
podstawie przesunÄ…ł siÄ™ silnik wraz z prÄ…dnicÄ…. Lokomotywa była jeszcze
na gwarancji, wiÄ™c nikt nie odważył siÄ™ go uruchomić i skierowano jÄ… do
ZNTK Poznań. Gdy po jakimÅ› czasie pojechałem po odbiór, okazało
siÄ™, iż półroczny czyli prawie nowy silnik wymontowano,
wstawiajÄ…c jakiÅ› stary, ładnie pomalowany. OczywiÅ›cie wróciłem
do Wrocławia bez pojazdu. Powtórny odbiór lokomotywy z
nowym silnikiem, odbył siÄ™ już bez zakłóceń.
JakiÅ› czas potem i mnie zdarzyło siÄ™ uczestniczyć w
kolizji. Co prawda niegroźnej, której finał można by w dodatku
opowiadać jako dobry dowcip. ProwadzÄ…c pociÄ…g osobowy Wrocław -
Szczecin otrzymałem rozkaz, aby na przejeździe kolejowym miÄ™dzy
Bytomiem Odrzańskim a NowÄ… SolÄ… ograniczyć prÄ™dkoÅ›ć do 15 km/h. Gdy
zbliżałem siÄ™ do przejazdu spostrzegłem autobus, który zatrzymał
siÄ™ w bezpiecznej odległoÅ›ci od toru. RozpoczÄ…łem zwalnianie do
prÄ™dkoÅ›ci okreÅ›lonej w rozkazie. BÄ™dÄ…c w bliskiej odległoÅ›ci od
przejazdu patrzÄ™ i... oczom nie wierzÄ™: autobus rusza i pakuje siÄ™ pod
lokomotywÄ™. WłÄ…czyłem syrenÄ™ i nagłe hamowanie, zaczepiłem jednak o tył
pojazdu, urywając drzwiczki od komory silnikowej. Skoczyliśmy z
pretensjami do siebie. Ja byłem - jak to siÄ™ potocznie mawia -
“na prawie”, zaÅ› kierowca autobusu utrzymywał, iż
zwalniajÄ…c bieg pociÄ…gu... dawałem mu grzecznie możliwoÅ›ć pierwszeństwa
przejazdu. W końcu, gdy wytłumaczyłem młodemu kierowcy o co chodzi
uzgodniliÅ›my, iż on po cichu naprawi autobus, a ja o niczym nie bÄ™dÄ™ u
swoich władz wspominał. Nie chciałem go skrzywdzić. Na lokomotywie nie
było nawet najmniejszego zadrapania.
OdkÄ…d lokomotywy serii SP45 zaczÄ™ły coraz liczniej
reprezentować wrocławskÄ… szopÄ™, grono maszynistów trakcji
spalinowej proponowało tak władzom lokomotywowni, jak zwierzchnikom na
wyższych szczeblach, by zastosować trakcjÄ™ wielokrotnÄ… (czyli
poprowadzić pociÄ…g dwoma lokomotywami), i znacznie skrócić czas
jazdy do Warszawy przez Łódź. Dotyczyć to mogło przynajmniej
pociÄ…gu jaki stolicÄ™ powinien osiÄ…gnÄ…ć najszybciej czyli ekspresu
“Odra”. Na podwarszawskich odcinkach istniała możliwoÅ›ć
rozwinięcia prędkości konstrukcyjnej 120 km/h, niestety nie osiągalnej
dla silniejszych “rumunów”. Ponadto podwojenie mocy
gwarantowało ciÄ…głe utrzymywanie rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci, jak
również szybsze jej uzyskanie po ruszeniu. Sama SP45 nadawała
siÄ™ bardziej do prowadzenia lekkich składów podmiejskich, niż do
12. wagonowego ekspresu. Ale wtedy już nie liczono siÄ™ tak ze zdaniem
maszynistów, jak dawniej. Rozkład warszawski ułożono wprawdzie
na lokomotywy SP45 z większą prędkością maksymalną, ale tak naprawdę
nie wniósł on nic nowego do obsługi ekspresu.
Podczas, gdy nasza SP45-153 przebywała w ZNTK
Poznań, jeździliÅ›my z Arkiem na lokomotywach ST43 prowadzÄ…c
“OdrÄ™” tylko z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 100 km/h tam gdzie na szlaku było
120 km/h... nie opóźniajÄ…c pociÄ…gu. Trzeba nadmienić, iż w owym
czasie “Odra” była najładniejszym pociÄ…giem PKP. Kremowo -
czerwone wagony korzystnie prezentowały siÄ™ na tle innych
składów. Z dumÄ… wjeżdżaliÅ›my naszÄ… “OdrÄ…” do stolicy.
Po otrzymaniu SP45-153, wróciłem na trasÄ™ do
Görlitz. Oprócz służb regularnych, pokonałem na niej inny
najdłuższy odcinek poza granicami kraju. Po przyprowadzeniu do Bogatyni
pociÄ…gu z Wrocławia, zgodnie z planem mieliÅ›my pojechać luzem do
Görlitz i stamtÄ…d zabrać pociÄ…g do Polski. Z Bogatyni do Niemiec
zawsze jechaliśmy przez Zgorzelec, ale owego dnia przejazd taki
uniemożliwiło wykolejenie wagonów w Sulikowie, wiÄ™c wysłano nas
do Görlitz liniÄ… z Zittau. Jej duży fragment biegnie
wspólnie z trasÄ… Bogatynia - Zgorzelec. W Krzewinie
Zgorzeleckiej bardzo czÄ™sto nastÄ™powało krzyżowanie siÄ™ składów
polskich i niemieckich. Po wyjeździe z tej stacji przekroczyliÅ›my most
nad NysÄ… ŁużyckÄ… i znaleźliÅ›my siÄ™ w NRD. Tuż za granicÄ… wsiadł do
lokomotywy niemiecki pilot. TrochÄ™ po polsku, trochÄ™ “na
migi” a także za pomocÄ… długopisu i kartki okreÅ›lał prÄ™dkoÅ›ć, z
jakÄ… miałem jechać oraz wskazywał zwolnienia na stacji Hagenwerder.
PrzejechaliÅ›my obok bardzo dużej elektrowni, którÄ… do tej pory
mogłem obserwować tylko zza Nysy Łużyckiej. Do Görlitz wjechaliÅ›my
tunelem z tego samego kierunku, co ze Zgorzelca.
Szczególne wydarzenie jakie pamiÄ™tam z pracy
na SP45-153 miało miejsce 8 grudnia 1975 r. i wiÄ…zało siÄ™ z przejazdem
pociÄ…gu specjalnego na VII Zjazd PZPR. Stałem wtedy w pogotowiu na
stacji OleÅ›nica, nanoszÄ…c spokojnie poprawki do rozkładów i
wykazów ostrzeżeń stałych. Oprócz mnie, na lokomotywie
byli jeszcze maszynista instruktor Józef Zyga i pomocnik Edward
Więcek. Kilkanaście minut przed planowym przejazdem
“ponsza”, przez leżÄ…cy nie opodal OleÅ›nicy posterunek
odgałÄ™źny Łukanów dostaliÅ›my polecenie wyjazdu do Borowy
OleÅ›nickiej, aby tam przejÄ…ć pociÄ…g z delegatami. W pierwszej chwili
pomyÅ›leliÅ›my, że zdefektował specjalnie na tÄ™ okazjÄ™ wyprodukowany i
przygotowany w “Pafawagu” elektrowóz EP08-006,
który prowadził maszynista Podubrowny wraz z instruktorem
Henrykiem Trzaską. W Borowie Oleśnickiej dowiedzieliśmy się jednak
prawdziwej przyczyny. Na odcinku Grabowno Wielkie - Twardogóra
Sycowska została zerwana sieć trakcyjna, na niedawno oddanej do użytku
zelektryfikowanej trasie do Sieradza. Trzeba było wiÄ™c pojechać do
Ostrowa Wielkopolskiego drogÄ… okrÄ™żnÄ… przez Krotoszyn. Dyrekcyjni
decydenci obliczyli, iż z tego powodu “ponsz” bÄ™dzie
opóźniony około 40 minut. Po wyjeździe z Borowy OleÅ›nickiej,
Zyga dyskretnie szepnÄ…ł:
- Włodek jedź tak, aby było bezpiecznie i dobrze. TaÅ›my nikt nie bÄ™dzie sprawdzał, ja jÄ… zabiorÄ™.
Do Ostrowa przyjechaliśmy tylko 15 minut po czasie.
Szybko odczepiliÅ›my naszÄ… lokomotywÄ™ i “specpociÄ…g” pomknÄ…ł
dalej. Opóźnienie, jakiego doznał wskutek okrÄ™żnej jazdy,
maszyniÅ›ci “ósemki” wyrobili do Koluszek i planowo
wjechali w perony nowego dworca Warszawa Centralna.
Wyszła z tego niezła draka. Do Ministerstwa Komunikacji i do KC PZPR
podano pierwszÄ… wersjÄ™ wyliczeń wskazujÄ…cych na znaczne
opóźnienie pociÄ…gu i nie Å›ledzono potem jego faktycznego czasu
jazdy. Wszyscy oficjele poszli do baru, orkiestra też - nikt nie witał
goÅ›ci przybyłych z Dolnego ŚlÄ…ska. Zdziwienie było ogromne, jak z
podziemnych peronów dworca zaczÄ™li wychodzić
“opóźnieni delegaci”.
ParÄ™ dni potem wezwano Józefa ZygÄ™ i mnie na
czerwony dywanik do naczelnego dyrektora Dolnośląskiej DOKP. Podczas
spotkania, naczelny pytał co chwilÄ™:
- Jak wy to zrobiliÅ›cie, zajeżdżajÄ…c do Ostrowa Wielkopolskiego tylko z
15 minutowym opóźnieniem? Jak moi specjaliÅ›ci mogli siÄ™ tak
mocno pomylić!?
Wytłumaczyłem to ... dobrym taborem i stanem torów. W żadnym
momencie nie zapytał jednak o taÅ›mÄ™. W końcu naczelny dyrektor
Aleksander Marszałek podziÄ™kował, wrÄ™czajÄ…c nam koperty.
Przeprowadzenie pociÄ…gu specjalnego miało jeszcze
inne, mniej oficjalne znaczenie. Zwiastowało powolny zmierzch trakcji
spalinowej. Nie oddaliśmy jednak warszawskiej trasy bez walki, niejako
udowadniajÄ…c “elektrykom” niezawodnoÅ›ć lokomotywy
spalinowej i jej wiÄ™kszÄ… niezależnoÅ›ć od źródła energii.
Po kilkunastu latach pracy na kolei, przyszedł czas
na pierwsze refleksje i podsumowania. Gdy na poczÄ…tku lat
szeÅ›ćdziesiÄ…tych zaczÄ™to wprowadzać elektrowozy, bardzo siÄ™ tym
fascynowałem. Cieszyło mnie, że bÄ™dzie można zwiÄ™kszać prÄ™dkoÅ›ć
pociÄ…gów. Przede wszystkim zaÅ› praca maszynisty stanie siÄ™
lżejsza. Martwiło mnie jednak to, a nawet byłem czasem zazdrosny, że w
poczÄ…tkach elektryfikacji dolnoÅ›lÄ…skich szlaków na kursy
wysyłano tych maszynistów, którzy sobie na parowozach nie
radzili, przeważnie przybyłych z mniejszych parowozowni. Po oddaniu w
grudniu 1960 r. “pod prÄ…d” linii opolskiej owi maszyniÅ›ci
chodzili po szopie tak nadÄ™ci, że dotkniÄ™cie któregoÅ›
spowodowałoby chyba eksplozjÄ™. Natomiast obsadzanie kursów
trakcji spalinowej odbywało siÄ™ dokładnie odwrotnie. Tam kierowano
maszynistów z wiÄ™kszym stażem i doÅ›wiadczeniem. Tłumaczyłem
sobie to tym, że chyba jeszcze na poczÄ…tku lat siedemdziesiÄ…tych nie
przewidywano w okrÄ™gu dolnoÅ›lÄ…skim wiÄ™kszych elektryfikacji. Na całym
Å›wiecie zaznaczał siÄ™ wtedy intensywny rozwój trakcji
spalinowej. Może właÅ›nie dlatego we Wrocławiu chciano mieć na niej
lepszych maszynistów? Szybko jednak inne zarzÄ…dy kolejowe
przekonały siÄ™ o wyższoÅ›ci lokomotywy elektrycznej nad spalinowÄ….
Czas biegł nieuchronnie. Oto 31 marca 1973 r.
wyprowadzono z lokomotywowni Wrocław Główny ostatni czynny w
niej parowóz. Był nim mój dawny Pt47-12. Przekazano go do
Białogardu.
JeżdżÄ…c na lokomotywach ST43 i SP45 chwaliłem sobie
ten nowy rodzaj trakcji. Do służby chodziłem z przyjemnoÅ›ciÄ…. Mimo iż
praca stała siÄ™ lżejsza, czasochłonnoÅ›ć obsługi, przeglÄ…dów,
przygotowania pojazdu do drogi pozostały praktycznie takie, jak w
przypadku lokomotywy parowej. CiÄ…gle natomiast trzeba było doskonalić
swoje wiadomoÅ›ci i pogłÄ™biać wiedzÄ™ z zakresu budowy i obsługi pojazdu.
Tu maszynista nie posłużył siÄ™ młotkiem i przecinakiem, jak na
parowozie. ProwadzÄ…c pociÄ…gi lokomotywami spalinowymi miałem ogromnÄ…
satysfakcjÄ™, że pod wzglÄ™dem obsługi odcinków byliÅ›my
równi z trakcjÄ… elektrycznÄ…, czasem nawet lepsi. My jeździliÅ›my
do Warszawy przez Łódź, oni przez CzÄ™stochowÄ™; my jeździliÅ›my do
Kołobrzegu, oni do Lublina. Jak nieuchronny na poczÄ…tku lat
siedemdziesiÄ…tych był zmierzch trakcji parowej, tak parÄ™ lat
później dotknÄ™ło to trakcjÄ™ spalinowÄ…. Za symbolicznÄ… datÄ™ można
przyjÄ…ć właÅ›nie przejazd 8 grudnia 1975 r. owego
“specpociÄ…gu”. Później żadna spalinówka z
pociÄ…giem dalekobieżnym, na warszawskÄ… trasÄ™ nie wyjechała.
Z czasem zaczÄ™liÅ›my jeździć “koło domu”,
praktycznie nie wyjeżdżajÄ…c poza okrÄ™g dolnoÅ›lÄ…ski. ZastÄ™powaliÅ›my
lokomotywami spalinowymi odcinki obsługi przeznaczone do niedawna dla
parowozów. Zamiast Ok1 i Ok22 jeździliÅ›my osobowymi do Ścinawy,
Jaworzyny ŚlÄ…skiej przez SobótkÄ™, Opola przez Jelcz Miłoszyce. Z
dalszych tras pozostały tylko Rzepin, Zielona Góra, MiÄ™dzylesie
i Zgorzelec/Görlitz. Ograniczanie zasiÄ™gu pracy trakcji spalinowej
rekompensowała jazda po bardzo malowniczych traktach. Dolny ŚlÄ…sk,
poprzecinany jest gÄ™stÄ… sieciÄ… dróg żelaznych, wijÄ…cych siÄ™ po
górach i staczajÄ…cych w doliny niczym strumyki. Do najbardziej
ciekawych szlaków, które obsługiwałem lokomotywami
spalinowymi a jazda po nich dawała wiele przyjemnych wrażeń, zaliczałem
liniÄ™ “miÄ™dzyleskÄ…” i trasÄ™ Świdnica Kraszowice - Jugowice
- Jedlina Zdrój - Nowa Ruda - Kłodzko. Zwłaszcza ta ostatnia
była szczególnie barwna. Posiadała dwa długie tunele i wiele
wysokich mostów o ciekawych konstrukcjach. PiÄ™ciowagonowy skład
do Kłodzka, który z Wrocławia wyruszał rano a wracał wieczorem,
w soboty i niedziele był zapełniony do ostatniego miejsca, czÄ™sto
stojÄ…cego. Latem nie było w pociÄ…gu zamkniÄ™tego okna. Rekreacyjna
prÄ™dkoÅ›ć, jakÄ… posiadały pociÄ…gi tamtÄ™dy kursujÄ…ce, sprzyjała
podziwianiu w czasie podróży piÄ™knych widoków Gór
Sowich i Kotliny Kłodzkiej.
Jednak jeżdżÄ…c tym odcinkiem nie mogłem siÄ™ oprzeć smutnemu wrażeniu,
że trud wielu pokoleń kolejarzy chyli siÄ™ ku upadkowi. Najbardziej
zaniedbany był odcinek Świdnica Kraszowice - Jedlina Zdrój. W
szybkim tempie przybywało zwolnień na szlaku i mostach, likwidowano
rozjazdy i tory boczne na stacjach. Zaprzestano całkowicie bieżÄ…cej
naprawy torowisk, sporadycznie wymieniajÄ…c jakiÅ› pojedynczy podkład,
gdy szyna nie miała siÄ™ już czego trzymać.
Przeżyłem okres Å›wietnoÅ›ci i lata regresu trakcji
parowej w parowozowni Wrocław Główny. Obecnie wraz z
elektryfikacjÄ… bÄ…dź upadkiem niektórych szlaków,
nastÄ™pował powolny zmierzch trakcji spalinowej. Niejednokrotnie w
czasie służb rozmyÅ›lałem, że wraz z jego przemijaniem, kończy siÄ™ także
mój czas Å›wietnoÅ›ci maszynisty. Krótkie służby były
odpoczynkiem po minionych latach. Coraz bardziej odchodziły w dal
wspomnienia. Jednak gdzieÅ› w głÄ™bi serca mocno trwała we mnie chÄ™ć
dalszej walki z czasem. CiÄ…głego zerkania na prÄ™dkoÅ›ciomierz, na
zegarek - by efekt mej pracy był jak najlepszy.
6. Pod drutem
Dnia 1 stycznia 1981 r. zdały siÄ™ powoli spełniać moje marzenia
powrotu na dalekie trasy. Skierowano mnie na trzymiesięczną praktykę
warsztatowÄ… elektrycznych pojazdów trakcyjnych. Po jej
zakończeniu zostałem przydzielony jako praktykant do mojego brata
Stanisława Dołubizno, maszynisty EU07-036. Od poczÄ…tku kariery
zawodowej w Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny nasze
drogi krzyżowały siÄ™ kilkakrotnie. Zeszły siÄ™ na dobre gdy zostałem
maszynistÄ… pojazdów trakcji elektrycznej.
Stach był już doÅ›wiadczonym maszynistÄ… elektrowozu.
Kurs na prawo kierowania “pod drutem” ukończył w 1972 r. Z
poczÄ…tku planowo jeździł na jednostkach, min. na EN57-1188. Otrzymał
także do testowania, wyprodukowanÄ… w “Pafawagu”,
prototypowÄ… jednostkÄ™ czterowagonowÄ… EN71. Od marca 1980 roku został
przydzielony na elektrowóz EU07-036. Jego wspólnikami
byli: Tadeusz Nawrot i Jan Szlachta. Rok później, znów po
latach byliÅ›my razem. NiegdyÅ› Stach zdobywał swoje pierwsze
maszynistowskie szlify na parowozie pod moim okiem. Z czasem role siÄ™
odwróciły i ja szkoliłem siÄ™ u brata na maszynistÄ™ elektrowozu.
26 maja 1981 roku, po zdaniu eksternistycznego egzaminu na prawo
kierowania, zostałem wspólnikiem brata na EU07-036. I to właÅ›nie
na tym elektrowozie przez pewien czas jeździłem moje najdalsze na PKP
służby - 514 km do Lublina. Trzecim maszynistÄ… był Tadek Nawrot.
O “rodzinnÄ…” lokomotywÄ™ dbaliÅ›my niczym o swojÄ…. Gorzej za
to było na “nie kolejowym” gruncie rodzinnym. Wszelkie
spotkania towarzyskie były wrÄ™cz niemożliwe, gdyż albo w trasie był
Stach, albo ja.
Po moim awansie na stanowisko maszynisty instruktora
wolne miejsce na naszej “siódemce” zajÄ…ł Zygmunt
Przekwas. 1 czerwca 1982 r. po orzeczeniu lekarza odpowiedzialnego za
stan zdrowia maszynistów, brat został odsuniÄ™ty od jazdy.
Przeszedł na rentÄ™. W lipcu 1984 r. wrócił za nastawnik, do
swojej starej brygady. W kwietniu 1985 r. jadÄ…c pociÄ…giem 61004 do
Warszawy, w prowadzonej przez niego EU07-036 pÄ™kła rama wózka i
po powrocie “luzem” do macierzystej lokomotywowni maszyna
została odstawiona jako oczekujÄ…ca na naprawÄ™. On i jego
wspólnicy jeździli pewien czas “na dziko”. Po
zakończeniu mojej krótkiej kariery jako maszynisty instruktora i
powrocie 1 maja 1985 r. za nastawnik obsadziliśmy planowo - Stach,
Zygmunt Przekwas i ja - lokomotywÄ™ ET22-812. Była prawie nowa, ale
wytrzÄ™sło nas niemiłosiernie. Jak to na “byku”. Po kilku
służbach zaczÄ™liÅ›my siÄ™ z powrotem starać o
“siódemkÄ™”. Trwało to dwa miesiÄ…ce i 3 lipca Stach
przyprowadził z Cegielskiego EU07-369.
Jeszcze rok jeździliÅ›my spokojnie i szczęśliwie. W
czerwcu 1986 r. Stach odszedł na rentÄ™ bezpowrotnie. Przykro mi było
pod każdym wzglÄ™dem. Przede wszystkim dlatego, że spotkało to mojego
młodszego brata. Był dobrym pracownikiem i wspólnikiem na
lokomotywie. Był bardzo dobrym maszynistÄ…, jeździł bezawaryjnie. Ale na
kolei tak to już jest od lat:
- Gdy pracujesz widzÄ… ciebie wszyscy, a jak
odejdziesz - zwłaszcza w takich okolicznoÅ›ciach jak renta - jesteÅ›
zapomniany przez tych, dla których przez lata pracowałeÅ›.
Stach miał ogromny żal do administracji
lokomotywowni i zwiÄ…zków zawodowych, że nikt nie zaprosił go aby
podziÄ™kować za ćwierć wieku pracy, nienagannej pracy dla Polskich Kolei
Państwowych. Pocieszał siÄ™ jedynie tym - ale jakże smutne to
pocieszenie - że nie tylko jego tak potraktowano. Ale bez wzglÄ™du na
podobne okolicznoÅ›ci, dziÅ› gdy wspólnie siÄ™ spotkamy, choć nie
wiÄ…że nas z kolejÄ… nic bezpoÅ›redniego - ja jestem na emeryturze, Stach
na rencie - bardzo miło wspominamy tamte czasy. I te dalekie i bliskie.
Praca na parowozie była ciÄ™żka. PomagaliÅ›my jednak sobie wzajemnie i
czynem i dobrym słowem nie kryjÄ…c zadowolenia, że razem możemy
wykonywać wymarzony przez nas w dzieciństwie zawód. Z czasem
założyliÅ›my rodziny, a najbardziej cieszyliÅ›my siÄ™ gdy otrzymaliÅ›my
własne mieszkania. PracÄ™ na kolei zaczynaliÅ›my niemal razem. Szkoda
tylko, że dziÅ› nie możemy usiÄ…Å›ć przy jednym stole z podobnymi
odczuciami. Ja jestem zadowolony, że szczęśliwie jeżdżÄ…c doczekałem
emerytury, Stach natomiast nosi w sercu po prostu ogromny żal... Jedyne
co pozostało, to wspominać z satysfakcjÄ… odległe lata, nasz
najpiÄ™kniejszy okres życia, który wpletliÅ›my w rytm stukajÄ…cych
kół parowozu.
Po zdaniu egzaminu i otrzymaniu prawa kierowania
pojazdami trakcji elektrycznej, w moim życiu zawodowym nastał nowy
okres. Wróciłem na dawne trasy obsługiwane niegdyÅ› parowozami i
lokomotywami spalinowymi. Znów mogłem godnie realizować
mój wymarzony w dzieciństwie cel; nieustannie walczyć z czasem,
prowadzÄ…c dalekobieżne pociÄ…gi pasażerskie. Praca maszynisty
elektrowozu w porównaniu z tÄ… na lokomotywie spalinowej stała
siÄ™ komfortem. Odpadły utrzymanie i obsługa kotła parowego,
nabór paliwa i wody, a przede wszystkim utrzymanie w sprawnoÅ›ci
silnika spalinowego SP45. Straszny bubel, ciÄ…gle trzeba było coÅ› w nim
dokrÄ™cać. Natomiast na elektrowozie, aby tylko sprawne było sterowanie
i już można jechać.
Ale nie był to już tak barwny okres, jak służba na
parowozie czy lokomotywach spalinowych. Zmiany polityczne w Polsce nie
ominÄ™ły niestety Å›rodowiska maszynistów. CieszÄ…ca siÄ™ od lat
niezmiennym szacunkiem, ogólnym poważaniem, zgrana, hermetyczna
grupa zawodowa na własnÄ… proÅ›bÄ™ doprowadziła do wewnÄ™trznych
podziałów. W 1982 r. pewna grupa maszynistów
zorganizowała w lokomotywowni Wrocław Główny referendum, w
którym miano wypowiedzieć siÄ™ na temat skrócenia
lubelskiego odcinka obsługi do Kielc i oddania pociÄ…gów relacji
Głogów - Zielona Góra. Niestety, nie był to dobry pomysł.
“Tak” w pierwszej kwestii wypowiedzieli maszyniÅ›ci,
których bezpoÅ›rednio to nie dotyczyło, czyli maszyniÅ›ci
elektrycznych zespołów trakcyjnych. Wynik referendum uznano za
wiÄ…żÄ…cy i odpadła nam najdłuższa obsługiwana przez Wrocław trasa. Źle
przyjÄ…ł tak postawionÄ… sprawÄ™ Centralny ZarzÄ…d Trakcji w Warszawie,
gdyż lubelski odcinek przydzielono naszej lokomotywowni po tragicznym
wypadku na stacji Julianka, powstałym z winy nie naszego maszynisty.
Odebrano go niejako “za karÄ™” - po referendum wrócił
do DÄ™blina. Po sprawie został niesmak. Przy okazji pociÄ…gu 62200/
26201, Jelenia Góra - Lublin - Jelenia Góra wspomnÄ™ że
był to chyba najbardziej pechowy pociÄ…g w naszej szopie. Po wypadku w
Juliance, jeszcze dwa razy nie dane mu było dotrzeć do celu.
Obsługiwany przez Wrocław uległ wypadkom na stacji Blachownia pod
Częstochową i pod Bąkowem.
Krótko, niecałe dwa lata jeździłem na swoim
pierwszym planowym elektrowozie EU07-036. W 1982 r. awansowałem na
stanowisko maszynisty instruktora trakcji elektrycznej.
7. Maszynista instruktor
Na wakujÄ…ce
stanowisko maszynisty instruktora zostałem awansowany 16 lutego 1982 r.
Warunkiem, jaki postawiłem przed objÄ™ciem tej funkcji, było
przydzielenie w każdym miesiÄ…cu przynajmniej dwóch służb jako
maszynista. Został przyjÄ™ty bez wahania, gdyż w tym czasie maszyniÅ›ci
mieli jeszcze sporo godzin nadliczbowych. Była to tzw. cicha umowa
miÄ™dzy stronami, wszakże taka forma pracy nie była powszechnie
stosowana. Z podobnej umowy korzystał instruktor Bronek Kołodziej,
którego wspominam jako dobrego kolegÄ™ i wspaniałego
współpracownika. Taka praktyka okazała siÄ™ potrzebna, gdyż
mogliÅ›my wyłapać uchybienia manewrowych czy nawet dyżurnych ruchu.
NieprawidłowoÅ›ci przez nas zauważone, były potem przedmiotem pouczeń
okresowych. Ponadto, za parÄ™ lat okazało siÄ™, że utrzymywanie siÄ™
“w formie” było jak najbardziej wskazane.
Współpraca z podległymi maszynistami układała siÄ™ dobrze. Z
kierownictwem jednostki nie najlepiej. PierwszÄ… koÅ›ciÄ… niezgody był
poglÄ…d, iż za usterki podczas jazdy odpowiedzialnoÅ›ć powinien ponosić
maszynista. JeÅ›li zaÅ› “zdefektował” lub opóźnił
pociÄ…g usuwajÄ…c usterkÄ™, czepiano siÄ™ instruktora. Jeżeli nie chciał
opóźnić pociÄ…gu i usuwał uszkodzenie podczas jazdy, a nie daj
Bóg z tego powodu przekroczył prÄ™dkoÅ›ć lub przejechał semafor -
winiono (dlaczego?) instruktora. Jeżeli zaÅ› nie dopuszczał do powstania
sytuacji niebezpiecznych i usuwał usterkÄ™ podczas postoju
opóźniajÄ…c pociÄ…g lub nie mogÄ…c nic poradzić zgłaszał defekt
maszyny - pociÄ…gano go do odpowiedzialnoÅ›ci. Dziwny to był kołowrotek
nielogicznego rozumowania.
Administracja broniła warsztatu i - nie wiedzieć dlaczego - chciała, by
instruktorzy (mimo, iż czÄ™sto pociÄ…gani do takiej niezawinionej
odpowiedzialnoÅ›ci) czynili tak samo. Nie mogliÅ›my zgodzić siÄ™ z takim
stanem ponieważ jakakolwiek usterkowoÅ›ć w funkcjonowaniu taboru jest
prawie wyłÄ…cznie wynikiem nieprawidłowo wykonanego przeglÄ…du
okresowego, niekiedy zbiegiem niekorzystnych okoliczności, bardzo
rzadko zaÅ› wskutek niewłaÅ›ciwej obsługi pojazdu przez maszynistÄ™. Tak
postawiona przez nas sprawa bardzo nie podobała siÄ™ administracji.
Naczelnik lokomotywowni wiele decyzji podejmował
“na pokojach” wraz z pracownikami administracji. Zmiany i
nowe zarzÄ…dzenia były wprowadzane bez konsultacji z gronem
maszynistów instruktorów, przez osoby niekompetentne i
najmniej zainteresowane tym, co dzieje siÄ™ w drużynach trakcyjnych.
Jednym z tych “pokojowych” zarzÄ…dzeń wydanych przez
naczelnika, było nakazanie maszynistom jazdy na jednej parze
silników trakcyjnych w przypadku uszkodzenia drugiej. Przy
ciÄ™żkich pociÄ…gach, jakich nie brakowało w obsłudze wrocławskiej szopy,
jazda taka powodowałaby nadmierne przeciÄ…żenia pozostałych sprawnych
elementów pojazdu. W efekcie mogło to prowadzić w krótkim
czasie do kolejnych awarii. Do nielichych kłótni dochodziło po
nastaniu okresu zimowego. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego administracja
tak słabo dba o tabor. Zalecenia instruktorów, aby wprowadzać
pojazdy do hali były ignorowane. Była ona za to pełna była starych
wagonów czy porozbijanych lokomotyw porozrzucanych po wszystkich
kanałach. Szkoda, że nie była zapełniana tym do czego naprawdÄ™ służyła.
Nie stosowano siÄ™ do naszych zaleceń z prostej przyczyny. Aby
wprowadzać pojazdy pod dach, należało zatrudniać dodatkowo przez całÄ…
dobę pracownika przesuwni i jeszcze maszynistę. Oszczędzano na
drużynach trakcyjnych, oszczÄ™dzano na zakupach Å›rodków do
odmrażania, a efekty były takie, że wyznaczonÄ… do pociÄ…gu lokomotywÄ™
trzeba było podczas silnych mrozów po prostu zostawić, gdyż nie
można było jej uruchomić. Brano innÄ…. Dobrze, gdy była akurat wolna.
Często po prostu nas nie szanowano. Naczelnik czy
zastÄ™pca potrafili pod byle pretekstem zwymyÅ›lać maszynistÄ™ instruktora
w obecnoÅ›ci innych maszynistów. Uważałem to za podrywanie
naszego autorytetu, wobec podległych nam pracowników. Stosunki
te pogorszyły siÄ™ jeszcze bardziej po zmianie zwierzchnictwa nad
instruktorami. Uprzednio podlegaliśmy bezpośrednio naczelnikowi
lokomotywowni, później zaÅ› kierownikowi trakcji. Była to jawna
degradacja stanowiska.
Gdy byłem maszynistÄ… instruktorem, miało miejsce
jedno z najbardziej przykrych przeżyć w mojej karierze zawodowej. Było
to 17 października 1984 r. Po przyjÅ›ciu do pracy na 7.00 dowiedziałem
siÄ™, że we wczesnych godzinach rannych wydarzył siÄ™ wypadek pod
BÄ…kowem. Na stojÄ…cy w łuku przed semaforem wjazdowym pociÄ…g towarowy
najechał z prawie pełnÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… rozkładowÄ… pociÄ…g poÅ›pieszny Lublin
- Jelenia Góra. Ze Starego Olesna wyprawiono go na sygnał
zastÄ™pczy. PociÄ…g prowadził podległy mi maszynista na lokomotywie
EU07-022, dostałem wiÄ™c polecenie udania siÄ™ na miejsce wypadku. Gdy
wyjeżdżałem z Wrocławia do Kluczborka wiedziałem, że maszynista żyje. W
Kluczborku, nawet tego nie kryjÄ…c zrobiono mi wielkÄ… łaskÄ™ i
podwieziono do pobliskiego BÄ…kowa lokomotywÄ…, gdyż szlak był zamkniÄ™ty.
Ze stacji szedłem jeszcze około 2 km. WidzÄ…c barykadÄ™ spiÄ™trzonego
taboru, zdrÄ™twiałem. ChwilÄ™ po dotarciu do miejsca katastrofy - było
około godziny dziesiÄ…tej - lekarz oÅ›wiadczył, że 15 minut temu
maszynista Arkadiusz Dawidowicz zmarł!
Jestem twardy na łzy, ale po słowach lekarza zapłakałem. ZginÄ…ł
mój Kolega, który u mnie na parowozie Pt47-12 zaczynał
pracÄ™ w 1963 r., były Wspólnik z SP45-153, podległy mi
Pracownik, nad którym miałem nadzór jako maszynista
instruktor.
Była piÄ…ta godzina od zderzenia. SpiÄ™trzony tabor jak leżał na kupie,
tak leżał. Kabina elektrowozu była doszczÄ™tnie zmiażdżona, wbita w
dużÄ…, czteroosiowÄ… wÄ™glarkÄ™, na której leżał w poprzek na boku,
trzeci w składzie pociÄ…gu poÅ›piesznego wagon osobowy. UsuniÄ™to
pasażerów z wykolejonych wagonów (nikt nie zginÄ…ł, a
rannych było niewielu), potem zaÅ›... zabrano siÄ™ za sprzÄ…tniÄ™cie paczek
z rozbitego wagonu pocztowego. Nie podjÄ™to konkretnych działań, aby
spod spiÄ™trzonej góry żelastwa uwolnić człowieka potrzebujÄ…cego
najbardziej pomocy - maszynistÄ™. Miał zmiażdżone stopy, przyciÅ›niÄ™te
przez załamanÄ… Å›cianÄ™ oddzielajÄ…cÄ… kabinÄ™ od maszynowni. Strażacy z
Kluczborka próbowali co prawda wycinać w dwóch miejscach
pudło. Za każdym razem trafiali na ożebrowanie konstrukcji i zaniechali
tych działań. Przez nieudolnie prowadzonÄ… akcjÄ™ ratunkowÄ…, brak
odpowiedniego sprzÄ™tu, brak dźwigu - maszynista konał piÄ™ć godzin!
Bywałem na niejednym wypadku z pociÄ…gami towarowymi, gdzie wagony były
zbite w jednÄ… bryłÄ™ - nie robiło to na mnie wrażenia. Dopiero pod
BÄ…kowem uÅ›wiadomiłem sobie, że sprzÄ™t jaki majÄ… brygady ratunkowe do
przeprowadzenia akcji i ratowania życia ludzkiego, nadaje siÄ™ do
lamusa. ZginÄ…ł mój Kolega.
Długi czas patrzyłem ze łzami w oczach na wrak
elektrowozu. W Å›rodku jeszcze był Arek. Po chwili, w końcu zdusiłem w
sobie wzruszenie i poszedłem do przewodniczÄ…cego komisji powypadkowej.
Przeprowadziłem z nim rozmowÄ™ na temat poszukiwań prÄ™dkoÅ›ciomierza z
taÅ›mÄ… rejestrujÄ…cÄ… prÄ™dkoÅ›ć pociÄ…gu. Było to dla mnie
szczególnie ważne, gdyż wczeÅ›niej, kilka razy, byłem w komisjach
powypadkowych. Po dotarciu na miejsce, dostawałem taÅ›my mocno
zniszczone. Czasem odnosiło siÄ™ wrażenie, że wrÄ™cz celowo. Trudno było
z nich cokolwiek odczytać. Mimo iż tym razem do komisji nie należałem,
to przewodniczÄ…cy słyszÄ…c, że zginÄ…ł podległy mi Maszynista, Kolega,
Wspólnik - nakazał osobiste szukanie prÄ™dkoÅ›ciomierza. I był
jeszcze jeden powód - najłatwiej nieżyjÄ…cego MaszynistÄ™ obarczyć
winÄ… za tragediÄ™, jakby już jej było mało w Jego Rodzinie...
Przydzielono mi kilku ludzi z ekipy ratunkowej. Według moich
wskazówek, w odpowiednich miejscach rozcinali elementy nadwozia.
Gdy w końcu wygrzebałem ze szczÄ…tków kabiny prÄ™dkoÅ›ciomierz
rejestrujÄ…cy i schodziłem z prawie nieistniejÄ…cego fragmentu
lokomotywy, kamery ekipy telewizyjnej, filmujÄ…cej całe zdarzenie,
zostały skierowane w mojÄ… stronÄ™. StojÄ…cy nieopodal “bardzo ważny
pan” z OkrÄ™gowego Inspektoratu Bezpieczeństwa, natychmiast
podbiegł do mnie. Poczekał, aż skończyłem wyjmować taÅ›mÄ™ z zapisanym
przebiegiem służby, bez słowa mi jÄ… wyrwał i zaczÄ…ł objaÅ›niać
filmujÄ…cym, co to jest oraz do czego służy. Tylko ze wzglÄ™du na Å›mierć
Arka, nie protestowałem. Ten człowiek po prostu chciał siÄ™ pokazać w
telewizji! Bo niby dlaczego całej Polsce, zapis taÅ›my miałby objaÅ›niać
instruktor maszynistów, skoro dookoła jest tylu ważnych ludzi? I
w tym momencie uÅ›wiadomiłem sobie na dobre, że maszynista instruktor
trakcji elektrycznej - to żadne stanowisko...
Wróciłem do domu wieczorem. Mila wiedziała
już z telewizji, że był wypadek. DomyÅ›lała siÄ™ przyczyny mojego
późnego powrotu. Zobaczyła łzy w oczach i gdy usłyszała, że
zginÄ…ł Arek Dawidowicz, płakała razem ze mnÄ…. Tyle lat siÄ™ znaliÅ›my. Po
założeniu rodzin, czÄ™sto siÄ™ odwiedzaliÅ›my. Opowiedziałem Mili wszystko
z miejsca wypadku. PrzerażajÄ…cy widok miejsca katastrofy, wiadomoÅ›ć od
lekarza, zachowanie ludzi, moment wynoszenia Arka z wraku lokomotywy.
Zostawił żonÄ™ i dwie córeczki. Niedobrze jest topić smutek i żal
w alkoholu. Ale tego wieczoru, by móc zasnÄ…ć, opróżniłem
sporÄ… zawartoÅ›ć barku. Mila nie protestowała...
Kilka dni później odbył siÄ™ pogrzeb. W
Olbrachtowicach koło Kobierzyc, skÄ…d Arek pochodził. Na cmentarzu
stałem obok Gienka Biadonia. MieliÅ›my ogromne wiÄ…zanki kwiatów.
Razem żegnaliÅ›my KolegÄ™ z naszego parowozu. Na pogrzeb przyjechało
wielu maszynistów. Ci, którzy byli na służbie, o
umówionej godzinie, niezależnie od miejsca w jakim siÄ™
znajdowali, oddali hołd zmarłemu tragicznie Arkadiuszowi Dawidowiczowi,
na długo uruchamiajÄ…c syreny lokomotyw.
Po zmianie starszego instruktora w Dolnośląskiej DOKP, pierwszym -
wydanym przez niego zarzÄ…dzeniem było nakazanie maszynistom
instruktorom wykonywania jazd kontrolnych od rozpoczÄ™cia służby w danym
dniu przez maszynistÄ™, do jej zakończenia. BulwersujÄ…ca to była dla
mnie wiadomoÅ›ć. DotÄ…d na kontrolÄ™ przychodziłem znienacka, po
zarzÄ…dzeniu miałem jechać do Warszawy, Krakowa, czy innego dalekiego
miasta. Mijały siÄ™ z celem jazdy kontrolne, gdyż takie postawienie
sprawy doprowadzić by mogło do ewentualnego rozluźnienia w
przestrzeganiu przepisów. Kontrole poszczególnych
maszynistów stałyby siÄ™ rzadsze (dłuższe przebywanie instruktora
poza Wrocławiem z jednym maszynistÄ…), a przez to mniejsze możliwoÅ›ci
ujawnienia ewentualnych nieprawidłowoÅ›ci. PomyÅ›lałem w końcu:
- JeÅ›li mam pracować w tak niekorzystnej atmosferze nieposzanowania,
być Å›wiadkiem wydawania niewłaÅ›ciwych decyzji przez ludzi władnych, acz
niekompetentnych i na dodatek być zmuszanym do ich wykonywania za
grosze, to lepiej zejdÄ™ z powrotem do jazdy, przynajmniej finansowo
zyska rodzina.
Jak to zwykle bywało w tamtych czasach, przed
Å›wiÄ™tem 1 Maja naczelnik lokomotywowni zwołał naradÄ™ podsumowujÄ…cÄ…
miniony okres, przedstawiajÄ…c również plany, jakie nas czekajÄ…
do realizacji w najbliższej przyszłoÅ›ci. Znów zaprezentował
tylko i wyłÄ…cznie swoje z nikim nie konsultowane projekty, czym
doprowadził do zażartej dyskusji, która przerodziła siÄ™ na końcu
w kłótniÄ™. Po skończonej “naradzie”, dopełniajÄ…cej
czarÄ™ goryczy napisałem podanie o przywrócenie mnie do pracy w
drużynach trakcji elektrycznej. Naczelnik, który nie zdÄ…żył
ochłonÄ…ć ze złoÅ›ci podanie podpisał bez chwili zastanowienia. Aby siÄ™
nie rozmyÅ›lił, czym prÄ™dzej je zabrałem, zgłaszajÄ…c siÄ™ do kierownika
trakcji z proÅ›bÄ… o wciÄ…gniÄ™cie do planu. 1 maja 1985 r. wróciłem
za nastawnik elektrowozu, prowadzÄ…c wieczorny pociÄ…g osobowy do
Poznania. Jeszcze przez miesiÄ…c byłem jednak zaszeregowany jako
maszynista instruktor. Naczelnik kilka razy wzywał mnie do siebie,
nakłaniajÄ…c do zmiany zdania - nie ustÄ…piłem. Dopiero pod koniec maja,
po miesiÄ…cu bezskutecznych spotkań wydał zarzÄ…dzenie o przesuniÄ™ciu
mnie do drużyn. Nie żałowałem swojej decyzji.
JeżdżÄ…c na powrót jako maszynista, dużo
rozmyÅ›lałem o piastowanym przez ponad 3 lata stanowisku. Doszedłem do
niezbyt pocieszajÄ…cego wniosku, że - przynajmniej w Lokomotywowni
Pozaklasowej Wrocław Główny - było to stanowisko bardzo mało
znaczÄ…ce.
Sukces, czy porażka...? Z perspektywy minionych lat
odnoszÄ™ wrażenie, że była to porażka. Drobne sukcesy odniosłem jedynie
w obronie maszynistów. Gdy wspomnÄ™ lata, kiedy zaczynałem jazdÄ™
na parowozie, stanowisko maszynisty instruktora było szanowane i bardzo
poważane. Jego prestiż zaczÄ…ł powoli podupadać w momencie, jak na
podobne stanowiska w innych służbach zaczÄ™li przychodzić ludzie z
wyższym wykształceniem. Instruktorem trakcyjnym był zawsze awansowany
na tÄ™ funkcjÄ™ maszynista, posiadał wiÄ™c wykształcenie zawodowe,
niekiedy Å›rednie. Dla kontrolerów z innych służb, a co gorsza
dla swoich bezpoÅ›rednich zwierzchników w lokomotywowni
pozostawał zawsze tylko ... maszynistÄ….
8. Powrot za nastawnik
Gdy w maju 1985 r. wróciłem do jazdy, wspólnie z
Zygmuntem Przekwasem i Stachem Dołubizno obsadziliÅ›my elektrowóz
ET22-812. Po dwóch miesiÄ…cach otrzymaliÅ›my nowÄ… EU07-369.
Podczas wyposażania pojazdu i sposobienia go do jazdy Zygmunt i Stasiek
ustalili, że właÅ›nie ja dostanÄ™ pierwszÄ… planowÄ… służbÄ™, oni
natomiast... wypijÄ… za moje i elektrowozu zdrowie. Gdy wszystko było
już przygotowane - tylko wsiÄ…Å›ć i jechać - nastÄ…piło opróżnienie
buteleczki, ale nie do dna. Moja część została w Å›rodku, a Stach - jak
rasowa okrÄ™towa Matka Chrzestna - rozbił jÄ… o zderzak “na
szczęście”. Za rok okazało siÄ™ jednak, że to nie on powinien
rozbijać butelkÄ™. Zygmuntowi i mnie jeździło siÄ™ dobrze, natomiast brat
w czerwcu 1986 r. odszedł na rentÄ™.
Także w tym miesiÄ…cu zapadła decyzja, że nasz
elektrowóz poprowadzi pociÄ…g specjalny na X Zjazd PZPR. Wybrano
go spoÅ›ród nowych i najlepiej utrzymanych wrocławskich
lokomotyw, a mnie wyznaczono na maszynistÄ™ pociÄ…gu, który miał
wyruszyć do stolicy 28 czerwca. Dzień wczeÅ›niej wraz ze składem
złożonym z szeÅ›ciu nowiutkich wagonów 1 klasy pojechaliÅ›my do
Jeleniej Góry na nocleg, by nazajutrz o 9.00 ruszyć w drogÄ™.
Przejechałem w lokomotywie całÄ… trasÄ™, asystowali mi w kabinie
maszyniÅ›ci instruktorzy: do Wrocławia - Bronisław Kołodziej, do
Warszawy - Wiesław Misztal. Jazda odbyła siÄ™ bez przeszkód, ale
przed ŁodziÄ… od posterunku odgałÄ™źnego Retkinia skierowano nas, nie
wiedzieć dlaczego, przez Koluszki, a nie jak przewidywał rozkład przez
Bednary. Nie spowodowało to jednak opóźnienia pociÄ…gu.
Każde duże wydarzenie zawsze układa siÄ™ w całoÅ›ć z
szeregu pomniejszych. Nie obyło siÄ™ bez nich i przy okazji tego
“ponsza”. Na EU07-369 w obu kabinach były ustawione na
postumencikach, poÅ›ród oÅ›wietlonych kwiatów małe figurki
Matki Boskiej. Mimo iż naprawdÄ™ były niewielkie, to jednak przy
fotografowaniu czy filmowaniu czoła lokomotywy były widoczne. Nie
pasowały do “okazji”, wiÄ™c kazano mi je zdjÄ…ć.
Odpowiedziałem, że:
- PrÄ™dzej wymienicie lokomotywÄ™ niż zdemontujÄ™
to, co zrobił mój brat, który kilka dni wczeÅ›niej na
zawsze pożegnał siÄ™ z nastawnikiem.
Wykonane przez Stacha figurki, aby nie
“przeszkadzały” w kamerowaniu, zasłoniłem proporczykiem i
przyniesionymi przez kogoÅ› kwiatami. AktywiÅ›ci nie byli już tak
stanowczy jak przed laty, i skomentowali to mówiÄ…c:
- Nam to w zasadzie nie robi różnicy...
ParÄ™ dni potem instruktor Bronek Kołodziej został
wezwany na dywanik i dostał upomnienie za takie niedopilnowanie
wystroju pojazdu.
Po odejÅ›ciu Stacha na EU07-369 nastał trochÄ™ burzliwy okres.
Przydzielono nam nowego maszynistÄ™. Niestety, nie pasował do naszej
zgranej ekipy. Nie dbał o czystoÅ›ć, nawet w naszym bezpoÅ›rednim miejscu
pracy, czyli w kabinie. O czyszczeniu pudła pojazdu, czy
wózków nie było już mowy. To zaÅ› było wielkÄ… pasjÄ…
Zygmunta Przekwasa. Z tego też powodu dochodziło miÄ™dzy nimi do coraz
wiÄ™kszych kłótni. Po kilku miesiÄ…cach odszedł z planowej obsady.
Nie taił przy tym goryczy kierowanej pod adresem mojego
wspólnika. Po jakimÅ› czasie znów dostaliÅ›my kolejnego
trzeciego maszynistÄ™. OsobiÅ›cie nie miałem do niego, jako maszynisty
żadnych zastrzeżeń. Natomiast z Zygmuntem sytuacja zaczÄ™ła siÄ™
rozwijać jak w poprzednim odcinku. Nie pomagały tłumaczenia Andrzeja -
prawdÄ™ mówiÄ…c nie do końca uczciwe - starego Przekwasa trudno
było oszukać. Gdy tłumaczył nie wyczyszczenie pudła pojazdu brzydkÄ…
pogodÄ… na stacji zwrotnej, Przekwas pytał innych maszynistów o
pogodÄ™ i sam sobie wyrabiał zdanie o naszym trzecim, który w
efekcie też zrezygnował ze wspólnikowania.
Po jego odejÅ›ciu zostaliÅ›my wezwani do instruktorów,
którzy oznajmili nam, że planowego trzeciego nie dostaniemy,
gdyż nikt nie chce z wiadomych powodów przyjÅ›ć na
“369”.
Rozmawiałem wielokrotnie z Zygmuntem, przekonujÄ…c
go, że jak jeździliÅ›my we dwóch na “rumunie” to było
inaczej. Łatwiej można siÄ™ było miÄ™dzy sobÄ… dogadać i ustalić niepisane
prawa na naszej lokomotywie. Teraz przy obsadzie trzyosobowej powinien
trochÄ™ ustÄ…pić. Poza tym wielu już wtedy nie chciało robić takich
rzeczy jak pielÄ™gnowanie pojazdu za darmo, tym bardziej, że zgodnie z
przepisami utrzymanie zewnÄ™trznej czystoÅ›ci nie należało do
obowiÄ…zków maszynisty. Przekwas był jednak bardzo odporny na
moje tłumaczenia. Powtarzał w kółko:
- Nie ma, jak był Stacho...
Bez trzeciego jeździliÅ›my prawie dwa miesiÄ…ce.
Patrzono na nas krzywym okiem. Co z tego, że “trzy, szeÅ›ć,
dziewię㔠była najczyÅ›ciejsza we Wrocławiu, jak nikt nie chciał z
nami wspólnikować.
Nie pamiÄ™tam już gdzie, ale na stacji zwrotnej,
wyrzuciłem wszystko do zewnÄ™trznego czyszczenia, z drabinkÄ… i długÄ…
szczotkÄ… włÄ…cznie. Specjalnie zrobiłem to daleko od Wrocławia aby
Przekwas tego nie pozbierał i nie przyniósł z powrotem na
lokomotywÄ™.
Na koniec służby zmieniał mnie planowo Zygmunt. Wszedł do kabiny i z niedowierzaniem zapytał:
- Włodek, nie wyczyÅ›ciłeÅ› pudła?
- Nie ma czym - odparłem.
Przekwas zlustrował maszynowniÄ™ i do końca zmiany
nie padło już miÄ™dzy nami żadne słowo. Stało siÄ™ to czego obawiałem siÄ™
najbardziej. Ciche dni, prawie wojna między dwoma szanującymi się od
lat wspólnikami. Po paru dniach lokomotywa przestała lÅ›nić
czystoÅ›ciÄ… i pokrywajÄ…cym jÄ… brudem szybko zrównała siÄ™ z
wiÄ™kszoÅ›ciÄ… wrocławskich pojazdów. Z miesiÄ…ca na miesiÄ…c było
ich coraz wiÄ™cej, gdyż administracji nie zależało na czystoÅ›ci. Byle
jechały. Dotychczas kierownictwo wykorzystujÄ…c przyzwyczajenia
maszynistów do zewnÄ™trznego czyszczenia, wyniesione w wiÄ™kszoÅ›ci
przez starsze pokolenie z parowozów, nie zaprzÄ…tało sobie głowy
wyglÄ…dem zewnÄ™trznym, gdyż wymagało to wydawania pieniÄ™dzy. A po co,
skoro maszynista zrobi to za darmo? Niejeden maszynista widzÄ…c
lokomotywÄ™ brudnÄ… jak Å›wiÄ™ta ziemia, czÄ™sto wbrew sobie zmuszał siÄ™ do
jej czyszczenia, gdyż wstyd było pojazdem w takim stanie gdzieÅ› w
PolskÄ™ pojechać. Wielokrotnie robiłem to sam, ale teraz definitywnie
położyłem temu kres. PrzysiÄ…głem sobie, że jedynymi elementami
które bÄ™dÄ™ czyÅ›cił to drÄ…żki i lewe drzwi w kabinie, aby przy
wchodzeniu nie pobrudzić rÄ…k i ubrania. Po miesiÄ…cu Zygmunt z ciÄ™żkim
sercem, ale zgodził siÄ™ z nowym porzÄ…dkiem. Przyznał mi racjÄ™, dodajÄ…c
iż wczeÅ›niej powinienem tak zrobić. Nie przylgnÄ…łby do nas przydomek
“czyÅ›cibutów”.
Bariery usunęliśmy, więc instruktorzy przydzielili
nam na trzeciego maszynistÄ™ Andrzeja Paluszkiewicza. Na poczÄ…tku, nie
kryjÄ…c siÄ™ wyznał z obawÄ…, że nie chce podzielić losu
poprzedników. Nasze wspólne z Zygmuntem zapewnienia, iż
stan który przysporzył nam tylko wrogów nie wróci,
zachÄ™ciły Andrzeja do współpracy. Szybko okazało siÄ™, że nie
mieliÅ›my co żałować naszych posuniÄ™ć. Andrzej okazał siÄ™ dobrym kolegÄ…
i maszynistÄ…, a przesadnÄ… czystoÅ›ciÄ… jakÄ… wprowadził w kabinach, wkupił
siÄ™ na dobre szczególnie u Zygmunta.
Oprócz życia jakie toczyło siÄ™ z dnia na
dzień na lokomotywie, gdzieÅ› obok biegło także to zakładowe. ChcÄ…c nie
chcÄ…c, trzeba było w nim uczestniczyć, bo już inny klimat goÅ›cił w
szopie w latach osiemdziesiÄ…tych, w porównaniu z wczeÅ›niejszym
okresem. Tamte lata wspominałem z przyjemnoÅ›ciÄ…. Obecny czas był
okresem podziałów, waÅ›ni, niesnasek, nieporozumień, wzajemnych
pretensji. Na każdym kroku trzeba było walczyć o swoje.
Po powrocie za nastawnik, wspólnie z
maszynistÄ… Felicjanem Domaszewskim równie jak ja zaangażowanym w
sprawy bytowe służb trakcyjnych, zwróciliÅ›my siÄ™ do kierownictwa
lokomotywowni z proÅ›bÄ… o wystÄ…pienie do władz zwierzchnich o
przydzielenie dla Wrocławia nowych odcinków obsługi: do Gdyni i
ŚwinoujÅ›cia oraz zwiÄ™kszenie liczby prowadzonych pociÄ…gów do
Krakowa. Z wielkim trudem nasze starania zostały uwieńczone sukcesem.
Duże zaangażowanie w tej sprawie wykazał ówczesny naczelnik
Zarządu Trakcji Dolnośląskiej DOKP, Ryszard Sobolak.
Byłem dumny, że lokomotywy wrocławskie jeździły
prawie w całej Polsce. ZwiÄ™kszenie liczby odcinków obsługi
niosło jednak za sobÄ… pewne niedogodnoÅ›ci. Plan służb wydłużył siÄ™ do
ponad stu obiegów. Jedyna w planie Gdynia przypadała do jazdy co
około trzy i pół miesiÄ…ca. WypadniÄ™cie z jakiejÅ› przyczyny z tej
służby wiÄ…zało siÄ™ z utratÄ… znajomoÅ›ci szlaku. Należało coÅ› z tym
zrobić.
PropozycjÄ™ wykonania dwóch planów skierowaliÅ›my tym razem
do kierownika trakcji, Adama Fijałkowskiego. W naszych założeniach
“pierwszy plan” miał być bardziej atrakcyjny i skupiać
przede wszystkim dalekie odcinki obsługi. NapotkaliÅ›my na opór
ze strony administracji lokomotywowni, ale nasza nieustÄ™pliwoÅ›ć oraz
koronny argument o znajomoÅ›ci szlaku, który był podstawÄ…
bezpieczeństwa prowadzonego pociÄ…gu wygrały.
Wykonano dwa plany. Pomysł był dobry, akceptowany przez wiÄ™kszÄ… część
maszynistów. Nie tylko ja byłem zwolennikiem długich służb,
wielu maszynistów podzielało ten poglÄ…d. PamiÄ™tajÄ…c głosowanie
sprzed kilku lat wiedziałem, że jest wielu maszynistów wolÄ…cych
jeździć niedaleko, jak to siÄ™ mówiło: “koło domu”.
Aby nie dopuÅ›cić do kolejnego referendum pozbawiajÄ…cego naszÄ…
lokomotywownię części pracy, zaproponowaliśmy rozwiązanie sprawy w
sposób satysfakcjonujÄ…cy wiÄ™kszoÅ›ć. Ale problem wyniknÄ…ł przy
obsadzaniu poszczególnych planów. Zrobiono to bardzo źle.
Odnosiło siÄ™ wrażenie, że cała administracja wykonała celowy ruch w
kierunku skłócenia drużyn trakcji elektrycznej. Do
“pierwszego planu” - już atrakcyjnego nie tylko z założenia
- dostali siÄ™ ci maszyniÅ›ci, którzy trzy lata wstecz głosowali
za skróceniem odcinków obsługi.
- Odpowiada nam taka jazda, aby w którÄ…
stronÄ™ nie spojrzeć, widać było wrocławskie kominy - mówili
wówczas.
Przed wprowadzeniem obu planów w życie,
właÅ›nie oni poszli z zażaleniem do ZarzÄ…du Trakcji DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP
mówiÄ…c, że zrobiono im krzywdÄ™. Najpierw odpowiadały im
wrocławskie kominy za oknami. Gdy zorientowali siÄ™, że
“pierwszy” jest atrakcyjny także finansowo, naraz
zapragnÄ™li jeździć daleko w PolskÄ™. Zażalenie uwzglÄ™dniono i tak oto
“krzykacze” załatwiajÄ…c sprawÄ™ kuchennymi drzwiami
wyrugowali wielu młodych maszynistów, którzy jeżdżÄ…c w
“pierwszym planie” mieliby dużÄ… satysfakcjÄ™. Nigdy nie
mogłem siÄ™ z tym pogodzić. Znałem wszystkich od lat. Wiedziałem, co
każdy z nich znaczy i na kim można polegać. Wielu było sumiennych,
koleżeńskich. Ale byli i tacy, którzy liczyli tylko swoje
korzyÅ›ci, nie patrzÄ…c na innych. Gdy miałem być zmieniany po służbie
“w peronie” i od dyspozytora usłyszałem nazwisko
“nieplanowego” zmiennika, od razu wiedziałem, jak to bÄ™dzie
wyglÄ…dało. Albo kolega stał na skraju peronu i z daleka pozdrawiał rÄ™kÄ…
na powitanie..., albo siedziałem jeszcze kilkanaÅ›cie minut w kabinie,
bo zmiennik przyszedł “przy podanym semaforze” do dalszej
jazdy. Nie uważali za konieczne, by szybko zmienić kolegÄ™ po dalekiej
trasie. Woleli oglÄ…dać wystawy w kiosku, wypić napój w bufecie i
przechadzać siÄ™ do ostatniej chwili po peronie. Tacy maszyniÅ›ci nie
pasowali do “pierwszego planu”.
UÅ›wiadomiłem sobie, jakiej degradacji dopuszczono siÄ™ w stosunku do
Å›rodowiska maszynistów. WprowadzajÄ…c tak obsadzone dwa plany,
skłócono maszynistów na zawsze. Powstały grupki wzajemnie
siÄ™ obgadujÄ…ce. RozpoczÄ™ło siÄ™ donoszenie, co we wczeÅ›niejszych latach
było nie do pomyÅ›lenia. Na temat “pierwszoplanowych”
tworzono różne, czÄ™sto nieprawdziwe historie i przekazywano je
kierownictwu w nadziei na zajęcie ich miejsc przy prowadzeniu
pociÄ…gów dalekobieżnych. Kierownictwo osiÄ…gnÄ™ło, co chciało.
Maszyniści zajmujący się patrzeniem sobie na ręce, nie mieli czasu
studiować planów służb, które administracja płodziła bez
składu i ładu. Mankamenty wychodziły dopiero w czasie pracy. CzÄ™sto,
gdy zajeżdżałem np. do MiÄ™dzylesia, stałem kilka godzin, podczas gdy z
Wrocławia przyjeżdżały kolejne elektrowozy. Po chwili postoju wracały,
a ja dalej stałem na boku. Przedstawiane przez nas propozycje poprawek,
niestety, nie były brane pod uwagÄ™. Dawano nam w ten sposób do
zrozumienia, kto tutaj rzÄ…dzi. Po raz kolejny dochodziłem do wniosku,
jak mało do powiedzenia mieli we Wrocławiu maszyniÅ›ci instruktorzy.
Niekompetencja i brak chÄ™ci podejmowania być może
ryzykownych, ale mogÄ…cych przynieÅ›ć wymierne korzyÅ›ci decyzji, dawały o
sobie znać na każdym kroku. ProponowaliÅ›my kiedyÅ› jazdÄ™ podwójnÄ…
trakcjÄ… lokomotywami serii SP45 do Warszawy, w celu skrócenia
czasu jazdy niektórych pociÄ…gów. JeżdżÄ…c na EU07-369
chciałem udowodnić, iż dwoma elektrowozami w sterowaniu wielokrotnym
zajadÄ™ ciÄ™żkim pociÄ…giem do Warszawy w 4 godziny 15 minut. Wrocław ma
najgorsze w kraju połÄ…czenie kolejowe ze stolicÄ…, wiÄ™c takie
rozwiÄ…zanie powinno mieć miejsce, skoro szlak na wiÄ™kszoÅ›ci
odcinków nie pozwalał na osiÄ…gniÄ™cie znacznych prÄ™dkoÅ›ci, a tam
gdzie już można było dobrze jechać i tak z miesiÄ…ca na miesiÄ…c rosła
liczba zwolnień. Nikt jednak nie chciał zgodzić siÄ™ na taki
eksperyment, wiÄ™c dalej wyciskaliÅ›my z “siódemek” co
siÄ™ dało, ciÄ…gnÄ…c “od słupa do słupa”.
Pewnego dnia, jadÄ…c prywatnie do Ostrowa Wielkopolskiego pociÄ…giem z
Frankfurtu nad Menem do Warszawy, zobaczyłem na wrocławskiej stacji jak
na czoło pociÄ…gu doczepiane sÄ… dwa elektrowozy. Tym drugim był zwracany
do Warszawy EU07-514. Podpowiedziałem maszyniÅ›cie, aby nie zwiÄ™kszał
brutta i tak już ciÄ™żkiego pociÄ…gu, tylko wykorzystał go jako czynny i
połÄ…czył “warkoczami” (przewodami) sterowania
wielokrotnego. Niezwłocznie przystÄ…pił do wykonania podsuniÄ™tego przeze
mnie rozwiÄ…zania.
Skład prowadzony dwoma lokomotywami ruszył z
Wrocławia tak szybko, że kierownik został na peronie. MuszÄ™ przyznać,
że jadÄ…c w wagonie czułem, iż kolega miał wielkÄ… przyjemnoÅ›ć
prowadzenia pociÄ…gu w tym dniu. Po miniÄ™ciu stacji Wrocław Psie Pole,
stojÄ…cy na korytarzu dwaj panowie patrzÄ…c z niedowierzaniem za okno
stwierdzili:
- Chyba dzisiaj prowadzi jakiÅ› wariat!
Tak momentalnie rosła prÄ™dkoÅ›ć składu. Do Ostrowa
Wielkopolskiego “Frankfurt” przyjechał z 15 minutowym
wyprzedzeniem. OsiÄ…gniÄ™cie tak znacznej różnicy było możliwe na
odcinku tylko 106 km! Jak siÄ™ później dowiedziałem od Tadka, w
ten sposób jechał przez całÄ… drogÄ™ wzbudzajÄ…c ogólne
zdziwienie wÅ›ród posterunków ruchu na trasie. Decydenci
nie dali jednak za wygraną. Kilkakrotnie sprawdzano taśmę z owej jazdy,
wnikliwie badajÄ…c, czy maszynista nie przekraczał prÄ™dkoÅ›ci rozkładowej
oraz czy respektował wszystkie istniejÄ…ce na trasie zwolnienia. Nic nie
wykryto, ale w dalszym ciÄ…gu nie dopuszczano myÅ›li, że w ten
sposób można by wydatnie poprawić warunki podróżowania do
Warszawy przez Łódź.
Problem ciÄ™żkich składów prowadzonych
elektrowozami dawało siÄ™ odczuć bardzo czÄ™sto. Dobitny tego przykład
miałem prowadzÄ…c pociÄ…g 56200 Gdynia - Szklarska PorÄ™ba. Na stacji
poczÄ…tkowej kierownik przyniósł kartÄ™ próby hamulca, na
której widniało brutto składu 875 ton. Dodał, że w Gdańsku
będzie doczepiony jeszcze jeden wagon.
Zadałem kierownikowi pytanie:
- Kto na tej kolei rzÄ…dzi, skoro w służbowym rozkładzie jazdy jest napisane jak byk: ciÄ™żar brutto 700 ton?
Poubolewał i odszedł bez słowa. OczywiÅ›cie w Gdańsku
doczepili zapowiedziany wagon. Musiałem wyciÄ…gnÄ…ć skład na tor
szlakowy, aby zwolnić zwrotnicÄ™ w przeciwległej części stacji,
umożliwiajÄ…c dodanie go na koniec pociÄ…gu. Nikt nie zastanowił siÄ™, jak
miałem jechać do Wrocławia. PomyÅ›lałem, że dyspozytorzy dyrekcyjni majÄ…
wyłÄ…cznie zakodowane, że EU07 może ciÄ…gnÄ…ć nawet 2000 ton. Owszem,
może... tylko z jakÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ…!? Przez czyjÄ…Å› niekompetencjÄ™, brak
wyobraźni, podstawowych wiadomoÅ›ci z zakresu taboru - ruszajÄ…c z każdej
stacji myÅ›lałem, że odfrunÄ… wentylatory oporów rozruchowych,
mozolnie osiÄ…gajÄ…c przyzwoite prÄ™dkoÅ›ci ciÄ…gnÄ…łem “od słupa do
słupa” i przyjechałem do Wrocławia z ponad godzinnym
opóźnieniem.
Zawsze, siadajÄ…c na prawÄ… stronÄ™ i szykujÄ…c siÄ™ do
drogi, moje myÅ›li krÄ…żyły wokół jednego: szczęśliwie i
bezpiecznie przewieźć ludzi, bo taki jest cel każdego maszynisty
pociÄ…gów pasażerskich. Ale czÄ™sto uniemożliwiano mi spokojne i
planowe prowadzenie pociÄ…gu. Było to przykre tym bardziej, że
przyczyniali siÄ™ do tego ludzie również za bezpieczeństwo
jadÄ…cych pociÄ…gów odpowiedzialni.
2 czerwca 1991 roku prowadziłem pociÄ…g poÅ›pieszny
65201 Jelenia Góra - Gdynia. Z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 120 km/h zbliżałem siÄ™
do stacji Terespol Pomorski. Po minięciu ostatniego semafora blokady
samoczynnej, który wskazywał Å›wiatło “zielone
migajÄ…ce”, “wyrzuciłem nastawnik na zero” i
rozpoczÄ…łem powolne ograniczanie prÄ™dkoÅ›ci do 100 km/h, gdyż z takÄ…
należało przejechać przez stacjÄ™. Zaraz za tym semaforem rozpoczynał
siÄ™ biegnÄ…cy przed stacjÄ… w głÄ™bokim wÄ…wozie, bardzo długi łuk. Naraz,
w niedużej odległoÅ›ci zobaczyłem szybko rosnÄ…ce w oczach czerwone
sygnały końca pociÄ…gu. TrzymajÄ…c cały czas rÄ™kÄ™ na hamulcu, szybko
“dałem w nagłe”. Chciałem uciekać do maszynowni, ale... coÅ›
mnie przykuło do fotela. Błyskawicznie przebiegła mi przez głowÄ™ myÅ›l:
- Przecież ostatni semafor pulsował na zielono...!
Po chwili, gdy kawałek przejechanego łuku pozwolił
na właÅ›ciwÄ… ocenÄ™ sytuacji okazało siÄ™, że owe sygnały końcowe należały
do wyciągniętego ze stacji pociągu towarowego, stojącego na torze obok.
W momencie mijania końca tego składu zerknÄ…łem na prÄ™dkoÅ›ciomierz -
było 80 km/h. RozpoczÄ…łem luzowanie, myÅ›lÄ…c jednoczeÅ›nie:
- Gdyby te wagony stały na moim torze, to byłby chyba koniec...
Skład wyluzował dopiero przy prÄ™dkoÅ›ci 40 km/h.
MinÄ…łem nastawniÄ™ i dłuższy czas wlokłem siÄ™ przez stacjÄ™ nie
rozpÄ™dzajÄ…c składu. Zapaliłem papierosa i powoli zaczÄ…łem dochodzić do
siebie. Wstałem z fotela, wywołujÄ…c przez radio dyżurnego:
- Dlaczego mnie pan nie uprzedził, że przed stacjÄ…
na niewłaÅ›ciwym torze szlakowym stojÄ… wagony. Chyba pan wie, że tam
jest łuk, wÄ…wóz i wszystko widać w ostatniej chwili?
Dyżurny po chwili ciszy oÅ›wiadczył:
- Wywoływałem aby powiadomić o wypchniÄ™ciu składu, ale pan siÄ™ nie zgłaszał.
Radio miałem sprawne, słyszałem przecież inne
rozmowy. Może w wÄ…wozie przestało na chwilÄ™ odbierać? Nieraz w
podobnych miejscach tak siÄ™ zdarzało. Mimo tego nie byłem przekonany o
szczeroÅ›ci słów dyżurnego. WiÄ™kszoÅ›ć szlaku to otwarta
przestrzeń. Odłożyłem mikrofon na widełki, nie prowadzÄ…c z nim dalszej
dyskusji. Bardziej był mi potrzebny spokój, aby siÄ™ opanować i
móc kontynuować jazdÄ™. Odruchowo, choć nie było to potrzebne,
poprawiłem poduszki na fotelu i usiadłem. ChwilÄ™ potem znów
pÄ™dziłem “rozkładowÄ…”.
W noclegowni w Gdyni chciałem dobrze po tym
wszystkim wypoczÄ…ć, ale nie za bardzo mi to wychodziło. Po kilku
godzinach leżenia pojechałem do miasta i poszedłem do portu, gdzie
trochÄ™ pomogło mi Å›wieże morskie powietrze.
Jednak przez nastÄ™pnych kilka dni czułem siÄ™ bardzo nieswojo. JakoÅ›
sobie to złe samopoczucie tłumaczyłem i normalnie chodziłem do pracy. 7
czerwca pojechałem do Warszawy “Piastem”. Odpoczywałem po
służbie w noclegowni na Odolanach. GawÄ™dziłem z maszynistÄ… Ryszardem
Jakubkiem - z którym przyjechałem - wspominajÄ…c dawne czasy. W
pewnym momencie poczułem jak od pasa w dół dostajÄ™ coraz
mocniejszych drgawek. Po chwili trzÄ…słem siÄ™ już jak galareta. Jakubek
pobiegł do dyspozytora. Sprowadzono karetkÄ™. Nim przyjechała, drgawki
ustały. Nie chciałem jechać, ale dyspozytor powiedział, że w takim
stanie nie mam co marzyć, bym wrócił do Wrocławia lokomotywÄ….
Zawieziono mnie do Szpitala Kolejowego w Pruszkowie.
Nazajutrz maszynista Rysiek Surmacewicz, mieszkajÄ…cy
w pobliżu, przyszedł powiadomić MilÄ™. ZaczÄ…ł niefortunnie:
- Włodek jest w szpitalu w Pruszkowie.
WidzÄ…c przerażenie w jej oczach, dopiero zaczÄ…ł
tłumaczyć, że nie wypadek na trasie, tylko coÅ› mi siÄ™ stało w
noclegowni. TrochÄ™ to MilÄ™ uspokoiło.
Przyjechała do mnie razem z synem Adasiem. Leżałem
na oddziale intensywnej terapii, wiÄ™c mieli duże kłopoty z uzyskaniem
pozwolenia na odwiedziny. Ale lekarz dyżurny, gdy usłyszał, że rodzina
maszynisty z Wrocławia to zezwolił na odwiedziny. Po wejÅ›ciu na salÄ™
zobaczyli mnie śpiącego, zarośniętego i oblepionego przewodami.
Jedzenie na stoliku nie tknięte. Po raz kolejny się przestraszyli.
Doprowadzili mnie do porzÄ…dku, a po rozmowie z lekarzem trochÄ™
uspokojeni wrócili do Wrocławia.
Kuracja w pruszkowskim szpitalu trwała 7 dni.
Zanim wykonano szereg badań, majÄ…cych na celu znalezienie właÅ›ciwej
przyczyny, myÅ›lałem o najgorszym:
- Mój brat odszedł z jazdy na serce. Czyżby
mnie spotkało to samo i tak nagle miałbym wiÄ™cej nie poprowadzić
pociÄ…gu!?
Ale na szczęście wyniki badań rozwiały moje obawy.
Stwierdzono, że ten stan został wywołany na tle nerwowym po przeżyciu
bardzo dużego stresu.
LeżÄ…c w szpitalnym łóżku rozmyÅ›lałem, iż w
dużej mierze “zawdziÄ™czam” to niefrasobliwoÅ›ci, może
brakowi wyobraźni, drugiego kolejarza. Po kilku miesiÄ…cach
rekonwalescencji i przejÅ›ciu stosownych badań lekarskich,
wróciłem za nastawnik.
W NiedzielÄ™ WielkanocnÄ… 1994 roku pojechałem
“Frankfurtem” do Warszawy. Szkoda było jechać, w domu
została rodzina w komplecie, a nawet w nad komplecie, gdyż na Å›wiÄ™ta
przyjechał syn z synowÄ… i wnuczkiem. Ale służba, nie drużba.
Wrócić miałem w poniedziałkowe południe, później na
rodzinne spotkanie miała przyjÅ›ć siostra ze szwagrem, wiÄ™c jeszcze
trochÄ™ Å›wiÄ…t przede mnÄ…. Do Warszawy zajechałem bez przeszkód,
szybko odstawiłem lokomotywÄ™ i poszedłem spać. Nazajutrz, wczeÅ›nie rano
podstawiłem siÄ™ na Grochowie pod “Sudety”.
RuszajÄ…c z Centralnego, spokojnie i wcale nie
ciÄ™żkim pociÄ…giem... trach! I zaczÄ™ło stukać spod pierwszego
wózka.
- PÄ™kła zÄ™batka w przekładni - pomyÅ›lałem.
W pierwszej chwili koło nastawnika cofnÄ…łem “na zero”, ale składu nie zatrzymałem:
- Zanim dadzÄ… drugÄ… lokomotywÄ™ minie sporo czasu, opóźnienie
murowane. Jak dałem “na zero”, trochÄ™ ucichło.
SpróbujÄ™...
Nie stosujÄ…c gwałtownego rozruchu, powoli rozpÄ™dzałem pociÄ…g. Za
Włochami, po uzyskaniu rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci, podjÄ…łem doÅ›ć ryzykownÄ…
decyzjÄ™. OpuÅ›ciłem pantograf, otworzyłem szafÄ™ wysokiego napiÄ™cia i
odłÄ…czyłem parÄ™ silników, wÅ›ród której był ten z
uszkodzonÄ… zÄ™batkÄ…. W ten sposób zmniejszyłem przeciÄ…żenia. To
co najbardziej ryzykowne, było dopiero przede mnÄ…. Podniesienie
pantografu przy prÄ™dkoÅ›ci prawie 120 km/h. Udało siÄ™. ZałÄ…czyłem
“szybki” i na “szeregu z bokami” połowÄ… mocy
lokomotywy utrzymywałem prÄ™dkoÅ›ć. “Sudety” nie miały wcale
tak wyÅ›rubowanego czasu jazdy i tak kombinujÄ…c - rozpÄ™dzajÄ…c pełnÄ…
mocÄ…, a utrzymujÄ…c prÄ™dkoÅ›ć połowÄ… - zajechałem planowo do Wrocławia.
Kilka lat temu Zygmunt Przekwas w trochÄ™ inny sposób poradził
sobie z usterkÄ…, jaka wystÄ…piła w czasie jazdy. Prowadził z Warszawy
“BogatyniÄ™” i gdzieÅ› koło CzÄ™stochowy zanikło w czołowej
kabinie sterowanie. Z poczÄ…tku rozłożył rÄ™ce, ale po chwili pomyÅ›lał,
że... ma drugÄ… kabinÄ™. “Bogatynia” była wtedy pociÄ…giem
przyspieszonym, osiem wagonów (a wiÄ™c lekki), czas jazdy
spokojny, wiÄ™c Zygmunt też spróbował. Ruszał z drugiej kabiny i
po włÄ…czeniu “szeregu z bokami” (przy jeździe “na
wstecznym” nie ma możliwoÅ›ci jazdy z równoległym
połÄ…czeniem silników), biegł przez maszynowniÄ™ na czoło
lokomotywy, skÄ…d mógł wyłÄ…cznikiem szybkim odłÄ…czyć jazdÄ™
prÄ…dowÄ… i hamować. Przyjechał do Wrocławia niemal planowo, tylko...
trochÄ™ narzekał, że bolÄ… go nogi i uszy od otwartych drzwi do
maszynowni.
Chyba jeszcze z parowozu mieliÅ›my zakodowane, aby doprowadzić pociÄ…g -
oczywiÅ›cie najlepiej planowo - za wszelkÄ… cenÄ™. To był wielki dyshonor
nie umieć sobie poradzić i zdefektować.
Jednak nie za wszelkÄ… cenÄ™. Bo co innego brać na siebie
odpowiedzialnoÅ›ć za opuszczenie i podnoszenie pantografu przy prÄ™dkoÅ›ci
120 km/h, czy uważne prowadzenie pociÄ…gu z częściowym wykorzystaniem
drugiej kabiny; a co innego zlekceważyć przepisy ruchowe, co nieraz
prowadziło już do tragedii.
W sierpniu 1995 r. prowadziłem swoim planowym
elektrowozem pociÄ…g 65203 Wrocław Główny - Gdynia. CałÄ… noc
służba przebiegała spokojnie, aż do stacji Gdańsk Wrzeszcz. W peron
stacyjny przyjÄ™to skład na tor niewłaÅ›ciwy i dyżurna ruchu
poinformowała mnie przez radiotelefon, że jazda bÄ™dzie kontynuowana tym
torem. InformacjÄ™ przyjÄ…łem.
Po ruszeniu, zbliżajÄ…c siÄ™ do rozjazdów
stwierdziłem brak semafora przy torze, po którym jechałem. Stał
tylko tzw. karzełek z wyÅ›wietlonym sygnałem zastÄ™pczym. Po zatrzymaniu
składu przed tym sygnałem zgłosiłem przez radio dyżurnej, że taki
sygnał nie upoważnia do wyjazdu pociÄ…gu na szlak po torze niewłaÅ›ciwym
i poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego “N”.
Dyżurna odmówiła:
- Wszyscy maszyniÅ›ci tak jeżdżÄ…, a pan ma jakieÅ› problemy!
Odparłem, że wszyscy maszyniÅ›ci to nie ja i jeszcze
raz poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego “N”.
Nie twierdzÄ™, nawet nie dopuszczam takiej myÅ›li, że jadÄ…cy przede mnÄ…
maszyniÅ›ci nie znali przepisów. WidocznoÅ›ć na wyjeździe z
Wrzeszcza była utrudniona: tor w łuku, zabudowania na peronie. Gdy
ruszali “z kopyta” i minÄ™li taki sygnał, to na pewno
zorientowali siÄ™ o nieprawidłowoÅ›ci. Ale jak już z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ…
wjechali w rozjazdy, jazdÄ™ kontynuowali.. Ja ruszyłem spokojnie i w
porÄ™ spostrzegłem, że ktoÅ› narażajÄ…c bezpieczeństwo podróżnych,
ułatwia sobie pracÄ™.
StojÄ…c dalej pod “karzełkiem”,
usłyszałem przez radio wiele epitetów kierowanych pod moim
adresem. Pochodziły od maszynistów przejeżdżajÄ…cych co chwilÄ™
obok, pociÄ…gów podmiejskich SKM:
- JesteÅ› skończony! Na pewno dalej pojedziesz, ale... pasażerem!
- To moja sprawa i proszÄ™ siÄ™ nie wtrÄ…cać. A kto
jest winien i kto zna przepisy, to siÄ™ jeszcze okaże - odpowiadałem.
Ale im dłużej stałem, tym mniej siÄ™ odzywałem, gdyż
zwroty kierowane do mnie drogÄ… radiowÄ… były coraz ciÄ™ższego kalibru.
Było wczeÅ›nie rano. Do Gdyni zjeżdżały pociÄ…gi z całej Polski. Niedługo
kolejka składów czekajÄ…cych na wjazd do Trójmiasta
siÄ™gała stacji Pszczółki. Na końcu “korka” znalazł
siÄ™ kolejny pociÄ…g, prowadzony wrocławskÄ… lokomotywÄ…. JadÄ…cy nim
maszynista Tadek Nawrot po wydłużajÄ…cym siÄ™ postoju spytał w końcu
przez radio:
- Jaka jest przyczyna, że pociÄ…gi nie jadÄ… do Gdańska?.
- We Wrzeszczu stoi jakiÅ› mÄ…drala - wrocławiak i nie chce jechać - usłyszał w odpowiedzi.
Tadek wiedział, że spotkamy siÄ™ w Gdyni.
- Jeżeli to stoi EU07-369 i wÄ…saty maszynista, to
jest były instruktor. Skoro uznał, że nie pojedzie - to nie pojedzie. I
na pewno ma racjÄ™! - odparł.
Po prawie półtorej godzinie stania pod
“karzełkiem”, po zmianie służby w nastawni Gdańsk Wrzeszcz
kolejny dyżurny - albo był mniej uparty, albo lepiej znał przepisy -
rozkaz dorÄ™czył. Ruszyłem. W taki sam sposób odprawiano
również stojÄ…ce za mnÄ… pociÄ…gi. Gdy zajechałem do lokomotywowni
Gdynia Grabówek, poproszono mnie do zastÄ™pcy naczelnika celem
złożenia wyjaÅ›nienia. Poszedłem... Akurat w tym momencie odbywała siÄ™
“zdalna telekonferencja”. Usłyszałem, że:
- Za dzisiejsze poranne zablokowanie dalekobieżnych torów w
TrójmieÅ›cie wyłÄ…cznÄ… winÄ™ ponosi maszynista wrocławski!
Po tym stwierdzeniu, moja ostra wymiana zdań z
gdyńskim maszynistÄ… instruktorem, została posłyszana przez naczelnika
zarzÄ…du Północnej DOKP. Ten zorientował siÄ™, że przyczyna
zamieszania jest w zasiÄ™gu głosu, zażÄ…dał ode mnie bezpoÅ›redniego
wyjaÅ›nienia sprawy. Było krótkie:
- PociÄ…g nie powinien doznać wiÄ™kszego
opóźnienia niż 5 minut. Przepisy mówiÄ…, że po zażÄ…daniu
jakiegokolwiek rozkazu powinienem go niezwłocznie otrzymać i
kontynuować jazdÄ™. WinÄ™ ponosi wyłÄ…cznie uparta dyżurna, bo sygnał, na
jaki chciała wyprawić pociÄ…g ze stacji na niewłaÅ›ciwy tor szlakowy nie
upoważniał maszynisty do wyjazdu.
- Ponadto - dodałem - byłem maszynistÄ…
instruktorem i przepisy znam, a wrÄ™cz identyczny przypadek miałem
kilkanaÅ›cie dni wczeÅ›niej na stacji KÄ…ty Wrocławskie. PociÄ…gi stały na
szlaku aż do Wrocławia. Nastawniczy kilkakrotnie przychodził pytać:
dlaczego nie jadÄ™, ale... rozkazu nie przynosił. Dopiero po ponad
godzinie, znalazł siÄ™ ktoÅ› mÄ…drzejszy i dostarczono mi odpowiedni
rozkaz. Finał tej sprawy także miał miejsce na “zdalnej” i
nie doszukano siÄ™ mojej winy.
Po tym oÅ›wiadczeniu zaczÄ™to mnie traktować poważnie.
Rozmowa stała siÄ™ bardziej rzeczowa, a gdyński instruktor szybko
znalazł odpowiednie przepisy, uwalniajÄ…ce mnie od zarzutów oraz
upewniające wszystkich jedynie o bardzo dobrej znajomości owych
przepisów przez “mÄ…dralÄ™”. “Chcieć to
móc” - szkoda tylko, że tak późno.
Na jakiekolwiek odstępstwo od przestrzegania
przepisów nie pozwoliłbym sobie z dwóch powodów.
Pierwszy - to bezpieczeństwo jadÄ…cych ludzi i powierzonego taboru,
drugi choć już mniej ważny, ale tak samo oczywisty - nigdy nie wiadomo,
kto w pociÄ…gu jedzie. Na potwierdzenie tego kolejny przykład z
gdyńskiej służby, tym razem pociÄ…giem 65201 Jelenia Góra -
Gdynia.
Na trasie Bydgoszcz - Tczew oddawano w kilku
miejscach do użytku nowÄ… samoczynnÄ… blokadÄ™ liniowÄ…, która
oprócz semaforów odstÄ™powych, stacyjnych wjazdowych i
wyjazdowych, miała także nowoÅ›ć - semafory grupowe, znacznie
usprawniajÄ…ce ruch pociÄ…gów. PrzejeżdżajÄ…c przez Warlubie na
semaforze wyjazdowym został wyÅ›wietlony sygnał zastÄ™pczy. Zwolniłem
bieg pociÄ…gu - zgodnie z przepisami ruchowymi - do 40 km/h. Na
semaforze grupowym zaÅ› paliło siÄ™ Å›wiatło zielone. Gdy ostatni wagon
opuÅ›cił stacjÄ™, zaczÄ…łem zwiÄ™kszać szybkoÅ›ć do rozkładowej.
ChwilÄ™ po zatrzymaniu na stacji Tczew podszedł do
lokomotywy jakiÅ› pan. Nie przedstawiajÄ…c siÄ™ oÅ›wiadczył tylko, że
spowodowałem wykroczenie i bÄ™dÄ™ miał nieprzyjemnoÅ›ci.
- Kim pan jest? Jakie wykroczenie i gdzie? - spytałem.
Przedstawił siÄ™ jako kontroler, a problem
wykroczenia dotyczy stacji Warlubie, gdzie na blokadÄ™ samoczynnÄ…
wjechałem według niego zamiast 40, ponad 60 km/h. Szybko zaskoczyłem,
bo miejscowy kontroler na pewno nie miałby takich uwag.
- No dobrze, kontroler. SkÄ…d pan jest, jeÅ›li można spytać?
- Z Łodzi. JadÄ™ co prawda prywatnie, ale ponieważ to
mój zawód, to trochÄ™ szlak i pana pracÄ™ obserwujÄ™.
ZaÅ›miałem siÄ™ pod nosem i odparłem:
- Jak pan nie zna terenu i jedzie prywatnie, to niech spokojnie siedzi w wagonie.
Zaskoczony takÄ… odpowiedziÄ…, odszedł. I tak nie miał
innego wyjÅ›cia, gdyż kierownik pociÄ…gu podawał już sygnał
“gotów do odjazdu”.
Po zatrzymaniu pociÄ…gu w Gdańsku Głównym przyszedł ponownie:
- Ja tego tak panu płazem nie puszczÄ™! Za
wykroczenie ruchowe, opryskliwoÅ›ć i brak skruchy musi pan zostać
ukarany.
- Brak skruchy? - pomyÅ›lałem.
Miałem ochotÄ™ go oÅ›mieszyć, ale wystarczajÄ…co dużo w
swojej karierze zawodowej chodziłem na różne wyjaÅ›nienia, po
których to nie ja wychodziłem skruszony. Odparłem wiÄ™c
kontrolerowi, że na odcinku Bydgoszcz - Tczew zakładany jest nowy typ
blokady, a czym siÄ™ ona różni od starej i dlaczego pojechałem
tak, a nie inaczej, niech już sam sobie do tego dojdzie, nim cokolwiek
zacznie na mój temat pisać. MinÄ™ miał nietÄ™gÄ…. Nic nie
przyszło...
Wspominam tu i przytaczam przykłady upadku prestiżu
stanowiska maszynisty na kolei. Wraz z rozwojem techniki, zwiększaniem
prÄ™dkoÅ›ci na szlakach, pozycja maszynisty miast rosnÄ…ć - malała. Coraz
częściej spotykałem siÄ™ ze złym traktowaniem maszynisty, zwłaszcza
przez kontrolujÄ…cych. WchodzÄ…c do lokomotywy wymagali od mechanika
kulturalnego zachowania, sami jednak byli dalecy od okazywania
szacunku. WiÄ™kszoÅ›ć kontrolerów jakich spotykałem to byli ludzie
młodzi, posiadajÄ…cy wykształcenie wyższe. W ich mniemaniu maszynista,
był tylko maszynistÄ….
Gdy wracałem kiedyÅ› z Warszawy
“PanoramÄ…”, na stacji Skierniewice wsiadło do kabiny trzech
młodych kontrolerów: trakcyjnik, drogowiec i zabezpieczeniowiec.
Byli po cywilnemu, wiÄ™c zażÄ…dałem okazania dokumentów. Mocno
obrażeni wylegitymowali siÄ™, nadmieniajÄ…c przy tym, że jadÄ… do
Radomska. Rozsiedli siÄ™ w kabinie, gdzie tylko było można i zajmowali
siÄ™ wszystkim, tylko nie kolejÄ…. Nie odpowiadali na powtarzane przeze
mnie wskazania semaforów, traktowali mnie jak powietrze... Za to
omówili plany na najbliższe towarzyskie spotkania, interesy i
zawartości kont dolarowych. Po zatrzymaniu w Koluszkach ni stąd ni
zowÄ…d, trakcyjnik zwrócił mi uwagÄ™:
- Na tym szlaku jest 120 km/h, a ja jej u pana na prÄ™dkoÅ›ciomierzu nie widziałem!
Zbaraniałem! Cóż on u licha chce, przecież do
Koluszek zajechałem 2 minuty przed czasem. Jechałem wiÄ™c zgodnie z
rozkładem. Ponadto maszyna była krótko po naprawie i miała
“grube koła”. Rzeczywista prÄ™dkoÅ›ć była wiÄ™c nieco wiÄ™ksza,
niż wskazywał prÄ™dkoÅ›ciomierz. Rychło jednak mowÄ™ odzyskałem, nakazujÄ…c
kontrolerom opuszczenie kabiny, gdyż moja rola to w spokoju prowadzić
pociÄ…g, a na omawianie balang, kont dolarowych i interesów
najlepszym miejscem jest wagon kolejowy. Dwóch panów
opuÅ›ciło lokomotywÄ™ bez protestów, natomiast trakcyjnik zaczÄ…ł
siÄ™ stawiać. Jak to zwykle bywało w takich sytuacjach, obiecywał mi
odsuniÄ™cie od stanowiska. Nie byłem jednak maszynistÄ… strachliwym,
postawiłem na swoim i kontroler rad, nierad pojazd opuÅ›cił. Po
przyjeździe do Wrocławia powiadomiłem o zajÅ›ciu swojego instruktora..
PostanowiliÅ›my czekać z gotowÄ… odpowiedziÄ… na raport panów
kontrolerów, ale takowy nie wpłynÄ…ł.
I tak mieli szczęście, że wyproszeni zostali z
kabiny na stacji wyznaczonej planowym postojem. Przed laty jeżdżÄ…c na
SP45-153 miałem podobne zdarzenie w Rzepinie. Przed odjazdem do
Wrocławia, wsiadł do kabiny kontroler trakcyjny ze ZbÄ…szynka i bez
żadnych wstÄ™pów zaczÄ…ł egzaminować mojego pomocnika.
Dopóty działo siÄ™ to na postoju nie odzywałem siÄ™ słowem. Gdy
podczas jazdy czynił to samo, zapytałem tylko:
- Czy istnieje przepis, który pozwala na takie egzaminowanie, podczas jazdy planowym pociÄ…giem.
Kontroler pewny siebie odpowiedział z lekko drwiÄ…cym uÅ›miechem:
- Przepis nie istnieje, ale akurat ja to mogÄ™ robić.
Był to pociÄ…g Berlin - Kraków, a najbliższy
planowy postój wypadał w Zielonej Górze. Zatrzymałem
skład w GÄ…dkowie i zwróciłem siÄ™ spokojnie do kontrolera:
- Rozprasza pan uwagÄ™ drużyny trakcyjnej i naraża
bezpieczeństwo prowadzonego pociÄ…gu. ProszÄ™ o opuszczenie lokomotywy.
AwanturÄ™ zrobił podobnÄ… do tej w Koluszkach, ale
szybko wysiadł. Podobnie jak w tamtym przypadku na utarczkach słownych
siÄ™ skończyło.
Zastanawiałem siÄ™ nieraz:
- Czy kontroler, aby mieć poczucie dobrze spełnionego obowiÄ…zku
służbowego, musi koniecznie kogoÅ› na wykroczeniu przyłapać lub jak to
siÄ™ nie udało, pokazać wyższoÅ›ć? Czy nie wystarczyło wejÅ›ć do
lokomotywy i stwierdzić, że wszystko jest w najlepszym porzÄ…dku? Sam
przecież przed paru laty byłem osobÄ… kontrolujÄ…cÄ…, ale do takich
zachowań nigdy siÄ™ nie uciekałem.
W październiku 1995 r. wracałem do Wrocławia
pociÄ…giem 37003 Kraków - Berlin. Przed odjazdem ze stacji
poczÄ…tkowej podszedł do elektrowozu jakiÅ› facet z walizkÄ…, ubrany jak
dziad. Prosił bym go podwiózł do Katowic, bo nie ma pieniÄ™dzy na
bilet. Poradziłem mu grzecznie aby udał siÄ™ do kierownika pociÄ…gu, on
na pewno coÅ› wiÄ™cej może pomóc, bo lokomotywa nie służy przecież
do przewozu pasażerów. Nie chcÄ…c dalej dyskutować zamknÄ…łem
okno. Obserwowałem tego człowieka w lusterku. Nie poszedł do
kierownika, tylko stał oparty o filar wiaty. Gdy na semaforze został
wyÅ›wietlony sygnał “wolna droga”, ponownie podszedł do okna
z tÄ… samÄ… proÅ›bÄ…. Nie dałem siÄ™ już wciÄ…gnÄ…ć w żadnÄ… rozmowÄ™, tylko
czekałem na sygnał odjazdu od kierownika. Po otrzymaniu zgody, gdy już
miałem ruszać, ów facet zaczÄ…ł wymachiwać legitymacjÄ… krzyczÄ…c,
że jest kontrolerem i musi jechać.
- No...! - pomyÅ›lałem - chwyt poniżej pasa. Nie
zważajÄ…c na legitymacjÄ™ zamknÄ…łem okno, mocniej zakrÄ™ciłem nastawnikiem
i pojechałem w drogÄ™.
Podczas pierwszego rozkładowego postoju w Trzebinii,
podbiegł do lokomotywy kierownik pociÄ…gu. MyÅ›lałem, że coÅ› siÄ™ stało
“na składzie”. Ten jednak z widocznym zadowoleniem na
twarzy mówił:
- AleÅ› go załatwił. Za późno go zobaczyłem w
Krakowie, aby ciebie ostrzec. To kawał dziada, a takie jego zachowanie
to normalka. On w tej walizce wozi mundur. Jak już kogoÅ› weźmie na
litoÅ›ć, to potem idzie do wagonu i po przebraniu w toalecie, przychodzi
do maszynisty na nastÄ™pnej stacji. Swojego wczeÅ›niejszego dobroczyńcÄ™
zaprasza na dochodzenie.
Nie zostało mi nic innego, jak po przyjeździe do
Wrocławia o takim zajÅ›ciu poinformować swoich kolegów. Ku
przestrodze...
“Krakowski dziad” brał
maszynistów na litoÅ›ć. Natomiast zdarzyło mi siÄ™ parÄ™ lat wstecz
być branym nie na litoÅ›ć, ale na pieniÄ…dze. Podczas powrotu do
Wrocławia “Karkonoszami”, na stacji Warszawa Wschodnia
podeszła do lokomotywy para, która bardzo prosiła, bym ich
zabrał do Wrocławia. Nie mieli pieniÄ™dzy na dwa bilety - ale obiecywali
zapłatÄ™ jak za jeden. Swoim zwyczajem skierowałem ich do kierownika
pociągu. Na Centralnym przyszli ponownie z tą samą prośbą i propozycją
zapłaty. Jeszcze jeden raz odmówiłem i nie chcÄ…c dyskutować
zamknÄ…łem drzwi siadajÄ…c za nastawnik. WidzÄ…cy mojÄ… nieprzejednanÄ…
postawÄ™ mÄ™żczyzna, który kierował do mnie proÅ›by o zabranie, po
paru chwilach zapukał ponownie do drzwi. Gdy otworzyłem (myÅ›lałem, że
to kierownik pociÄ…gu) z poufnym tonem w głosie oÅ›wiadczył:
- Ma pan szczęście, bo jesteśmy z Ministerstwa Komunikacji.
SłyszÄ…c to, zdenerwowałem siÄ™ bardzo. CoÅ› powinienem
powiedzieć, jakoÅ› zareagować... WidzÄ…c minÄ™ bardzo zadowolonego z
siebie faceta, szybkim ruchem chwyciłem stojÄ…cy obok na pulpicie
czajnik z wodÄ… i wylałem zawartoÅ›ć na głowÄ™ jegomoÅ›cia.
- Ma pan szczęście, że tylko zimna. Na drugi raz
proszÄ™ nie podpuszczać w ten sposób maszynistów -
odparłem.
Będąca razem z panem z ministerstwa kobieta, tak na
Wschodnim, jak na Centralnym słowem siÄ™ nie odzywała. WidzÄ…c
ociekajÄ…cego wodÄ… partnera w końcu wydała z siebie głos. Był to Å›miech
tak mocny, iż po chwili myÅ›lałem, że babka po prostu położy siÄ™ na
peronie... GoÅ›ć odszedł od lokomotywy bez słowa.
Pokazać swojÄ… władzÄ™, swojÄ… wyższoÅ›ć, zaznaczyć
swoje stanowisko - sÄ… ludzie, którzy potrafiÄ… to zrobić bardzo
dobrze. Tylko, czy czyniÄ…c takie “kawały”, któryÅ› z
nich zastanowił siÄ™, do jakiego stanu może doprowadzić tuż przed
odjazdem maszynistÄ™, któremu powierzono przewiezienie ludzi i
setki ton taboru? Ja uspokajałem siÄ™ doÅ›ć szybko...
Z takim zachowaniem można było sobie poradzić tylko
przy odrobinie stanowczoÅ›ci. Gorzej, gdy zagrożenie dla planowego
prowadzenia pociÄ…gu, czÄ™sto dla życia, pojawiało siÄ™ w czasie jazdy
znienacka. Z zewnÄ…trz.
Przed laty stojÄ…ce przy torze dzieci machały z
sympatiÄ… maszyniÅ›cie i podróżnym. Obecnie taki obrazek jest
coraz rzadszy, lub prawie niemożliwy. Najczęściej dzieciÄ™ce rÄ™ce sÄ…
uzbrojone w kamienie i inne przedmioty. Sam niejednokrotnie byłem
obiektem ataków. Nie zawsze ma siÄ™ szczęście wyjÅ›ć cało z takich
opresji. Kawałki rozbitych szyb powodujÄ… spore okaleczenia.
W sylwestrowy wieczór 1993 r. prowadzÄ…c
“Sudety” do Warszawy miałem zdarzenie, które tylko
cudem nie zakończyło siÄ™ dla mnie tragicznie. Podczas przejazdu z
rozkładowÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… 120 km/h przez stacjÄ™ Płyćwia, w ostatniej chwili
zauważyłem, jak ktoÅ› z grupy wiwatujÄ…cej młodzieży rzuca kamień.
Zamiast siÄ™ bawić wesoło i w dobrych nastrojach witać Nowy Rok, on
postanowił zadać komuÅ› ból. Miałem szczęście! Kamień wielkoÅ›ci
pięści (podczas postoju w Warszawie znalazłem go w skrzyni sprzÄ™gowej),
uderzył w czoło lokomotywy poniżej reflektorów. Ogromny huk, aż
mi dech zaparło.
- Udało siÄ™... - powiedziałem sam do siebie.
Niestety, nie udało siÄ™ mijajÄ…c Pruszków. Ze
stojÄ…cej na wiadukcie grupy ktoÅ› rzucił w dół deskÄ™,
która trafiła w lewÄ… szybÄ™ i rozbijajÄ…c jÄ… z jeszcze wiÄ™kszym
niż w Płyćwi hukiem wpadła do kabiny. Gdyby jechał ze mnÄ… pomocnik w
najlepszym przypadku wylÄ…dowałby w szpitalu. Niewielka odległoÅ›ć, jaka
została do końca służby, nie spowodowała opóźnienia pociÄ…gu. Ale
ogromnie zmarzłem, był przecież Å›rodek grudniowej nocy. Gdyby to
zdarzenie miało miejsce dalej od Warszawy, zażÄ…dałbym sprawnej
lokomotywy i pasażerowie nie znajÄ…c przyczyny opóźnienia
przeklinaliby na pewno Bogu ducha winnego maszynistÄ™, całÄ… kolej. Dla
wrocławiaków najgorszym odcinkiem był szlak Grodzisk Mazowiecki
- Warszawa. Tam takich przypadków było bardzo dużo.
Innym poważnym zagrożeniem dla prowadzÄ…cego pociÄ…g,
sÄ… słabo zabezpieczone ładunki tarcicy oraz materiałów sypkich.
Załadowanie wagonów aż po górne krawÄ™dzie powoduje
podczas jazdy porywanie ładunku. MijajÄ…c siÄ™ z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… z takim
składem szczęściem jest, jak szyby czołowe nie polecÄ…. W latach
osiemdziesiÄ…tych najgorszymi pociÄ…gami zwanymi przez maszynistów
“wybij szyba”, były składy wiozÄ…ce żwir ze stacji Okmiany
koło Chojnowa w rejon Łodzi i Warszawy. WidzÄ…c jadÄ…cy z przeciwka taki
skład prawie na sto procent było pewne, że czoło pojazdu cało z tego
nie wyjdzie. Po licznych uszkodzeniach i opóźnieniach
pociÄ…gów wydano zarzÄ…dzenie, nakazujÄ…ce ograniczanie prÄ™dkoÅ›ci
podczas mijania z “wybij szybÄ…”. Dotyczyło to oczywiÅ›cie
obu składów. ZarzÄ…dzenia tego przestrzegali w pełni jedynie
maszyniÅ›ci z dawnej lokomotywowni w OleÅ›nicy ale i tak liczba wybić
szyb czołowych wyraźnie siÄ™ zmniejszyła.
Mój brat Stanisław również miał
zdarzenie, z którego cudem wyszedł cało. Pod koniec marca 1981
r. prowadził lokomotywÄ… EU07-036 “SzklarskÄ…” do Warszawy.
Przed Rozprzą, podczas mijania z prędkością 100 km/h pociągu
towarowego, źle zabezpieczone i wystajÄ…ce poza skrajniÄ™ belki dÄ™bowe,
wbiły siÄ™ w czoło elektrowozu z lewej strony, powyżej reflektora.
Przebiły blachÄ™ i dostały siÄ™ do Å›rodka kabiny niszczÄ…c przewody
powietrzne. Połamane, sterczÄ…ce z czoła lokomotywy drewniane kikuty
czyniły widok przerażajÄ…cy. O dalszej jeździe nie było mowy. Stachowi
na szczęście nic siÄ™ nie stało, ale zdarzenie, które przeżył
spowodowało uraz na tyle mocny, że do ostatniej swojej służby, gdy
mijał towarowy, zawsze miał duszÄ™ na ramieniu.
Każdy maszynista prowadzÄ…cy pociÄ…g ma dojechać do
miejsca przeznaczenia bezpiecznie i zgodnie z rozkładem. Ale czÄ™sto
było to z przyczyn od maszynisty niezależnych, po prostu niewykonalne.
JadÄ…c opóźnionym pociÄ…giem, podczas wjazdu na stacjÄ™ maszynista
czÄ™sto jest obiektem adresowanych doń przekleństw, niewybrednych
gestów rodem z olimpiady w Moskwie, wytykania palcami. Gdy gesty
te pochodziły od młodzieży, uważałem to za brak wychowania, lub chÄ™ć
pokazania siÄ™ w grupie rówieÅ›ników. Po takim
“powitaniu” i chwili przemyÅ›leń uspokajałem siÄ™, nie biorÄ…c
zbytnio do serca tego, co moje oczy widziały. Gorzej, gdy tak
zachowywali siÄ™ ludzie w Å›rednim wieku, starsi, może nawet
wykształceni. Z roku na rok obserwowałem coraz wiÄ™cej takich zachowań.
Tacy ludzie na pewno w innych środkach komunikacji zbiorowej
zachowywali siÄ™ tak samo, może nawet gorzej. Nie dziwiłem siÄ™ potem,
jak stojÄ…ca młodzież czyniła podobnie.
Przez okres czterdziestu lat pracy jako maszynista,
tylko raz spotkała mnie przyjemnoÅ›ć, że ktoÅ› mi podziÄ™kował za jazdÄ™.
Po przyprowadzeniu do Warszawy pociÄ…gu ze Szklarskiej PorÄ™by, podszedł
do lokomotywy starszy pan, który zapytał czy pociÄ…g ten
prowadziłem z Wrocławia, skÄ…d jechał. Odparłem twierdzÄ…co. On bardzo
ciepłymi słowami podziÄ™kował mi za szczęśliwie przyprowadzony pociÄ…g i
życzył, abym dalej szczęśliwie jeździł i bezpiecznie woził ludzi.
PodziÄ™kowałem. Dopiero gdy odchodził zauważyłem, że był w sutannie.
Nigdy nie oczekiwałem, aby pasażerowie dziÄ™kowali mi
za przejechanÄ… trasÄ™. Jazda to był mój obowiÄ…zek, za pracÄ™
którÄ… wykonywałem otrzymywałem wynagrodzenie. Ale podziÄ™kowanie
od przewiezionego podróżnego dodaje wyjÄ…tkowej satysfakcji i
zadowolenia z wykonanej pracy oraz pozwala wierzyć, że istniejÄ… jeszcze
ludzie, którzy doceniajÄ… włożony w pracÄ™ trud i wysiłek.
ParÄ™ miesiÄ™cy wczeÅ›niej - latem - spotkała mnie
inna, przyjemna historia. Zostałem przydzielony wraz z naszym
elektrowozem i składem szeÅ›ciu wagonów do ekipy filmowej,
która krÄ™ciła film pt.: “Obcy musi fruwać”.
GłównÄ… postać grał Piotr Fronczewski. W okolicach stacji Wrocław
Pracze Odrzańskie krÄ™cono doÅ›ć niebezpieczne ujÄ™cia, podczas
których bohater wyskakiwał z pociÄ…gu. Pomimo tego, że mieli doÅ›ć
dokładnie opracowany plan działania udzieliłem im kilku porad i
wskazówek, głównie odnoÅ›nie bezpieczeństwa aktora.
Chętnie się do nich zastosowano.
Na jednej z przerw Piotr Fronczewski przyszedł do kabiny. W trakcie
krótkiego pobytu okazał siÄ™ sympatycznym, kulturalnym, spokojnym
i opanowanym człowiekiem. Ani przez chwilÄ™ nie wyczułem u niego nuty
wyższoÅ›ci w głosie. Bardzo interesował siÄ™ lokomotywÄ… oraz pracÄ…
maszynisty i nie mógł uwierzyć, że maszyniÅ›ci prowadzÄ… pociÄ…gi
także “w pojedynkÄ™”. Poprosił aby na moment usiÄ…Å›ć za
nastawnikiem. UjÄ…ł koło w obie dłonie i po chwili, z charakterystycznym
dla siebie uÅ›miechem i trochÄ™ rubasznym głosem spytał:
- I jak ja tutaj na pana miejscu wyglÄ…dam?
- Jak każdy normalny polski maszynista - odparłem.
Fronczewski szczerze siÄ™ uÅ›miechnÄ…ł, wstał zza
nastawnika i dziÄ™kujÄ…c za mile spÄ™dzony czas oraz współpracÄ™
przy krÄ™ceniu filmu udał siÄ™ do swoich zajÄ™ć.
W międzyczasie, po kilku latach wspaniale
układajÄ…cej współpracy, nastÄ…piła kolejna zmiana w obsadzie
EU07-369. W 1992 r. na emeryturÄ™ odszedł Zygmunt Przekwas, najdłużej
jeżdżÄ…cy ze mnÄ… wspólnik. Jego miejsce zajÄ…ł maszynista
młodszego pokolenia, wywodzÄ…cy siÄ™ z trakcji spalinowej - Władysław
Sikorski. W nowo powstałym zespole, w skład którego wszedłem ja
oraz dwóch młodszych wiekiem i stażem ode mnie kolegów,
poczułem siÄ™ znacznie odmłodzony. Współpraca miÄ™dzy nami
układała siÄ™ bardzo dobrze, byłem przez nich bardzo szanowany i
poważany. Wszystkie sprawy dotyczÄ…ce lokomotywy, jakiekolwiek zmiany
omawialiÅ›my we trójkÄ™. Byli dobrymi maszynistami, znajÄ…cymi siÄ™
na obsługiwanym przez nich taborze. Aż chciało siÄ™ z takimi kolegami
współpracować. Przyjemnie było ich po służbie zmieniać i być
przez nich zmienianym.
Czas i prawa natury jednak biegnÄ… swoimi torami. W
kwietniu 1996 r. po rozmowie z naczelnikiem lokomotywowni Zbigniewem
Sobczykiem, podjÄ…łem decyzjÄ™ o przejÅ›ciu 31 maja na emeryturÄ™.
9. Miesiac przed emerytura
Ostatni
miesiÄ…c pracy w PKP upłynÄ…ł spokojnie, bez wiÄ™kszych zakłóceń.
Przede wszystkim myÅ›lałem o tym, aby bez przeszkód dojeździć do
końca. OdpoczywajÄ…c w lokomotywowniach zwrotnych czÄ™sto błÄ…dziłem
myÅ›lami po minionych latach. Czasami zazdroÅ›ciłem młodszym kolegom. Na
głównych szlakach zwiÄ™kszano prÄ™dkoÅ›ć, zapowiadano zakupy
nowoczesnych, szybkich lokomotyw. Część wrocławskich maszynistów
szkoliła siÄ™ na EP09 - wspólnie z maszynistami z Olszynki
Grochowskiej mieli prowadzić “PanoramÄ™”. W Katowicach
widziałem goszczÄ…cy w Polsce włoski “Pendolino”.
- Takiego pociÄ…gu już na pewno nie poprowadzÄ™... - myÅ›lałem wtedy ze smutkiem.
RozmyÅ›lałem także o ludziach, z którymi
przyszło mi współpracować. Przypominałem sobie tych
którzy sÄ… i tych, co odeszli. O wielu można było powiedzieć:
Wspaniały Kolega, Dobry Wspólnik. Trudno byłoby wyliczyć
wszystkich.
Swoje wspomnienia rozpoczynałem od Mariana Gawlika i
Kazimierza Mińskiego. Zanim podjÄ…łem pracÄ™ w PKP, zapisali siÄ™ oni
dużymi literami w historii wrocławskiej szopy. W pamiÄ™tanym z lat
piÄ™ćdziesiÄ…tych “ruchu piÄ™ćsetników” ustanowili
największy w historii PKP przebieg dobowy parowozu. W czerwcu 1951 r.
na Pt47-73 i Pt47-79 przejeżdżali w ciÄ…gu doby 824 kilometry. Byli
pierwszymi maszynistami w wyzwolonym Wrocławiu.
Gawlik podczas jednego ze spotkań u mnie w domu,
uchylił rÄ…bka tajemnicy z okresu okupacji hitlerowskiej. Jako młody
chłopak pracował na stanowisku pomocnika maszynisty w parowozowni
Skarżysko Kamienna. Okres okupacji przejeździł na parowozie
szczęśliwie, ale pewne wydarzenia wryły siÄ™ trwale w jego psychikÄ™.
Wielokrotnie prowadził transporty Żydów do obozu
koncentracyjnego w Sobiborze na Lubelszczyźnie. Gdy stał parowozem przy
takim transporcie, podchodzili do lokomotywy ci, których mieli
przewieźć w wagonach. Oferowali złoto w różnej postaci i inne
kosztowności w zamian za informację o celu przeznaczenia transportu.
StojÄ…cy obok parowozu hitlerowiec bacznie przysłuchiwał siÄ™ toczonej
rozmowie, gdyż za ujawnienie takiej informacji groziło rozstrzelanie na
miejscu. Obsługa parowozu dokonywała jednak czynów bohaterskich,
szczególnie w drodze powrotnej z Sobiboru. Wielokrotnie ukrywano
ludzi w kadzi wodnej tendra i ani razu nadzorujÄ…cy transporty
hitlerowcy nie wpadli na pomysł sprawdzenia tej części parowozu. Strach
przed wykryciem oraz wiele innych stresów, spowodowały u Mariana
zniekształcenie wymowy.
Po latach znajomoÅ›ci mogÄ™ Å›miało powiedzieć, że był
dobrym maszynistÄ…, a przede wszystkim kolegÄ… szanujÄ…cym młodszych.
Podczas pierwszych dni pracy w PKP, czÄ™sto jeździłem z Gawlikiem -
wówczas miał około 40 lat - zawsze podzielił siÄ™ kromkÄ… chleba,
nawet ostatniÄ…. Czasami oddał swój bon na zupÄ™:
- Przy tak ciÄ™żkiej pracy i w tak młodym wieku trzeba dużo jeÅ›ć - mawiał do mnie.
Po odejÅ›ciu z parowozu, prowadził wagony motorowe
SN61 tzw. ganze. Na poczÄ…tku lat siedemdziesiÄ…tych przesiadł siÄ™ na
ST43-151, a po odejÅ›ciu “rumunów” otrzymał nowÄ…
SP45-262, jednÄ… z ostatnich wyprodukowanych lokomotyw tej serii. Na
emeryturÄ™ przeszedł 1 grudnia 1980 r.
Drugi z moich “pierwszych”
maszynistów Kazimierz Miński, do Wrocławia przywÄ™drował z
dalekiego Hrubieszowa. Tam w czasie okupacji był maszynistÄ… na wÄ…skich
torach. ZapamiÄ™tałem go przede wszystkim jako dobrego nauczyciela
przyszłych maszynistów. Podczas jazdy dużo uczył, dużo wymagał,
ale także dużo pomagał. Mińskiemu zawdziÄ™czam praktycznie wszystko, co
osiÄ…gnÄ…łem w pierwszych latach pracy w PKP. Szanował mnie jak własnego
syna i otoczył takÄ… opiekÄ…, że czÄ™sto, gdy szliÅ›my po terenie
parowozowni mawiano:
- Ojciec z synem...!
Gdy awansował na stanowisko maszynisty instruktora,
nie zerwaliÅ›my koleżeńskich kontaktów i czÄ™sto przebywałem w
jego biurze. Poznałem wtedy wielu ludzi z DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP
odpowiedzialnych za służbÄ™ trakcji, przez co w późniejszych
latach również bÄ™dÄ…c instruktorem, miałem łatwiejszy z nimi
kontakt.
Tak wspominałem odległe lata i kolegów. Z
mojego pokolenia byli to: Gienek Biadoń, Zygmunt Przekwas, Stach
Dołubizno, Arek Dawidowicz, Heniek Pawłowski, Bogdan Pawlak, Bronek
Kołodziej, Wiesiek Misztal. Ceniłem także wielu młodszych. Dobrze
współpraca układała siÄ™ z Maćkiem Krawczykiem, Darkiem Boszko,
Andrzejem Paluszkiewiczem, Władkiem Sikorskim...
Tak rozmyślając nad swoją czterdziestoletnią karierą
zawodowÄ… przypomniało mi siÄ™ stare, krÄ…żÄ…ce od lat po szopie
powiedzenie:
- Grunt to siÄ™ nie przejmować i nie brać wszystkiego
do głowy, bo jak bÄ™dziesz miał zdrowie i nie wywiniesz coÅ› złego, to
przeżyjesz naczelnika nie jednego.
Być może bardzo proste ale i nie pozbawione prawdy
słowa. MaszyniÅ›ci trwali na swoich stanowiskach, bez wzglÄ™du na toczÄ…cÄ…
siÄ™ historiÄ™, Naczelnicy natomiast zmieniali siÄ™ w różnych
okolicznoÅ›ciach i z różnych powodów, nie zawsze z
korzyÅ›ciÄ… dla zakładu. Byli tacy, którzy dbali o
maszynistów, zapewniali pociÄ…gi i odcinki obsługi budzÄ…ce
zazdroÅ›ć wÅ›ród drużyn trakcyjnych innych lokomotywowni. Ale byli
i tacy, najczęściej mianowani z “klucza” jedynie słusznej
opcji politycznej, którzy przychodzili tylko do pracy...
Gdy zaczÄ…łem jeździć jako maszynista parowozu,
zastÄ™pcÄ… naczelnika był Ryszard Sobolak. Był człowiekiem spokojnym,
wyrozumiałym ale jednoczeÅ›nie bardzo dociekliwym. Bardzo dużo chodził
po parowozowni, przyglÄ…dał siÄ™ jak pracuje obsługa warsztatu. WidzÄ…c
stojÄ…cÄ… grupÄ™ maszynistów nigdy obojÄ™tnie nie przeszedł obok.
Zawsze przystanÄ…ł włÄ…czajÄ…c siÄ™ rzeczowo do rozmowy. Za to był bardzo
lubiany i szanowany. Przez duże zainteresowanie, jakim obdarzał
podległy mu tabor, z czasem stał siÄ™ prawdziwym trakcyjnikiem.
Awansował na naczelnika parowozowni, zaÅ› z biegiem lat został
naczelnikiem Zarządu Trakcji Dolnośląskiej DOKP.
CiekawÄ… postaciÄ… spoÅ›ród
naczelników był Stanisław Wójcik. Po ukończeniu
studiów karierÄ™ na PKP rozpoczynał jako... pomocnik maszynisty
na elektrowozie. Bardzo krótko jeździł jako maszynista,
nastÄ™pnie awansowano go na stanowisko maszynisty instruktora. DoÅ›ć
szybko stał siÄ™ zastÄ™pcÄ… naczelnika i naczelnikiem lokomotywowni.
Dobrze znał tabor, dlatego nie lubił oszukaństwa. Jeżeli maszynista
“nawalił” pociÄ…g z powodu jakiejÅ› błahostki i
próbował potem lawirować w tłumaczeniach, Wójcik nie
przebierał w surowych karach. Lepiej było powiedzieć prawdÄ™, wykazywał
wtedy większe zrozumienie. Po paru latach pracy na tym stanowisku
został zastÄ™pcÄ… dyrektora DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP ds. Trakcyjnych.
Na poczÄ…tku lat 70-tych zastÄ™pcÄ… naczelnika był
Andrzej Konieczny, skierowany z Dolnośląskiej DOKP z Zarządu Trakcji,
później awansowany na naczelnika. Był zapalonym trakcyjnikiem. W
tym czasie jeżdżÄ…c lokomotywami spalinowymi mieliÅ›my najlepsze pociÄ…gi.
“Rumunami” robiliÅ›my miesiÄ™cznie do 10 tys.
kilometrów. Na stan przychodziły nowe lokomotywy SP45. Trakcja
elektryczna też miała co robić. Niestety po tragicznym wypadku
maszynisty Hieronima Stellmacha pod Psim Polem został odwołany ze
stanowiska. Powodem było to, że podczas wypadku na lokomotywie
oprócz maszynisty był jego syn, który niestety także
zginÄ…ł. Drużyny trakcyjne odnosiły wrażenie, że za ten wypadek po
prostu ktoÅ› musiał zostać ukarany. A szkoda, bo trakcja straciła
wartoÅ›ciowego człowieka, który już nie wrócił w jej
szeregi. Został kierownikiem placówki Kolejowych Zakładów
Usługowych zajmujÄ…cych siÄ™ sprzÄ…taniem wagonów. Wielokrotnie
spotykałem Koniecznego. W rozmowach nie krył żalu iż sprawy potoczyły
siÄ™ w ten sposób.
Zrobiłem także przeglÄ…d przez PolskÄ™: gdzie byłem,
dokÄ…d zajechałem, dokÄ…d lubiłem jeździć? Wyliczyć wszystkich tras nie
sposób, zawsze jednak dużÄ… przyjemnoÅ›ć sprawiało mi przejechanie
dalekiej trasy. Dobrze jeździło mi siÄ™ do Warszawy przez Łódź.
Przez pewien czas, w rozkładzie 89-90, jeździliÅ›my nawet przez WarszawÄ™
do OstrołÄ™ki. Także - mimo wielu zwolnień i różnych szybkoÅ›ci -
nie narzekałem nigdy jak miałem jechać do stolicy przez CzÄ™stochowÄ™.
Ostatnimi laty najgorszy był odcinek Piotrków Trybunalski -
Koluszki, gdzie prÄ™dkoÅ›ć nie przekraczała 30 km/h. Ja jednak miÄ™dzy
tymi stacjami rozkładałem siÄ™ zawsze z jedzeniem, wiÄ™c czas i droga
szybko mijały. Ponadto Warszawa, a jeszcze bardziej OstrołÄ™ka były
trasami prowadzÄ…cymi w rodzinne strony.
Lubiłem jeździć do Gdyni. Była to szybka trasa.
Przyjemnie prowadziło siÄ™ pociÄ…g, gdyż mało było zwolnień. Czas na
posiłek w drodze zawsze planowałem sobie na wolniejszym odcinku z
Poznania do Inowrocławia, na pozostałych zaÅ› trzeba było solidnie
jechać. Porannym ekspresem trasÄ™ z Wrocławia do Gdyni pokonywało siÄ™ w
6 godzin.
WyjÄ…tkowÄ… służbÄ… był Lublin. Pomimo przejechanych
przez całÄ… noc 514 km, z końcem służby - o ile wszystko szło zgodnie z
planem - nie odczuwałem specjalnego zmÄ™czenia. Pojawiało siÄ™ ono tylko
wtedy, kiedy na trasie były kłopoty z pojazdem lub służba ruchu nie
stanÄ™ła na “wysokoÅ›ci zadania”. DużÄ… rolÄ™ odgrywało przy
tym właÅ›ciwe przygotowanie siÄ™ do służby. Po latach pracy “na
kołach” miałem już we krwi, że obojÄ™tnie gdzie bym nie jechał -
czy to miała być Warszawa, Gdynia, Lublin czy nie tak dalekie WÄ™gliniec
i MiÄ™dzylesie - przed każdÄ… służbÄ… kładłem siÄ™ przynajmniej na 4
godziny spać. Potem już całonocna praca nie sprawiała kłopotów.
Z lat pracy na trakcji spalinowej przyjemnie
wspominam trasÄ™ do Kołobrzegu. Była to najdłuższa służba, obsługiwana
przez lokomotywowniÄ™ Wrocław Główny trakcjÄ… spalinowÄ…. Trud
przejechanej 478 km, całonocnej trasy, wynagradzał krótki
ostatni odcinek Trzebiatów - Kołobrzeg. Przy bezchmurnym niebie
najpiÄ™kniejsze wrażenie sprawiało wynurzajÄ…ce siÄ™ hen na horyzoncie
słońce. Jego ciepłe poranne promienie działały tak kojÄ…co, że każdy
pomocnik po chwili skłaniał siÄ™ do spania. Ja natomiast wstawałem z
siedzenia, otwierałem po swojej stronie okno i nuciłem pieÅ›ń:
“Kiedy ranne wstajÄ… zorze...” PatrzÄ…c w bÄ™dÄ…cÄ… coraz wyżej
na niebie słonecznÄ… kulÄ™, przybliżałem siÄ™ do kresu kolejnej służby i
upragnionego odpoczynku.
Znalazłem jednak wyjÄ…tkowÄ… - jak siÄ™ okazuje -
trasÄ™, której nie lubiłem: Wrocław - Jelenia Góra. Pomimo
tak malowniczo położonej linii i piÄ™knych okolic, od samego poczÄ…tku
miałem do niej uraz, gdyż tam właÅ›nie prowadzony przeze mnie
parowóz doznał ciÄ™żkiego uszkodzenia. Ostre łuki oraz mała
prÄ™dkoÅ›ć powodowały odczucie, jakbym pokonywał tÄ™ trasÄ™ za karÄ™. Aż
dziw mnie brał, gdy dowiedziałem siÄ™, że przed wojnÄ… niemieccy
maszyniÅ›ci po łukach miÄ™dzy Świebodzicami a Wałbrzychem Szczawienko
jeździli dużo szybciej, niż obecne 40 km/h. Ja tÄ™ liniÄ™ nazywałem
“kolejnymi kilometrami płaczu” i gdy była tylko możliwoÅ›ć
oddawałem te służby. Maszynistów chÄ™tnych do zamiany na
szczęście nie brakowało.
21 maja 1996 r. dał poczÄ…tek ostatnim dziesiÄ™ciu
dniom, jakie zostały do końca mojej służby w PKP. PociÄ…gi, jakie
przypisano mi planem do obsługi sprawiały ogromnÄ… radoÅ›ć i zarazem dużÄ…
odpowiedzialnoÅ›ć. Ich ranga spowodowała, iż uzmysłowiłem sobie, że
walka z czasem jakÄ… podjÄ…łem w pierwszych dniach pracy na prawej
stronie parowozu, trwać bÄ™dzie nieustannie do końca mojej ostatniej
służby.
Tego dnia ostatni raz wyruszyłem do Kielc.
Prowadziłem w południe pociÄ…g 62103 Wrocław Główny - Lublin, o
mocno brzmiÄ…cej nazwie “Sztygar”. W latach
szeÅ›ćdziesiÄ…tych, gdy Kielce obsługiwaliÅ›my parowozami, również
mniej wiÄ™cej o tej samej porze kursował pociÄ…g nie posiadajÄ…cy
oficjalnej nazwy, ale jak wiele miał nazwÄ™ nieoficjalnÄ…, używanÄ…
wyłÄ…cznie w gronie drużyn trakcyjnych. Ochrzczono go:
“wesoły”. Otrzymał tÄ™ nazwÄ™, ponieważ kursował w dzień, a w
składzie było tylko piÄ™ć wagonów. Jazda takim pociÄ…giem była
dużÄ… przyjemnoÅ›ciÄ…. Po paru latach pociÄ…g ten zlikwidowano. Na długo po
“wesołym” zostały tylko wspomnienia, odgrzebane przez
maszynistów mojego pokolenia po wprowadzeniu w rozkład
“Sztygara”. Na pytanie młodszych kolegów:
- DokÄ…d pan, panie Włodku dziÅ› jedzie?
Aż chciało siÄ™ odpowiedzieć:
- “Wesołym”! - ale wielu z nich tylko
szerzej otworzyłoby oczy ze zdumienia. Zamiast tego, padało z moich ust:
- Do Kielc! - i to wystarczyło, gdyż nikt nie używał
szumnej nazwy “Sztygar”. Istniała tylko w służbowym
rozkładzie jazdy, nie pasujÄ…c do wrocławskiej rzeczywistoÅ›ci. Nawet
wÅ›ród grona młodych maszynistów różnie, czÄ™sto z
humorem do owej nazwy podchodzono. Pewnego razu jeden z nich, zbliżajÄ…c
siÄ™ do podczÄ™stochowskiej stacji usłyszał w radiotelefonie:
- “Sztygar”, proszÄ™ siÄ™ zgłosić...
Darek po chwili namysłu odparł do mikrofonu:
- Ja nie sztygar. Jestem maszynistÄ…!
24 maja wyruszyłem do Krakowa pociÄ…giem 73002 z
Berlina. Podczas postoju na stacji Kraków Główny myÅ›lami
odleciałem w przeszłoÅ›ć, tÄ™ najdalszÄ…. Kraków był jednym z
pierwszych miast, do którego dotarłem jako
“trzeciak” na parowozie. DziÅ› w trakcie przebudowy stacji
usiłowałem przypomnieć sobie jej układ sprzed 40 lat. ÓwczesnÄ…
parowozowniÄ™ “odnalazłem” prawdopodobnie w miejscu, gdzie
wybudowano nowoczesnÄ… nastawniÄ™. W drodze powrotnej pociÄ…giem 37001
InterCity “Wawel” do Berlina, przejeżdżajÄ…c przez
Górny ŚlÄ…sk, nie mogłem oprzeć siÄ™ wrażeniu widocznych zmian.
NiegdyÅ› górnoÅ›lÄ…ski szlak był zadymiony, zatłoczony pociÄ…gami,
tÄ™tnił życiem. Pokonanie nastrÄ™czało wiele trudnoÅ›ci. Obecnie ten
odcinek jest prawie pusty. Sprawia wyglÄ…d ospałego, zaÅ› zwiÄ™kszona
prÄ™dkoÅ›ć i sygnalizacja Å›wietlna sprawiajÄ…, że trasÄ™ tÄ™ przebywa siÄ™
dużo szybciej i bez wiÄ™kszych kłopotów.
26 maja przypadła ostatnia niedziela mojej pracy.
NiegdyÅ› w dzień Å›wiÄ…teczny na planowe służby podmiana była prawie
niemożliwa. Każdy chciał mieć niedzielÄ™ wolnÄ…. Gdybym dziÅ› chciał oddać
tÄ™ służbÄ™ nie byłoby problemów. Maszynistów chÄ™tnych do
pracy nie brakowało nawet w Å›wiÄ™to. Ale postanowiłem przepracować tÄ™
ostatniÄ… niedzielÄ™ w PKP i to nie tylko z powodu potrzeby uzupełnienia
miesiÄ™cznej normy godzin. Potraktowałem jÄ… tak poważnie, jak relaksowo.
Tuż po północy o 0.05 przyjÄ…łem elektrowóz EP07-376 i
poprowadziłem nim “BohemiÄ™” Warszawa - Praga, do
granicznego MiÄ™dzylesia. ZbliżajÄ…c siÄ™ do stacji oÅ›wietlonej przez
ogromne jupitery, znów - jak na poprzednich służbach - oddałem
siÄ™ refleksji. MiÄ™dzylesie, które pamiÄ™tałem z lat pracy na
parowozie i lokomotywach spalinowych, to tÄ™tniÄ…ca życiem w dzień i w
nocy stacja graniczna. StaczajÄ…ce siÄ™ raz po raz z górki
rozrzÄ…dowej wagony uderzajÄ…c o siebie oznajmiały okolicy, że na kolei
praca wre pełnÄ… parÄ…. Zawsze na stacji było kilka polskich oraz
czeskich parowozów. DziÅ› ciszÄ™ uÅ›pionej stacji zakłócał
tylko wjazd przyprowadzonej przeze mnie “Bohemii”. Na
pustych torach stacyjnych stał tylko czekajÄ…cy na zajÄ™cie miejsca na
czele składu spalinowy “czech-okularnik”. OdjeżdżajÄ…c
powoli od pociÄ…gu i mijajÄ…c siÄ™ z tÄ… lokomotywÄ…, dałem krótki
sygnał rozdzierajÄ…cy nocnÄ… ciszÄ™. Zagrał, zwielokrotniony echem
otaczajÄ…cych stacjÄ™ gór. W czasie wymiany pozdrowień z czeskim
maszynistÄ… pomyÅ›lałem:
- WiÄ™cej kolego mnie już tu nie zobaczysz, ani ja ciebie...
StojÄ…c pod czerwonym Å›wiatłem, czekałem na
“wolnÄ… drogÄ™” aby zjechać luzem do Kłodzka, skÄ…d miałem
poprowadzić osobowy do Wrocławia, raz jeszcze ogarnÄ…łem wzrokiem
MiÄ™dzylesie. Tak dla lepszego utrwalenia. Szkoda, że nie mogłem jej
zapamiÄ™tać takiej tÄ™tniÄ…cej życiem jak przed laty. Przez zawieszenie
nocnych odpraw przekraczajÄ…cych granicÄ™ pociÄ…gów towarowych
stacja, która powinna zarabiać - spokojnie Å›pi. PomyÅ›lałem też,
że kilka razy byłem w MiÄ™dzylesiu “po raz pierwszy”. Na
parowozie za pomocnika przyjechałem tu pierwszym swoim
“ponszem”, wprowadziłem do MiÄ™dzylesia pierwszÄ… w historii
tej linii lokomotywÄ™ spalinowÄ…. Po zelektryfikowaniu szlaku wjechałem
tu pierwszym elektrowozem EU07-042 i 29 maja 1994 r. o godz. 0.38
poprowadziłem do Wrocławia pierwszy planowy pociÄ…g trakcjÄ… elektrycznÄ….
Był to miÄ™dzynarodowy “Bałtyk” z Pragi do ŚwinoujÅ›cia.
Zawsze lubiłem jeździć liniÄ… miÄ™dzyleskÄ…. Łagodne góry i płynÄ…ca
miejscami tuż obok toru Nysa Kłodzka dodawały jeździe wiele uroku.
KiedyÅ› - już na emeryturze - bÄ™dÄ™ musiał odwiedzić tÄ™ krainÄ™. Jest
naprawdę piękna.
28 maja prowadzÄ…c “BohemiÄ™” do Warszawy
Wschodniej, myÅ›lami wróciłem do pierwszego dnia pracy na kolei.
To tym pociÄ…giem - w jakże odmiennych warunkach - rozpoczynałem swojÄ…
służbÄ™ w Polskich Kolejach Państwowych, z którymi zwiÄ…załem siÄ™
na tyle lat. Im bliżej było do końca pracy zawodowej, tym częściej
rozmyÅ›lałem aby szczęśliwie i bezpiecznie przejechać w obie strony. Na
tej służbie 2 listopada 1995 r. wracajÄ…c z Warszawy po miniÄ™ciu tarczy
ostrzegawczej przed stacjÄ… Płochocin wjeżdżajÄ…c w łuk, zobaczyłem w
Å›wietle reflektorów stojÄ…cy na przejeździe samochód
osobowy oraz obok niego dwie osoby. Natychmiast włÄ…czyłem syrenÄ™ i
nagłe hamowanie. Żadna ze stojÄ…cych koło auta osób ani na krok
siÄ™ nie ruszyła. PrÄ™dkoÅ›ć z rozkładowej, którÄ… utrzymywałem co
do kreski, spadła tylko do 115 km/h i rÄ…bnÄ…łem (jak siÄ™ później
okazało) w niemal nowego opla. Ludzie, którzy byli przy
unieruchomionym pojeździe mieli dużo szczęścia. Stali z kierunku
nadjeżdżajÄ…cego pociÄ…gu.
Nie uciekałem z kabiny.
- Co tam takie osobowe auto - szybko przebiegła mi myÅ›l
Tuż przed uderzeniem, zobaczyłem w ostatniej chwili,
jak z wnÄ™trza gramoli siÄ™ trzecia osoba! ZdrÄ™twiałem... Huk, błysk, coÅ›
poleciało na prawÄ… stronÄ™. Czułem, że auto jest pchane przez
lokomotywÄ™. Byłem pewien, że w chwili zderzenia opel
“zabrał” wysiadajÄ…cego faceta. Po zatrzymaniu pociÄ…gu i
otwarciu drzwi kabiny ujrzałem wrak samochodu zaczepiony za zderzak,
ale nic nie wskazywało, aby ktoÅ› został w Å›rodku. Po paru minutach
podbiegło do elektrowozu kilku młodych chłopców, którzy
widzieli zderzenie i chcieli koniecznie zobaczyć, co zostało z
samochodu. Na moje pytanie, czy nie wiedzÄ… co siÄ™ stało z
“wysiadajÄ…cym” z samochodu goÅ›ciem, powiedzieli:
- Siedzi cały i zdrowy na Å›rodku przejazdu. Tylko jest kompletnie
pijany i co chwilÄ™ pyta wszystkich, co to było, że tak nagle zabrało mu
spod d... auto?
OdetchnÄ…łem z ulgÄ…. Ja także miałem szczęście, gdyż
przed lokomotywÄ… na prawÄ… stronÄ™, poleciał bak paliwowy. Mogło dojÅ›ć do
eksplozji...
Auto skasowane dokładnie, zaÅ› lokomotywie prawie nic siÄ™ nie stało. W
czołownicy zostały urwane przewody powietrzne oraz z boku stopnie do
kabiny, kilka drobnych wgnieceń. Ot, całe uszkodzenia. Nim przyjechał
pociÄ…g ratunkowy, przy pomocy gapiów z okolicznych domów
pozabijałem drewnianymi kołkami otwory po urwanych kranach i
przygotowałem siÄ™ do dalszej jazdy. Z moich oglÄ™dzin wynikało, że jak
zabiorÄ… ten wrak i wyprostujÄ… niektóre elementy podwozia, bÄ™dÄ™
mógł bez problemów pojechać dalej. Wynik tego wypadku
powinien dać dużo do myÅ›lenia każdemu z nierozumnych i szarżujÄ…cych - a
o spożywajÄ…cych przed jazdÄ… alkohol już nie wspomnÄ™ - kierowców:
- Opel do kasacji, a ja po trzech godzinach ruszyłem elektrowozem w dalszÄ… drogÄ™.
Tuż po takich zdarzeniach stres i przeżycia sÄ…
ogromne. Jeżeli w ich wyniku nie ginÄ… ludzie, wszystko szybciej wraca
do normy. W swojej karierze zawodowej miałem 14 razy to nieszczęście,
że pod kołami moich lokomotyw pozbawiali siÄ™ życia ludzie.
Szczególnie utkwiły mi w pamiÄ™ci dwa przypadki - pierwszy i
ostatni.
Krótko po otrzymaniu prawa kierowania
parowozem pojechałem poÅ›piesznym do Kielc. WjeżdżajÄ…c na stacjÄ™
zauważyłem chłopaka, który w połowie peronu chciał przebiec
przed lokomotywÄ…. OdległoÅ›ć była spora, nie przeczuwałem najgorszego
ale mimo to, mocniej pociÄ…gnÄ…łem za hamulec. Niestety, potknÄ…ł siÄ™ o
szynÄ™ i upadł na drugÄ…. Użyłem “nagłego”, ale nie zdÄ…żyłem
zahamować. Przejechałem go w pół. Do dziÅ› pamiÄ™tam przerażajÄ…cy
krzyk ludzi, czekajÄ…cych na pociÄ…g. Momentalnie po zatrzymaniu
pobiegłem do miejsca wypadku, bezwiednie potrÄ…cajÄ…c stojÄ…cych.
Wokół ciÄ…gle krzyczano. Miałem jeszcze nadziejÄ™ na jakieÅ›
cudowne ocalenie tego chłopca. To co zobaczyłem, brutalnie jÄ… rozwiało.
Górna część ciała jeszcze drgała...
Po tamtym wypadku, długo nie mogłem patrzeć na ryby
w pomidorach, buraczki, czerwonÄ… kapustÄ™. Z czasem wszystko
wróciło do normy. Ale, gdy wracałem z pracy i odmawiałem
podobnych potraw, Mila wiedziała bez słów, że stało siÄ™ coÅ›
przykrego.
Ten ostatni, nieszczęśliwy wypadek, miał miejsce w
październiku 1993 r. Wracałem z Warszawy “SzklarskÄ…”. Była
noc z soboty na niedzielÄ™. Od Gomunic jechałem po torze niewłaÅ›ciwym.
Prawy był zajÄ™ty przez pociÄ…g sieciowy. Jechałem ponad 100 km/h, gdy w
Å›wietle reflektorów zobaczyłem człowieka. Szedł moim torem,
tyłem do pociÄ…gu. Użyłem syreny i nagłego hamowania. MachnÄ…ł rÄ™kÄ…, że
usłyszał, ale siÄ™ nie odwrócił. CiÄ…gle trÄ…biÄ…c, myÅ›lałem w duchu:
- Uciekaj człowieku, bo zaraz bÄ™dziesz machał u Pana Boga!
Podniósł rÄ™kÄ™ jeszcze raz i... zginÄ…ł przez
nieuwagÄ™. Nie pomyÅ›lał, że pociÄ…gi mogÄ… jeździć, po obu torach, w obu
kierunkach... Na przyjazd policji i prokuratora, czekaliśmy w szczerym
polu dwie godziny. Na pozwolenie odjazdu, dwie następne.
Pozostałe ofiary - to samobójcy.
Najgorsze uczucie tuż przed uderzeniem, to niemoc. Pozostaje tylko
szybko dać sygnał “bacznoÅ›ć”, nagłe hamowanie i reszta w
rÄ™kach Boga. Ci ludzie nie dawali mi żadnej szansy. Wszyscy wybierali
miejsca, gdzie jechałem z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ…. W ostatniej chwili
wychodzili zza budynku stacyjnego, przytorowych drzew i krzewów.
Zachowywali siÄ™ różnie. Niektórzy stawali twarzÄ… do
jadÄ…cego pociÄ…gu i patrzyli mi prosto w oczy. Jak? Nie wiem. Patrzyłem
tylko raz, potem już odwracałem wzrok. Inni szybko wbiegali na tor,
przykucali i ukrywali głowÄ™ w rÄ™kach lub stojÄ…c długo obok toru tuż
przed lokomotywÄ… kładli głowÄ™ na szynie. Nawet na dany sygnał
“bacznoś㔠odsuwali siÄ™ nieco od toru, jakby chcieli mnie
uspokoić, bym nie zaczÄ…ł za szybko hamować.
Jeden - niedoszły piÄ™tnasty - siÄ™ uratował. Było to pod koniec służby
już na terenie Wrocławia. Wbiegał na nasyp nieopodal ulicy Zaporoskiej,
na szczęście dla niego poÅ›lizgnÄ…ł siÄ™ na trawie i za późno
rzucił siÄ™ pod lokomotywÄ™. Tylko go potrÄ…ciłem.
Po takich wypadkach zawsze czułem siÄ™ bardzo źle. Nieraz rozmawiałem o
tym z MilÄ…. Najczęściej jednak szedłem do barku, wypijałem porzÄ…dnego
kielicha i do łóżka. Goryczy dopełniały bezduszne dochodzenia,
na które chodziło siÄ™ po kilkakroć. Nawet po tym wypadku pod
Płochocinem, choć nikt nie zginÄ…ł, wzywano mnie trzy razy. Aby w końcu
odzyskać równowagÄ™ i móc dalej bezpiecznie wozić ludzi
tłumaczyłem sobie w myÅ›lach, że to przecież nie ja zabiłem! To oni sami
pozbawili siÄ™ życia - przez kłopoty osobiste, zawody miłosne, zwykłÄ…
bezmyÅ›lnoÅ›ć. Samobójcy wybierali skok pod pÄ™dzÄ…cÄ… lokomotywÄ™,
pozostali zginęli przez nieuwagę.
Wreszcie nadszedł ten dzień: 30 maja 1996 r. Ostatni
raz szykowałem do pracy torbÄ™ z jedzeniem. Przez moment zastanowiłem
siÄ™: ile razy w ten sam sposób szykowałem siÄ™ do służby? Kilka,
może nawet kilkanaÅ›cie tysiÄ™cy? Gdy wychodziłem w nocy zawsze
nastawiałem dwa budziki. DziÄ™ki Bogu, ani razu nie zaspałem. Przed
służbami, które zaczynały siÄ™ po południu lub wieczorem, kładłem
siÄ™ spać na kilka godzin. I chociaż nieraz nie udawało mi siÄ™ zasnÄ…ć,
taki relaks dobrze wpływał na samopoczucie. Najdłuższe służby nie
nużyły sennoÅ›ciÄ…. Jedzenie do torby, obojÄ™tnie o jakiej porze,
szykowałem sobie sam. Nie chciałem angażować w to Mili, zwłaszcza w
nocy, gdyż dobrze wiedziałem, co znaczy brak snu. Ponadto
współpracowałem z różnymi ludźmi. Jedni wyjmowali z torby
to co mieli i spożyli w spokoju. Niektórzy zaÅ› komentowali, że
żona mało uszykowała lub byle co. Ja byłem wolny od tych
kłopotów. Sam sobie przygotowałem i to co wziÄ…łem, to zjadłem.
Ale przyjemnie było, gdy czasem Mila wstawała w nocy. Gdy siÄ™ goliłem,
robiła kawÄ™, czy kanapkÄ™ do zjedzenia. ZaglÄ…dałem jeszcze do pokoju
chłopców, patrzyłem chwilÄ™, jak smacznie Å›piÄ… i wychodzÄ…c, cicho
zamykałem za sobÄ… drzwi. Szanowałem ich sen, gdyż dobrze wiedziałem,
jak oni doceniali mojÄ… potrzebÄ™ wypoczynku. Gdy spałem w dzień przed
służbÄ… lub po powrocie, zachowywali siÄ™ bardzo spokojnie. Wkładali
papier do dzwonka u drzwi, by go wyciszyć. A z czasem wszyscy koledzy z
podwórka wiedzieli, że do naszych drzwi można tylko delikatnie
zapukać.
Ile to razy szedłem do pracy nocÄ… patrzÄ…c, jak
miasto Å›pi? Tylko gdzieniegdzie w domach, paliło siÄ™ Å›wiatło. Może też
u kolejarza? Zawsze myÅ›lałem, aby wrócić szczęśliwie,
znów móc zobaczyć rodzinÄ™ i senne lub tÄ™tniÄ…ce życiem
miasto.
Tak stałem w kuchni i patrzyłem na swojÄ… wysłużonÄ…
torbÄ™. Miałem zamiar wyłożyć z niej niektóre przedmioty, ale
doszedłem do wniosku, że jak tyle lat chodziłem z tÄ… zawartoÅ›ciÄ… i
niezbÄ™dnymi rzeczami, zrobiÄ™ tak i dziÅ› na zakończenie mojej służby na
kolei. Mila była w domu. PożegnaliÅ›my siÄ™. Niby tak, jak zawsze. Ale
gdzieÅ› w sercu pojawiło siÄ™ uczucie, trudne do opisania.
W godzinach popołudniowych poprowadziłem pociÄ…g
poÅ›pieszny “Sudety” relacji Jelenia Góra - Warszawa.
Miałem w tym dniu podwójnÄ… satysfakcjÄ™. Zaczynałem pracÄ™ od
trasy do stolicy i w ten sam sposób kończyła siÄ™ moja kariera.
Ponadto obsługiwałem elektrowóz EP08-010. ParÄ™ dni wczeÅ›niej
lokomotywownia Wrocław Główny otrzymała 3 lokomotywy tej serii
do obsługi pociÄ…gów ekspresowych na linii do Poznania z
prÄ™dkoÅ›ciÄ… 140 km/h. Niestety “Sudetami” - zgodnie z
rozkładem - tak pÄ™dzić nie mogłem, ale jazda
“ósemkÄ…” była przyjemna. Lepiej osiÄ…ga i utrzymuje
wyższe prÄ™dkoÅ›ci niż EU07. Specjalnie podczas jazdy nie oddawałem siÄ™
rozmyÅ›laniom. ale co pewien czas targały mnÄ… odczucia, że odtÄ…d tÄ™
trasÄ™ bÄ™dÄ™ pokonywał wyłÄ…cznie jako pasażer, wszak prowadzi ona w moje
rodzinne strony lub do synów. Adam przeprowadził siÄ™ do Ostrowa
Wielkopolskiego, Darek zaÅ›... do Suwałk.
Po przyjeździe do lokomotywowni Warszawa Olszynka
Grochowska i udaniu siÄ™ do dyspozytora, spotkała mnie miła
niespodzianka. Przywitali mnie wrocławscy maszyniÅ›ci, odbywajÄ…cy
szkolenie na lokomotywach EP09. Wraz z dyspozytorem i maszynistÄ…
instruktorem z Olszynki Grochowskiej oraz naszym Bronkiem Kołodziejem,
maszyniÅ›ci: Wiesiek Laskowski, Heniek Pawłowski, Lech Misiak, Roman
Grzesiuk i Tadziu Seredyński zapragnÄ™li pożegnać w zwrotnej
lokomotywowni maszynistÄ™ odchodzÄ…cego na emeryturÄ™. UrzÄ…dzili małe
przyjÄ™cie. Byłem tym bardzo zaskoczony i ucieszony jednoczeÅ›nie, bo nie
każdemu zdarzało siÄ™ być żegnanym podczas ostatniej jazdy w zwrotnej
szopie. SpÄ™dzajÄ…c czas przy kawie, wspominaliÅ›my czasy parowozów
i nasze pierwsze lata na taborze. Tego wieczora częściej jednak mnie
słuchano. Z obecnych tylko Wiesiek obsługiwał najstarszÄ… trakcjÄ™, a
Lech czasem jechał za pomocnika na SP45. Pozostali koledzy zaczynali
pracÄ™ na elektrowozach.
Gdy nastÄ™pnego dnia w godzinach porannych zgłaszałem
siÄ™ u dyspozytora na pociÄ…g 16000 Warszawa Wschodnia - Frankfurt nad
Menem, koledzy maszyniÅ›ci już uruchomili mojÄ… planowÄ… EU07-369 i
wspólnie wyjechaliÅ›my na grupÄ™ postojowÄ… do składu oraz w perony
stacji Warszawa Wschodnia. Tam czekał na mnie starszy syn Darek, aby
razem ze mnÄ… ostatni raz powrócić ze służby do domu.
PodziÄ™kowałem kolegom za miłe chwile spÄ™dzone podczas odpoczynku w
lokomotywowni zwrotnej. Po wykonaniu kilku pamiÄ…tkowych fotografii i
pożegnaniu, zostało już tylko wypatrywać “zielonego”.
10. Powrot do domu
Gdy tylko dowiedziałem siÄ™ od mamy, że ojciec odchodzi na
emeryturÄ™ 31 maja 1996 r. przysiÄ…głem sobie - bez wzglÄ™du na
jakiekolwiek przeciwnoÅ›ci losu - uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu.
Mimo iż mieszkam w Suwałkach, z dala od rodzinnego Wrocławia
postanowiłem, że obojÄ™tnie skÄ…d ta jazda siÄ™ rozpocznie, bÄ™dÄ™ tam
aparatem fotograficznym. Po niedługim czasie dowiedziałem siÄ™, że
bÄ™dzie to Warszawa. Ucieszyłem siÄ™, wszak to po drodze do rodzinnego
miasta. Starannie przygotowałem siÄ™ do tego wydarzenia. Sprawdziłem dwa
aparaty fotograficzne, lampÄ™ błyskowÄ…, zaopatrzyłem siÄ™ w
różnego rodzaju filmy i z niecierpliwoÅ›ciÄ… oczekiwałem końca
miesiÄ…ca.
31 maja rannym pociÄ…giem udałem siÄ™ do Warszawy. MyÅ›li moje krÄ…żyły wokół jednego:
- DziÅ›
ojciec po raz ostatni poprowadzi elektrowóz. Oby nic, nawet w
najmniejszym stopniu nie zakłóciło tego wydarzenia.
Niecierpliwie
przechadzałem siÄ™ po peronach Wschodniego. Wreszcie z megafonów
ogłoszono podstawienie miÄ™dzynarodowego do Frankfurtu nad Menem. Zza
zakrÄ™tu wyłonił siÄ™ oÅ›wietlony przód lokomotywy. StojÄ…c na
krawÄ™dzi peronu wykonałem pierwsze pamiÄ…tkowe zdjÄ™cie. Gdy trzasnÄ™ła
migawka, ujrzałem w obiektywie uniesionÄ… w geÅ›cie pozdrowienia rÄ™kÄ™
ojca.
Szedłem ku
lokomotywie. Spisałem numery ostatniego wagonu w składzie, gdyż w tym
dniu ważne było dla mnie wszystko, co ostatnie. Pytano mnie
kilkakrotnie:
- Pan Dołubizno? ProszÄ™ siÄ™ Å›pieszyć, tato pana wypatruje i nie może siÄ™ doczekać.
Tak witali mnie
ojca koledzy, którzy asystowali mu podczas podstawiania pociÄ…gu.
Zrobiłem jeszcze kilka zdjÄ™ć. Dobrze, że już można na stacji siÄ™gnÄ…ć po
aparat bez obawy, że naraz obok, jak spod ziemi wyroÅ›nie sokista lub
dawny milicjant. W miÄ™dzyczasie do lokomotywy podszedł kierownik
pociÄ…gu Wiesław Pietrzak. Z ciekawoÅ›ciÄ… przypatrywał siÄ™ małemu
zamieszaniu wokół elektrowozu, ale po krótkim wyjaÅ›nieniu
odparł:
- Mam szczęście. Już drugi raz w tym roku jadÄ™ z maszynistÄ… odchodzÄ…cym na emeryturÄ™. Powodzenia!
Godzina 12.32:
- Szesnaście,
trzy zera - odjazd! - słychać w radiotelefonie głos kierownika pociÄ…gu.
RównoczeÅ›nie ojciec wprawnÄ… rÄ™kÄ… przestawia koło nastawnika w
pierwszÄ… pozycjÄ™. Rusza w swÄ… OSTATNIĄ SŁUŻBĘ. Pierwszy postój
na Centralnym, potem szereg zwolnień na linii Å›rednicowej. Za Włochami
rozpoczyna walkÄ™ z czasem. RoÅ›nie prÄ™dkoÅ›ć, coraz wiÄ™ksze skupienie
maluje siÄ™ na jego twarzy. Jak w filmie Andrzeja Munka
“Kolejarskie słowo”.
- Bardzo bym chciał zajechać swoim ostatnim pociÄ…giem do Wrocławia zgodnie z planem - rzekł do mnie.
PomyÅ›lałem wtedy,
że zadanie bÄ™dzie jednak trudne. Łatwo bowiem zauważyć, że stolice
Polski i Dolnego ŚlÄ…ska majÄ… chyba najgorsze połÄ…czenie w kraju. Tak
naprawdÄ™ nie można stwierdzić, iż jedzie siÄ™ magistralÄ… Warszawa -
Wrocław. Najpierw pomkniemy “wiedenkÄ…” do Skierniewic,
nastÄ™pnie jej odnogÄ… do Łowicza. Potem łÄ…cznicÄ… Łowicz Główny -
Łowicz PrzedmieÅ›cie wjedziemy na jednotorowy szlak do Zgierza, bÄ™dÄ…cy
trochÄ™ podupadłym fragmentem Drogi Żelaznej Warszawsko - Kaliskiej. Za
ŁodziÄ…, już dwutorowym szlakiem dawnej Kolei Kaliskiej bÄ™dziemy zdÄ…żać
do Ostrowa Wielkopolskiego. Dalej jednotorowa linia zawiedzie nas do
Grabowna Wielkiego, a przez dalszych 18 km skorzystamy z gościnności
fragmentu dawnej Drogi Żelaznej OleÅ›nicko - Gnieźnieńskiej. Za OleÅ›nicÄ…
Ratajami przy posterunku odgałÄ™źnym. Łukanów wjedziemy na szlak
do Wrocławia. Jest to 30 kilometrowy odcinek zostajÄ…cej od 1868 r. w
sferze marzeń i projektów Drogi Żelaznej Wrocławsko -
Warszawskiej. Setki zakrÄ™ceń nastawnikiem, dziesiÄ…tki hamowań; ile
trudu musi włożyć maszynista, aby tÄ™ posklecanÄ… z kilku linii
400-kilometrowÄ… trasÄ™ przejechać w piÄ™ć i pół godziny. Na
potwierdzenie moich rozmyÅ›lań słyszÄ™ znad koła:
- DziwiÄ™ siÄ™
pewnym ważnym panom, że potrafiÄ… powiedzieć: co to jest dla maszynisty
wsiÄ…Å›ć do lokomotywy, zajechać w trzy godziny “ickiem” do
Poznania, zjeÅ›ć na postoju bułkÄ™ i wrócić do domu. Niechby ci
panowie udali siÄ™ w podróż dzisiaj, ale nie
“salonkÄ…” lub “jedynkÄ…”, tylko wsiedli do
lokomotywÄ™ w taki skwar i pojechali ze mnÄ… “pod słońce” do
końca służby. Na pewno w połowie drogi zmieniliby zdanie.
- Fakt - pomyÅ›lałem - jeszcze nie było Skierniewic, a moja koszula nadaje siÄ™ do wymiany.
ChwilÄ™ potem, jakby dla zmiany nastroju, Tato mówi:
- WłaÅ›nie do
Warszawy pojechałem pierwszÄ… służbÄ™ na parowozie jako
“trzeciak”. Marian Gawlik prowadził wtedy
“BohemiÄ™”. Jeden z nielicznych pociÄ…gów,
który przez moje lata pracy zawsze kursuje mniej wiÄ™cej o tej
samej porze w niezmienionej relacji. Ten, którym jedziemy
dzisiaj, niegdyÅ› kursował do Paryża.
MiÄ™dzy Głownem a
ŁodziÄ…, na szeregu zwolnień czasowych nie ujÄ™tych w rozkładzie,
niestety, “złapaliÅ›my” 10 minut opóźnienia. Przed
Żabieńcem mija nas jadÄ…cy do Warszawy bliźniaczy
“Frankfurt” z wrocławskÄ… EU07-042. Pozdrowienia rÄ™kÄ… i
krótkie życzenia od kolegi z macierzystej lokomotywowni. Po
parominutowym postoju na Kaliskiej mknÄ…c w kierunku Kalisza
obserwowałem, jak ojciec spoglÄ…da co chwilÄ™ to na zegarek, to na
rozkład i nieustannie zerka na prÄ™dkoÅ›ciomierz. Do Sieradza
“zgubił” kilka minut. Cały wysiłek jednak poszedł na marne.
“Roztropny” dyżurny, miast wpuÅ›cić miÄ™dzynarodowy, wyprawił
przecinajÄ…cy nasz tor jazdy pociÄ…g zbiorowy w kierunku Zduńskiej Woli.
Dokładnie tyle ile zgubiliÅ›my, odstaliÅ›my pod semaforem wjazdowym w
Sieradzu. Znów przypomniał mi siÄ™ film Andrzeja Munka...
Między
Opatówkiem a Kaliszem Winiarami, przed wiaduktem drogowym ojciec
siÄ™gnÄ…ł do torby. OdwijajÄ…c z woreczka foliowego resztki chleba i
wyrzucił go przez okno. WidzÄ…c moje zdziwienie, usprawiedliwił siÄ™:
- To dla
ptaszków. Przez czterdzieÅ›ci lat na pewno je przyzwyczaiłem.
JadÄ…c z Warszawy - do domu już blisko - zawsze w tym miejscu pozbywam
siÄ™ resztek starego jedzenia. To lepsze niż wyrzucić do kubła na Å›mieci.
W Kaliszu do
lokomotywy wsiada instruktor Wiesław Misztal. BÄ™dzie z nami jechał już
do końca. To także Jego OSTATNIA JAZDA, również odchodzi na
emeryturÄ™. Odcinek do Ostrowa upływa im na wspólnych
wspomnieniach. Gdy padały z ust ojca kolejne numery lokomotyw,
przebiegła mi przez głowÄ™ myÅ›l:
- Pt47-12. Jeden plus dwa - to trzy. 131, 153, 036, 369 - wszÄ™dzie trójka. Szczęśliwa cyfra!
W Ostrowie nasz
wjazd fotografował mój brat Adam. Podczas krótkiego
postoju zrobiliÅ›my szybko parÄ™ zdjÄ™ć. Ojciec przyjÄ…ł życzenia od
synowej Aliny i gonieni przez nieubłaganie płynÄ…cy czas, ruszyliÅ›my na
ostatnie 106 km. Chciałem zadać tacie prozaiczne pytanie:
- Co czujesz, bÄ™dÄ…c tak blisko końca służby?
ObserwujÄ…c z
bratem strzałkÄ™ prÄ™dkoÅ›ciomierza, zmierzajÄ…cÄ… w kierunku 120 km/h -
zrozumiałem, jak bardzo ojciec chciał dojechać planowo. Doszedłem do
wniosku, że nie należało przeszkadzać. Gdy z bratem umawialiÅ›my siÄ™
telefonicznie na tÄ™ jazdÄ™, przyrzekliÅ›my sobie, że bez wzglÄ™du na
kolejowe nakazy i zakazy te ostatnie kilometry pojedziemy razem. Do
dziÅ› obaj darzymy wielkim szacunkiem pracÄ™, którÄ… wykonywał nasz
ojciec. Mało kto, jak właÅ›nie najbliższa rodzina maszynisty rozumie
jaki to “ciÄ™żki kawałek chleba”. Nie sposób policzyć
nocy, niedziel i Å›wiÄ…t spÄ™dzonych w domu bez mÄ™ża i ojca jak
również godzin w nerwach, gdy mijał czas powrotu ze służby, a
nie było go w domu. KiedyÅ› pierwszeństwo miały pociÄ…gi z wÄ™glem,
pasażerskie czÄ™sto stały pod semaforem.
PłynÄ™ły
minuty, ubywało kilometrów, malało opóźnienie... Przed
Grabownem Wielkim słychać w radiotelefonie:
- Szesnaście, trzy zera jazda po boku, nie chodzi zwrotnica.
Znów
nieplanowe hamowanie i w żółwim tempie mijamy tory stacyjne. Zza
nastawnika słychać tylko westchnienie:
- A moglibyÅ›my już być pod Dobroszycami.
Po krótkim
postoju w OleÅ›nicy Ratajach i miniÄ™ciu Łukanowa, wjeżdżamy na szlak
prowadzÄ…cy już prosto do Wrocławia. Przed Psim Polem po raz kolejny
odzywa siÄ™ radio:
- Włodek, widzÄ™
ciÄ™. PoÅ›piesz siÄ™, bo już na peronie koledzy siÄ™ nie mogÄ… doczekać.
Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia - kończy żartobliwie
kolega, prowadzÄ…cy w przeciwnym kierunku “Sudety”.
Tuż za stacjÄ…
nerwowe spiÄ™cie. Trzy starsze kobiety przechodziły wolno przez tory w
miejscu, gdzie nad nimi jest kładka. Nie patrzyły w stronÄ™ zbliżajÄ…cego
siÄ™ pociÄ…gu, nie reagowały na syrenÄ™. “Boki” i koło
nastawnika na zero, krótkie nagłe hamowanie..., zdÄ…żyły!!!
Znów siÄ™ komuÅ› udało.
- Tyle już tu
osób zginÄ™ło, sami sÄ…siedzi, a oni dalej niczym nie nauczeni
chodzÄ… przez to niebezpieczne miejsce. Dobrze, że niedawno minÄ™liÅ›my
zwolnienie i prÄ™dkoÅ›ć była nieduża, ale gdybym jechał ponad sto... -
komentował wydarzenie ojciec.
Nasz wjazd na
stacjÄ™ Wrocław Nadodrze i ostatni fragment drogi filmuje Lesław
Godziewski, dyspozytor z macierzystej lokomotywowni:
- Mam nagranych
wszystkich maszynistów, którzy w ostatnim czasie przeszli
na emeryturÄ™. Wspaniały to bÄ™dzie dokument dla nastÄ™pnych pokoleń.
Wolno jechaliśmy
po krÄ™tym szlaku przez miasto. Z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 40 km/h zbliżaliÅ›my siÄ™ do
stacji Wrocław Mikołajów. Bez słów patrzyliÅ›my, jak z
prawej strony wolno zbliża siÄ™ do naszego toru człowiek. Stanowcze
“bacznoś㔠zatrzymało go na chwilÄ™, po czym znów
zaczÄ…ł siÄ™ zbliżać, w końcu stanÄ…ł i patrzył w naszÄ… stronÄ™. Ojciec
rozpoczÄ…ł lekkie hamowanie, mocno trzymajÄ…c w rÄ™ku rÄ™kojeÅ›ć hamulca.
Gdy minÄ™liÅ›my człowieka, tato długo jeszcze obserwował go w lusterku,
by w końcu powiedzieć z ulgÄ…:
- Dobrze, że tylko stał.
To, z pozoru
błahe zdarzenie nie zrobiło na mnie w tamtym momencie wiÄ™kszego
wrażenia. Ale to, co przeżywał wtedy ojciec kilka minut przed
zakończeniem ostatniej służby, w pełni dotarło do mnie w czasie pisania
“Maszynisty”. W podobny sposób zachowywali siÄ™
niektórzy desperaci. Gdy potem oglÄ…dałem taÅ›mÄ™ wideo z zapisem
ostatnich kilometrów jazdy przekonałem siÄ™, że nie mogło być u
ojca innej reakcji.
Chwilę postaliśmy
jeszcze na Mikołajowie. Trzeba było przepuÅ›cić jadÄ…cy z przeciwka a
krzyżujÄ…cy siÄ™ z nami planowy Szczecin. W końcu ruszyliÅ›my. Przed nami
był już tylko Wrocław Główny.
O 18.05
wjechaliÅ›my na tor 7 przy peronie 4. Niestety, nie udało siÄ™
skrócić - mimo wielu wysiłków - tych 10 minut złapanych
przed ŁodziÄ…. Ostatnie hamowanie z pociÄ…giem. Po zatrzymaniu i dajÄ…cej
siÄ™ zauważyć króciutkiej chwili zadumy, ojciec wyszedł na peron
do oczekujÄ…cych i witajÄ…cych go kwiatami kolegów
maszynistów. WÅ›ród wielu życzeń i gratulacji,
szczególnie zapamiÄ™tałem te, wypowiedziane przez
przewodniczÄ…cego ZwiÄ…zku Zawodowego Maszynistów Lokomotywowni
Wrocław Główny, Eugeniusza Derejczyka:
- Za czterdzieÅ›ci lat twórczej pracy dla dobra Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny...
Tak, niech miarÄ…
tej twórczoÅ›ci bÄ™dÄ… miliony przejechanych kilometrów i
przewiezionych bezpiecznie do celu podróżnych.
Spokojny zjazd do szopy, został
przerwany postojem przy punkcie kontrolnym. Na odcinku spod
“kontrolnego” do szopy, siedzÄ…cy w drugiej kabinie koledzy
zrobili ojcu małego psikusa, “zabierajÄ…c sterowanie”.
- Hm, pewno chcÄ…, abym zdefektował na koniec - powiedział ojciec momentalnie usuwajÄ…c “usterkÄ™”.
Bezpośrednio
przed lokomotywowniÄ… tato sprawdził działanie SHP i zaraz potem długim
sygnałem oznajmił okolicy swój powrót z ostatniej służby.
To przede wszystkim dla żony. Nie było jej podczas powitania na peronie
ale w tym dniu miała innÄ…, bardzo ważnÄ… rolÄ™ pierwszej gospodyni
przyjÄ™cia dla witajÄ…cych ojca goÅ›ci. Z Lesławem Godziewskim
namówiliÅ›my tatÄ™ na wykonanie popularnego wÅ›ród
sympatyków kolei “fotostopu”, czyli poszliÅ›my na
balkon posterunku zwrotnicowego Wg30 - on z kamerÄ…, ja z aparatem - by
z góry uwiecznić ostatni zjazd do lokomotywowni. Gdy
obserwowaliÅ›my przez obiektywy defilujÄ…cy przed nami elektrowóz,
z pobliskiej torom Å›wietlicy dał siÄ™ słyszeć Å›miech i komentarz mamy:
- Jak dzieci! Ciekawe jak długo bÄ™dÄ… jeszcze tak tam i z powrotem jeździć.
Przed halÄ…
lokomotywowni witali ojca kolejni współpracownicy m.in.:
kierownik oddziału napraw taboru Ryszard Karsznia oraz wspólnicy
Andrzej Paluszkiewicz i Władysław Sikorski. Całkiem młode pokolenie
maszynistów reprezentował Darek Boszko i ojca nastÄ™pca na
EU07-369 Jacek Szarszewski. Gdy tato witał siÄ™ z tym ostatnim,
przekazujÄ…c mu klucze od lokomotywy i nastawnik pomyÅ›lałem, że marzyłem
kiedyÅ› o takiej sytuacji i widziałem siebie na miejscu Jacka. Ale los
nie dał mi usiÄ…Å›ć za nastawnikiem, dajÄ…c za to chÄ™ci do siÄ™gania po
pióro i aparat fotograficzny. Po powitaniu, tato wraz ze
wspólnikami Andrzejem i Władkiem, po raz ostatni wspiÄ…ł siÄ™ po
drabince do kabiny maszynisty. WpisujÄ…c w “KsiÄ…żce
pokładowej” uwagÄ™ o bezawaryjnej pracy pojazdu, jakby mimochodem
skierował uwagÄ™ do wspólników:
- Dzisiaj mnie też nie zawiodła, spisała siÄ™ na medal!
Krótko
potem razem wprowadzili pojazd pod dach lokomotywowni. Ojciec pożegnał
siÄ™ ostatecznie ze swojÄ… trzy..., szeÅ›ć..., dziewiÄ™ć... Po zdaniu
wykazu dyspozytorowi wszyscy udaliśmy się do świetlicy, gdzie tato
mógł wreszcie przywitać z naszÄ… mamÄ….
- Gdy usłyszałam długÄ… syrenÄ™, od razu wiedziałam, że to ty. Już wiÄ™cej nie bÄ™dÄ™ musiała na ciebie czekać.
W czasie
przyjÄ™cia, które szybko mijało w dobrych nastrojach na
wspomnieniach ze szlaku, Ojciec otrzymał od kolegów prezenty,
między innymi dwa zegary:
- Aby odmierzały same spokojne i szczęśliwe dni zasłużonego odpoczynku.
Od kolegów
zwiÄ…zkowców budzik, bÄ™dÄ…cy tak w kształcie, jak i w wydawanych
odgłosach parowozem, a od oddziału napraw Å›cienny z końmi, które
przypominać bÄ™dÄ…, że wiÄ™kszoÅ›ć życia spÄ™dził właÅ›nie “na
koniach”. W rewanżu każdy z uczestników spotkania otrzymał
wykonany przeze mnie “Specjalny raport z jazdy” - ostatni
(choć już nieoficjalny) dokument podpisany przez ojca jako maszynistÄ™
11. Czterdziestolecie 1957-1997
Budynek dawnej
parowozowni, późniejszej lokomotywowni Wrocław Główny
jest jedynym w swoim rodzaju obiektem w Polsce. Ogromne hale wybudowano
z myÅ›lÄ… o przeznaczeniu na cały wiek bez koniecznoÅ›ci rozbudowy.
Gdy zatrudniłem siÄ™ na kolei i pierwszy raz
przyszedłem do szopy przeraził mnie, ale jednoczeÅ›nie zafascynował
widok tylu czynnych parowozów różnego typu. Od małego
Tp4, do kolosa Pt47. Z kolejÄ… obyłem siÄ™ już co nieco w ZNTK Wrocław,
jednakże tam miałem możliwoÅ›ć oglÄ…dania lokomotyw parowych niejako
“od kuchni”. W “zetenteku” stały parowozy
zimne, uszkodzone, demontowane na części i naprawiane. Natomiast w
parowozowni wszystkie kanały były zapełniane do ostatniego miejsca
maszynami gorÄ…cymi. Pracowały obie przesuwnie. Gdy któraÅ› z
maszyn wyjeżdżała do pociÄ…gu, jej miejsce zajmowała lokomotywa
wracajÄ…ca z drogi. Wydzielona część hali zachodniej służyła do napraw
rewizyjnych parowozów własnych. Parowozy obce stały na zewnÄ…trz,
od strony wschodniej.
Podczas moich pierwszych dni pracy w parowozowni
Wrocław Główny, na jej stanie znajdowało siÄ™ kilka serii
parowozów. Podstawowymi i bardzo szanowanymi maszynami były
poÅ›pieszne Pt47. Do obsługi pociÄ…gów osobowych codziennie
wyjeżdżało kilkadziesiÄ…t Ok1. Mniej licznie wrocławskÄ… szopÄ™
reprezentowały TKt48, zatrudniane na linii Wrocław - Jelcz Miłoszyce,
gdzie na stacji zwrotnej nie było możliwoÅ›ci “obracania”
parowozu. Do pracy manewrowej kierowano Tp4. CałoÅ›ć uzupełniało kilka
Tr203, z przeznaczeniem do tzw. pracy różnej. Sporadycznie w
okresach zwiÄ™kszenia przewozów, podstawowy tabor wspomagano
parowozami Ot1 i Ol49 z Jeleniej Góry i Kłodzka. Parowozownia
prawie przez całÄ… dobÄ™ tÄ™tniła życiem. Smutne wrażenie sprawiała
jedynie w Å›rodku nocy, jak kończyło siÄ™ służbÄ™ około 2.00 wracajÄ…c
“BohemiÄ…” z MiÄ™dzylesia. WewnÄ…trz hali stały może dwa, trzy
parowozy. Był to jednak bardzo krótki okres. Porannymi pociÄ…gami
wracały z różnych stron Polski wrocławskie maszyny. Parowozownia
znów budziła siÄ™ do życia.
Rok 1957 był rokiem, w którym grono drużyn
trakcyjnych powiÄ™kszyło siÄ™ o najwiÄ™kszÄ… w historii liczbÄ™ nowo
przyjÄ™tych. PracÄ™ w parowozowni Wrocław Główny podjÄ™ło
wówczas 18 ludzi. Znam te dane, ponieważ swego czasu przy
zwiÄ…zkach zawodowych działała “rada drużyn”. Byłem jej
członkiem i kilka lat przewodniczÄ…cym. Zadaniem rady było
uczestniczenie w spotkaniach bezpoÅ›rednio dotyczÄ…cych drużyn
trakcyjnych, opiniowanie i przedstawianie propozycji awansów,
nagród, odznaczeń, przydziału kolonii dla dzieci i
wczasów rodzinnych. Przede wszystkim zaÅ› - co bardzo sobie w
owym czasie chwaliłem - służyliÅ›my fachowÄ… pomocÄ… przy układaniu
planów. BraliÅ›my udział w spotkaniach z kierownikiem trakcji i
maszynistami instruktorami, dotyczÄ…cych obsadzania drużyn na
poszczególne parowozy. Nie wszystkie propozycje dotyczÄ…ce
obiegów, czy obsad udawało siÄ™ wprowadzić, ale w wiÄ™kszoÅ›ci
przypadków słuchano nas, liczÄ…c siÄ™ ze zdaniem tych “na
dole”.
Z tych 18, tylko ja dojeździłem szczęśliwie do
emerytury - pozostali z różnych powodów “wykruszyli
siÄ™” po drodze...
Inne to były czasy. Drużyny parowozowe z Wrocławia
to była swego rodzaju Å›mietanka, składajÄ…ca siÄ™ z - bÄ™dÄ…cych wzorami do
naÅ›ladowania - przedwojennych maszynistów lwowiaków i
wilniaków oraz powojennych starszego pokolenia. Młodzi starali
siÄ™ jak najbardziej godnie, reprezentować grono pierwszych ludzi
parowozu. Dysproporcja w hierarchii stanowisk między maszynistą a
pomocnikiem była ogromna. Tam gdzie stała grupa tych pierwszych,
pomocnik nie miał prawa zbliżyć siÄ™ nawet na parÄ™ kroków. Nie
miał prawa słyszeć, o czym rozmawiajÄ… maszyniÅ›ci. Zachowywano w ten
sposób konieczny dystans w relacjach maszynista - pomocnik.
Liczono siÄ™ bardzo ze słowem maszynisty i żaden podwładny - czy w
czasie służby, czy po niej - nie Å›miał siÄ™ mu przeciwstawić. Na każdym
kroku dawało siÄ™ odczuć ogólny szacunek dla tej elity kolejowych
szlaków. Potwierdzeniem stosunków, jakie wówczas
panowały niech bÄ™dzie zdarzenie, które przeżyłem w pierwszych
latach pracy jako pomocnik.
Gdy odcinek krakowski skrócono do Gliwic,
pojechałem tam z maszynistÄ… Belottim (imienia, niestety nie pamiÄ™tam)
na parowozie Pt47-155. BÄ™dÄ…c już w parowozowni Gliwice poprosiłem
mechanika, by jak pójdzie do dyspozytora, wziÄ…ł także dla mnie
“bona na zupÄ™”. Belotti był krótko przed emeryturÄ… i
tak powiedział:
- Nie chce mi siÄ™ już dzisiaj iÅ›ć taki kawał. Masz
wykaz, idź sam do dyspozytora, załatw co trzeba, weź dla nas bony i
wracaj.
Tak też uczyniłem, ale dyspozytor zabrał mi ów wykaz mówiÄ…c:
- ChcÄ™ zobaczyć maszynistÄ™.
Wróciłem wiÄ™c na parowóz, dokładnie
powtarzajÄ…c słowo w słowo to co powiedział dyspozytor. Maszynista
wysłuchał i spokojnie odparł:
- No to idziemy razem zobaczyć dyspozytora.
W obramowaniu przepierzenia oddzielajÄ…cego
pomieszczenie, w którym przebywał dyspozytor, wszystkie szyby
były tak brudne, że aby go ujrzeć należało siÄ™ mocno schylić do małego
kwadracika bez szybki. Belotti - a był to kawał chłopa z dłońmi jak
przysłowiowe bochny chleba - stojÄ…c wyprostowany spytał, wolno cedzÄ…c
słowa:
- Słyszałem od mojego pomocnika, że chcesz mnie
widzieć, ale przez te brudne szyby to mnie na pewno nie zobaczysz.
KończÄ…c ostatnie słowo, walnÄ…ł pięściÄ… w
obramowanie, które od tego jednego uderzenia rozleciało siÄ™ w
drzazgi. MaszyniÅ›ci czekajÄ…cy w “brechauce” (tak potocznie
nazywano kiedyś pomieszczenie znajdujące się bezpośrednio przy
dyspozytorze) podczas uderzenia zerwali siÄ™ na równe nogi.
WidzÄ…c jednak, jaki maszynista był przyczynÄ… zamieszania, nie
powiedzieli ani słowa. Gdy przestały spadać na podłogÄ™ resztki
spróchniałego drzewa i potłuczonych szyb, mój mechanik
rzekł tylko:
- Teraz mnie widzisz. ProszÄ™ dać dwa bony i wykaz. Maszynista Belotti, wrocławski parowóz Pt47-155.
Dyspozytor bez słów spełnił to życzenie.
Belotti po załatwieniu i otrzymaniu tego co chciał, powiedział:
- Dobranoc.
Wyszliśmy.
WracajÄ…c do parowozu byłem trochÄ™ zaszokowany tym,
co zobaczyłem. Maszynista kazał mi jednak iÅ›ć na zupÄ™ i niczym siÄ™ nie
przejmować. Faktycznie nikt nigdy nie wrócił do tej sprawy,
choćby w najmniejszym dochodzeniu, czy wyjaÅ›nieniu. WczeÅ›niej znałem
Belottiego od innej strony. Uchodził wÅ›ród pomocników za
spokojnego, inteligentnego, przedwojennego maszynistÄ™ z zasadami. Chyba
nie mógł znieÅ›ć tego, że ktoÅ› oÅ›mielił siÄ™ podważyć jego raz
wydane polecenie. DziÅ›, gdy przywołałem z pamiÄ™ci to zdarzenie,
doszedłem (nie po raz pierwszy) do wniosku, że w tamtych czasach
maszynista to był ktoÅ›! Wszyscy liczyli siÄ™ z jego słowem, gestem.
W latach szeÅ›ćdziesiÄ…tych i siedemdziesiÄ…tych inna
była ludzka mentalnoÅ›ć. Na każdym kroku dawało siÄ™ zauważyć szacunek
dla pracownika i wykonywanej przez niego pracy, jak również
szacunek wyrażany przez pracownika dla mienia i zakładu pracy, szacunek
jednych dla drugich.
Corocznie przed wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy
organizowano zebrania. Spóźnionym nie udawało siÄ™ już dostać do
baraku, w którym siÄ™ odbywały, gdyż pomieszczenie wypełnione
było po brzegi maszynistami i ich pomocnikami. ObjaÅ›nień naczelnika
parowozowni i kierownika trakcji dotyczÄ…cych wdrożenia nowych
planów słuchano z należytÄ… powagÄ… i szacunkiem. Spostrzeżenia
oraz zmiany jakie w trakcie spotkań sugerowali maszyniÅ›ci były notowane
i - w miarÄ™ możliwoÅ›ci - nanoszono do obiegów odpowiednie
poprawki, mimo że plany i wykresy były rysowane odrÄ™cznie. W ostatnich
latach mojej pracy w PKP sala Å›wietlicy, w której odbywały siÄ™
zebrania przed nowym rozkładem Å›wieciła pustkami. Przychodziło na nie
zaledwie kilka osób. Pozostali, zniechÄ™ceni znanymi od lat
ciÄ…głymi pretensjami kierownictwa, a także widocznym brakiem
zainteresowania bezpoÅ›redniego przełożonego maszynistów po
prostu przestali na te zebrania przychodzić. Pracownik zastÄ™pujÄ…cy
kierownika, okazywał siÄ™ człowiekiem mało wyrozumiałym, w wielu
przypadkach niekompetentnym.
Po zlikwidowaniu w 1973 r. trakcji parowej w
Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny oraz zubożeniu w
nastÄ™pnych latach odcinków obsługi trakcjÄ… spalinowÄ…,
lokomotywownia zaczÄ™ła pustoszeć. Nowe pojazdy trakcyjne nie wymagajÄ…ce
tak czÄ™stej obsługi warsztatowej, coraz rzadziej goÅ›ciły pod dachem.
Wybudowany na stulecia obiekt stał siÄ™ najwiÄ™kszym w Polsce
“gołÄ™bnikiem”. NiegdyÅ› unoszÄ…ce siÄ™ ku górze dymy z
parowozowych kominów nie pozwalały na gnieżdżenie siÄ™ tych
sympatycznych, ale i uciÄ…żliwych ptaków.
Wraz z odejściem trakcji parowej i spalinowej
odchodzili również z zakładu ludzie starszego pokolenia,
maszyniÅ›ci przedwojenni oraz rozpoczynajÄ…cy karierÄ™ zawodowÄ… tuż po
wojnie. Ci, którzy podnosili ten zakład z gruzów i z
pasjÄ… uruchamiali odzyskany od okupanta tabor, organizujÄ…c pierwsze na
Ziemiach Odzyskanych połÄ…czenia kolejowe. Ich odejÅ›cie rozpoczÄ™ło
powolny proces utraty prestiżu stanowiska maszynisty, którego
dopełnił podział na tych z legitymacjÄ… partyjnÄ… i tych niosÄ…cych
sztandar z napisem “SolidarnoÅ›ć”.
Kilkanaście miesięcy po moim przejściu 31 maja 1996
r. na emeryturÄ™, obecny Zakład Taboru Wrocław Południe jako sam obiekt
przeobraził siÄ™ na korzyÅ›ć. HalÄ™ częściowo odremontowano wyposażajÄ…c w
nowoczesne ogrzewanie gazowe. Założono nowe bramy wjazdowe, mocno
przeszklone i estetycznie siÄ™ prezentujÄ…ce, zamykane oraz otwierane
automatycznie. To już postÄ™p. Zmodernizowano nie nadajÄ…ce siÄ™ do
obsługi nowoczesnego taboru płytkie kanały rewizyjne. Zelektryfikowano
Å›rodkowÄ… część hali, a także uruchomiono nowÄ…, cicho jeżdżÄ…cÄ…
przesuwniÄ™. Czasem podczas moich odwiedzin w szopie zauważam także
wiÄ™cej taboru stojÄ…cego wewnÄ…trz hali. Sprawia to już wrażenie, że nie
tylko gołÄ™bie okupujÄ… lokomotywowniÄ™.
Od 1964 r. oprócz zaangażowania zawodowego,
czynnie uczestniczyłem w życiu społecznym Parowozowni, później
Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny. Nigdy nie
interesowała mnie wielka polityka. Zajmowałem siÄ™ wyłÄ…cznie sprawami
nie wykraczajÄ…cymi poza teren mojego zakładu pracy. UczestniczÄ…c w
wielu naradach i spotkaniach starałem siÄ™ godnie reprezentować
maszynistów. ZabierajÄ…c czÄ™sto głos, nie tylko informowałem o
problemach drużyn trakcyjnych. Przedstawiałem także wiele propozycji
poprawy warunków pracy oraz poddawałem ostrej krytyce posuniÄ™cia
administracji i organizacji partyjnych, godzÄ…ce moim zdaniem w interesy
pracownika.
Nieprzejednana postawa przy reprezentowaniu
Å›rodowiska drużyn trakcyjnych spowodowała, że z czasem wybierano mnie
do władz zakładowych organizacji społecznych i partyjnych. Starałem siÄ™
należycie wywiÄ…zywać z nałożonych na mnie obowiÄ…zków. W lutym
1981 r. objÄ…łem funkcjÄ™ sekretarza zakładowej organizacji partyjnej.
Jedna z uchwał zobowiÄ…zywała mnie do sfinalizowania budowy - długo od
lat oczekiwanych kanałów rewizyjnych elektrycznych
zespołów trakcyjnych. PrzeglÄ…dy codzienne tego taboru odbywały
siÄ™ na torach stacyjnych, w błocie i nieczystoÅ›ciach. Wspólnie z
administracją lokomotywowni i maszynistą instruktorem Piotrem Trębickim
prowadziłem żmudne rozmowy z DolnoÅ›lÄ…skÄ… DOKP, która po wielu
miesiÄ…cach “wyrzucania nas drzwiami i powrotów
oknami”, wygospodarowała w końcu Å›rodki na budowÄ™ obiektu z
prawdziwego zdarzenia. W niedługim czasie rozpoczÄ™to jego realizacjÄ™.
Po wybudowaniu dwóch kanałów długich na trzy jednostki
EN57 oraz wiaty nad nimi dumny byłem, że wniosłem również
mój skromny udział przyczyniajÄ…cy siÄ™ do znacznego polepszenia
warunków pracy. Poprawiła siÄ™ jakoÅ›ć wykonywanych
przeglÄ…dów codziennych, przez to zaÅ› bezpieczeństwo jadÄ…cych nim
podróżnych i obsługujÄ…cych go ludzi.
Służba dla społeczeństwa, dla zakładu pracy i jego
załogi była celem mojej czterdziestoletniej kariery zawodowej. MyÅ›lÄ™,
że z pożytkiem wypełniłem to zadanie. ProwadzÄ…c po polskich kolejowych
szlakach pociÄ…gi pasażerskie, przewiozłem ponad 3 miliony
podróżnych. Pokonałem 60 okrÄ…żeń ziemskiego równika.
11 lutego 1997 r. brałem udział w spotkaniu
emerytowanych maszynistów zorganizowanym przez ZwiÄ…zek Zawodowy
Maszynistów Lokomotywowni Wrocław Główny. Z radoÅ›ciÄ…
spotkałem na nim mojego pierwszego maszynistÄ™ Mariana Gawlika,
który gratulował mi - tak jak ja jemu przed laty - szczęśliwego
zakończenia ostatniej służby. Mimo sÄ™dziwego wieku trzyma siÄ™ bardzo
dobrze. ŻyczÄ™ wszystkim maszynistom - tym co przede mnÄ… pożegnali siÄ™ z
lokomotywÄ… jak i tym, których nieubłaganymi prawami natury czeka
kiedyÅ› zasłużony odpoczynek - abyÅ›my mogli corocznie w jak najszerszym
gronie zasiÄ…Å›ć przy okazji takich spotkań do stołu i wspominać z
satysfakcjÄ… syk pary, gang diesla, szum przetwornic, miarowy stukot
kół pociÄ…gu...
Dziś pisząc te wspomnienia po odejściu na emeryturę
niejednokrotnie rozmyślam, dlaczego nie ciągnie mnie do tej pracy,
którÄ… tak lubiłem i wykonywałem przez 40 lat z wielkim
szacunkiem. Jedynym wytłumaczeniem jakie mi przychodzi na myÅ›l jest to,
że organizacja pracy i przemiany jakie nastÄ…piły na kolei, nie poszły
po mojej myÅ›li. SÄ… nie do przyjÄ™cia dla - jakby nie było -
“starego maszynisty” z zasadami. Jednak? Gdy widzÄ™
przejeżdżajÄ…cy pociÄ…g zawsze przez chwilÄ™ przebiega mi przyjemna myÅ›l,
że kiedyÅ› ja również byłem tym, co prowadził lokomotywÄ™ na czele
składu. Mam ogromny szacunek dla ludzi w kabinach. MyÅ›lami bÄ™dÄ…c razem
z Nimi, zawsze życzÄ™ na odległoÅ›ć:
-ABYŚ KOLEGO SZCZĘŚLIWIE WRÓCIŁ DO DOMU ...
Dariusz R. Dołubizno
Suwałki, kwiecień 1997
Powrot do poczÄ…tku