1. Wstęp

    KtoÅ› kto kocha kolej, nigdy nie przejdzie obojÄ™tnie obok stojÄ…cego przy składzie, pozornie uÅ›pionego elektrowozu. Wyciszonym na zewnÄ…trz szumem wirujÄ…cych przetwornic - które nieustannÄ… pracÄ… dajÄ… przyjemny chłód silnikom trakcyjnym - oznajmia otoczeniu, że w każdej chwili gotów jest drgnÄ…ć i jak koń spiÄ™ty ostrogami z coraz wiÄ™kszym impetem pociÄ…gnÄ…ć za sobÄ… w dal sznur wagonów.
    Ostatnimi laty coraz liczniej pojawiajÄ…ce siÄ™ monograficzne publikacje, starajÄ… siÄ™ coraz dokładniej ukazywać historiÄ™ i dzień dzisiejszy żelaznych szlaków, stacji i wÄ™złów kolejowych, serii taboru a nawet dokładnych życiorysów poszczególnych jej egzemplarzy. Jednakże we  wszystkich opracowaniach ich autorzy zdajÄ… siÄ™ zapominać o rzeczy najważniejszej: że poÅ›ród tej plÄ…taniny torów, rozwieszonej trakcji, feerii Å›wiateł, przemykajÄ…cych pociÄ…gów od lat zawsze najważniejszy był, jest i bÄ™dzie CZŁOWIEK. Człowiek, który przez dziesiÄ™ciolecia kształtowały wizerunek stacji, parowozowni, szlaków jaki dziÅ› dane jest nam obserwować.
    Pomysł “Maszynisty” zrodził siÄ™ w moich myÅ›lach w dniu 31 maja 1996 roku. W tym dniu mój Ojciec Włodzimierz Dołubizno po raz ostatni zasiadł za nastawnikiem elektrowozu.
    Z chwilÄ… wykonania przez Ojca ostatniego hamowania z pociÄ…giem, poczułem ogromnÄ… radoÅ›ć ale jednoczeÅ›nie i ulgÄ™, że 40-letnia kariera zawodowa “na kołach” zakończyła siÄ™ szczęśliwie. GrupÄ™ zawodowÄ… jakÄ… sÄ… maszyniÅ›ci, charakteryzuje spoÅ›ród wszystkich kolejowych stanowisk bodaj najwiÄ™ksze ryzyko podczas wykonywania czynnoÅ›ci służbowych. Mimo, iż kolej uważana jest za jeden z najbezpieczniejszych Å›rodków transportu, jednak wypadki (od których żaden rodzaj komunikacji zbiorowej uchronić siÄ™ nie może) przeważnie sÄ… bardzo poważne w skutkach. Nieustannie zbierajÄ… one wÅ›ród drużyn trakcyjnych tragiczne żniwo. Może dlatego, że zawsze dużym piÄ™tnem odbijały siÄ™ na mnie wiadomoÅ›ci o takich wydarzeniach, postanowiłem z niekłamanÄ… radoÅ›ciÄ… oznajmić Å›wiatu, iż mój Ojciec przeprowadził szczęśliwie wszystkie swoje pociÄ…gi. Oznajmić niejako w hołdzie dla tej garstki maszynistów i ich pomocników, którym przez okrutny los nie dane było dotrzeć do celu podróży. Ich służby zakończyły siÄ™ w lesie, na łuku, wÅ›ród bezdroży, gdzieÅ› miÄ™dzy stacjami...
    Ojciec odszedł na emeryturÄ™ z Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny jako ostatni maszynista posiadajÄ…cy prawo kierowania wszystkich rodzajów trakcji: parowej, spalinowej i elektrycznej. Po nim już nikt nie może poszczycić siÄ™ takim osiÄ…gniÄ™ciem.
    Niejednokrotnie u nas w domu czy na przyjÄ™ciu zorganizowanym po zakończeniu ostatniej jazdy byłem Å›wiadkiem barwnych wspomnień ze szlaku. Uważałem za konieczne uchronić je od zatarcia, zapomnienia, pozostawić ten kawałek historii dla nastÄ™pnych pokoleń. CieszÄ™ siÄ™, że w przyszłoÅ›ci moi synowie bÄ™dÄ… mogli poczytać o Dziadku, który kiedyÅ› był maszynistÄ….
    Ojciec z poczÄ…tku wzbraniał siÄ™ od rozpoczÄ™cia pisania wspomnień, powÄ…tpiewajÄ…c w możliwoÅ›ci odgrzebania z pamiÄ™ci tego, co mogłoby okazać siÄ™ ciekawe. Wysłałem do Niego list z szeregiem pytań, potem nastÄ™pne. Z radoÅ›ciÄ… po jakimÅ› czasie wyjÄ…łem z pocztowej skrzynki pierwszÄ… partiÄ™ materiału i po kilkukrotnym przeczytaniu z zapartym tchem sporej iloÅ›ci zapisanych kartek stwierdziłem, że: “To jest to”!
    UkładajÄ…c spisane przez Ojca wydarzenia w całoÅ›ć, niejednokrotnie zastanawiałem siÄ™ do kogo zaadresować naszÄ… pracÄ™. Na pewno nie przede wszystkim do maszynistów, bo trudno jest adresować do kogoÅ› opowieÅ›ć o nim samym. ZnajÄ…c tÄ™ grupÄ™ zawodowÄ… nie mogÄ™ siÄ™ oprzeć różnym wrażeniom jakie odbieram. Spotykałem wypowiadane przez maszynistów opinie, że: “...w zasadzie o naszym zawodzie niewiele można napisać...”. Ale zdarzali siÄ™ i tacy, którzy twierdzili o: “...istnieniu na kolei takiego fenomenu, jakim jest prowadzÄ…cy pociÄ…g maszynista...”. Dla niektórych wiÄ™c “Maszynista” może być tylko codziennÄ… prozÄ… życia...
    Choć tytuł sugeruje co innego, nie jest to ksiÄ…żka tylko o jednym człowieku. StaraliÅ›my siÄ™ w miarÄ™ szeroko ukazać Å›rodowisko wrocławskich maszynistów: ludzi, tradycje, upodobania, stosunki i zmiany, które zaszły na przestrzeni kilkudziesiÄ™ciu lat. Być może niektórym wÄ…tkom można zarzucić nutÄ™ subiektywizmu, niewÄ…tpliwie jednak nawet takie spojrzenie może być cennym uzupełnieniem historii zakładu pracy.
    Z poczÄ…tku myÅ›lałem także, że błÄ™dem byłoby adresowanie tej ksiÄ…żki dla ludzi, którzy nigdy w kabinie maszynisty nie byli, nie czuli atmosfery pÄ™du i umykajÄ…cych - pod dolnÄ… krawÄ™dziÄ… czołowego okna - torów, a kolej znajÄ… wyłÄ…cznie ze sporadycznych wyjazdów do rodziny i na wczasy. TraktujÄ…cych jazdÄ™ pociÄ…giem jako koniecznoÅ›ć, nie zaÅ› przyjemnoÅ›ć. Po namyÅ›le jednak stwierdziłem, że tacy właÅ›nie “niedzielni” podróżni mogliby siÄ™ okazać właÅ›ciwym odbiorcÄ…. Bo tak naprawdÄ™ wiedzÄ… oni po podróży tylko tyle, że maszynista prowadził pociÄ…g... i już.
Wiem za to na pewno, że poczucia straconego  czasu  po  zakończeniu  lektury  nie bÄ™dÄ… mieli sympatycy kolei i podobni do mnie pasjonaci zawodu maszynisty.
    Gdy w styczniu 1997 roku rozpoczÄ…łem wstÄ™pne prace nad szkicem “Maszynisty”, czytajÄ…c pierwszÄ… garÅ›ć wspomnień Ojca z poczÄ…tkowego okresu kariery zawodowej, oraz przypatrujÄ…c siÄ™ zmianom na kolei nie mogłem oprzeć siÄ™ smutnym refleksjom, że wraz z odejÅ›ciem Taty na emeryturÄ™ nastÄ…pił zmierzch wielkiej tradycji. Zawód maszynisty w moich oczach stracił to “coÅ›”, co pociÄ…gało mnie w nim od lat. WiÄ™kszoÅ›ć maszynistów odeszła ze swych planowych lokomotyw; zakłady taboru rozpoczÄ™ły stosowanie “jazd amerykańskich” na krótszych niż dotÄ…d odcinkach. Któż wiÄ™c z jeżdżÄ…cych dziÅ› maszynistów - gdy za parÄ™ lat być może zechce zrealizować podobny do mojego pomysł - bÄ™dzie mógł z satysfakcjÄ… stwierdzić: “...dbaliÅ›my o naszÄ… lokomotywÄ™, jak o swojÄ… własnoÅ›ć”, “...na mojej planowej maszynie pokonywałem najdalszÄ… trasÄ™” czy “...mój pojazd służył mi bez przerwy kilkanaÅ›cie lat”? Tradycje i upodobania maszynistów, wyniesione w wiÄ™kszoÅ›ci z trakcji parowej gdzie: “...mój parowóz Å›wiadczył o mnie”, zaczÄ™ły powoli zanikać wraz z regresem trakcji parowej, odejÅ›ciem na zasłużony odpoczynek maszynistów przedwojennych i zastÄ™powaniem ich przez młodÄ… kadrÄ™. Jeszcze gdzieniegdzie w małych szopach, mocne tradycje trwajÄ… a tamtejsze lokomotywy jakby na przekór amerykańskim jazdom dajÄ… przykład dbałoÅ›ci drużyn trakcyjnych o tabor.
    Wyrażam osobistÄ… nadziejÄ™, że to co obserwujÄ™ obecnie jest tylko okresem  przejÅ›ciowym, że kiedyÅ› maszynista odzyska z powrotem to “coÅ›” fascynujÄ…ce mnie od najmłodszych lat. I oby nastÄ…piło to jak najszybciej, gdyż aby zburzyć potrzeba chwili; na odbudowÄ™ lata...
    Zapraszam wiÄ™c do budki parowozu oraz kabin lokomotyw spalinowych i elektrycznych na wspólnÄ… podróż przez lata z moim Ojcem, maszynistÄ… Włodzimierzem Dołubizno.
                                 

2. Droga na kolej

    PoczÄ…tek - jak i w wielu podobnych przypadkach - doÅ›ć banalny. W młodzieńczych latach, gdy przebywałem u babci w Średnicy koło Szepietowa (linia Warszawa - Białystok) czÄ™sto przypatrywałem siÄ™  jadÄ…cym pociÄ…gom. Fascynowały mnie sapiÄ…ce z wysiłku, buchajÄ…ce dymem parowozy. Wtedy właÅ›nie zapragnÄ…łem zostać kolejarzem - oczywiÅ›cie najlepiej maszynistÄ….
    Po ukończeniu w 1954 r. szkoły podstawowej pracowałem w UrzÄ™dzie Gminy Domanowo jako goniec. Po jedenastu okolicznych wioskach roznosiłem przesyłki pocztowe. Pewnego razu, gdy sortowałem kolejnÄ… korespondencjÄ™, natrafiłem na “Przewodnik po szkołach zawodowych w Polsce”. Wybrałem dwa adresy i nie mówiÄ…c nic rodzicom napisałem do szkół przy ZNTK Łapy i ZNTK Wrocław. Po jakimÅ› czasie z pierwszej dostałem odpowiedź odmownÄ… - brak miejsc. Natomiast z Wrocławia napisano, że zostałem przyjÄ™ty a co najważniejsze zapewniono mi internat. Rodzicom powiedziałem o wyjeździe dopiero dwa dni przed faktem. Gdy siÄ™ dowiedzieli, lamentom nie było końca. Nie dlatego, że chcÄ™ siÄ™ uczyć i być maszynistÄ…. Bardziej obawiali siÄ™ dużej odległoÅ›ci i niepewnych czasów. WielkÄ… niewiadomÄ… były Ziemie Odzyskane i sam Wrocław. Postawiłem jednak na swoim. Zebrałem wszystkie skromne oszczÄ™dnoÅ›ci, rodzice również wsparli tÄ™ dalekÄ… podróż. Do stacji w Szepietowie było 20 kilometrów. Przemierzyłem je pieszo.
Gdy wysiadłem z pociÄ…gu we Wrocławiu i ujrzałem ruiny miasta, prawie zapłakałem: Gdzie ja siÄ™ znalazłem? Okazało siÄ™ jednak, że takich jak ja było kilku. SzliÅ›my w tym samym kierunku dawnÄ… ulicÄ… Świerczewskiego, ŚwidnickÄ…, przez Rynek do Chrobrego. Tylko gdzieniegdzie stał cały budynek, a w niektórych miejscach ciÄ™żko było przejÅ›ć przez zasypane ulice. Po rozpoczÄ™ciu nauki czÄ™sto chodziliÅ›my je odgruzowywać i wybierać cegły, które wywożono do odbudowy Warszawy. Z biegiem czasu, czujÄ…c siÄ™ już Wrocławianinem, patrzyłem z satysfakcjÄ… jak moje miasto budzi siÄ™ do życia. Miło wspominam z tamtych lat czÄ™ste zabawy na powietrzu. Było biednie, ale wesoło.
    Po ukończeniu szkoły niestety nie dostałem pracy w parowozowni Wrocław Główny, gdyż była tzw. blokada przyjÄ™ć. Poznałem jednak ówczesnego kierownika trakcji Józefa BurÄ™, który obiecał powiadomić mnie, jak tylko przyjÄ™cia zostanÄ… odblokowane. Wróciłem do rodzinnego Domanowa. W styczniu 1957 r. otrzymałem wreszcie długo oczekiwany list z Wrocławia. Miałem jak najszybciej przyjechać. W ten sposób ponownie znalazłem siÄ™ nad OdrÄ…, już na stałe. Do chwili załatwienia pracy w PKP, dach nad głowÄ… zapewnił znajomy wychowawca z internatu Zdzisław Patrzałek. Styczeń upłynÄ…ł na załatwianiu formalnoÅ›ci zwiÄ…zanych z przyjÄ™ciem na kolej. Wreszcie otrzymałem upragniony angaż, zapewniajÄ…cy pracÄ™ w drużynach trakcyjnych parowozowni Wrocław Główny.

3. Pierwsze służby

   Dnia 31 stycznia 1957 r. odbyłem pierwszÄ… służbÄ™ jako trzeciak. Parowóz  Pt47-116 z maszynistÄ… Marianem Gawlikiem i pomocnikiem Stanisławem DzielÄ™dziakiem prowadził pociÄ…g nr 6103 “Bohemia” relacji Praga - Warszawa. Teoretycznie do jazdy byłem bardzo dobrze przygotowany. W szkole szczególnie przykładałem siÄ™ do zdobycia wiadomoÅ›ci o parowozie i jego budowie. Ponadto dużo pracowałem przy naprawach we wrocławskich ZNTK. CzÄ™sto chodziłem do zakładowej kotłowni, gdzie były kotły od parowozów serii Ty2. Palacze chÄ™tnie pozwalali zarzucać palenisko. Była to doskonała praktyka. CzÄ™sto jeździłem parowozami na próby w dniu po naprawach. Również wtedy palacze chÄ™tnie dawali palić przyszłemu adeptowi trudnej i odpowiedzialnej sztuki prowadzenia parowozu.
    Nie byłem wiÄ™c nowicjuszem, jednak parowóz poÅ›pieszny jakże inny od tych, które spotykałem w ZNTK wywarł na mnie ogromne wrażenie. Duże koła, daleka trasa pociÄ…giem poÅ›piesznym, odpowiedzialna praca nocÄ… - wszystko to powodowało niesamowite wrażenie, trudne po latach do opisania. PamiÄ™tam dokładnie instruktaż udzielony przed jazdÄ… przez Gawlika: w jaki sposób mam siÄ™ zachowywać i co należy do obowiÄ…zków trzeciaka. Maszynista zrobił to tak, że - mimo iż praca przewidziana dla mnie była znikoma - poczułem siÄ™ bardzo potrzebny, wrÄ™cz niezbÄ™dny do prawidłowego funkcjonowania zespołu drużyny parowozowej pociÄ…gu poÅ›piesznego.

    SwojÄ… pracÄ™ wykonywałem wiÄ™c niezwykle sumiennie. Czy trzeba było, czy nie, zamiatałem podłogÄ™ po każdym zadawkowaniu paleniska przez pomocnika. Jazda do Warszawy była wówczas prawie dwukrotnie dłuższa niż obecnie. Trwała prawie 10 godzin. Zapas wody uzupełniano na stacjach Ostrów Wielkopolski, Sieradz, Łódź Kaliska i Sochaczew. Kilkakrotnie, gdy zachodziła koniecznoÅ›ć, “przerabiało” siÄ™ piec. Z Gawlikiem zrobiłem jeszcze kilka służb na Pt47-116. Gdy jechaliÅ›my osobowym do Łodzi Kaliskiej o 11.00, to prawie całÄ… drogÄ™ pomocnik prowadził pociÄ…g. Maszynista siedział po lewej stronie, ja zaÅ› obsługiwałem palenisko, słuchajÄ…c uważnie jego fachowych rad. ChwalÄ…c od czasu do czasu mojÄ… pracÄ™, powodował jeszcze wiÄ™kszy do niej zapał i zadowolenie z tego co wykonywałem.
    Krótko potem trafiłem na parowóz Pt47-73 do maszynisty Kazimierza Mińskiego. Jego pomocnikiem był Michał DÄ…browski. Odbyłem kilka służb do Szczecina Głównego przez ZielonÄ… GórÄ™, i do Krakowa. Te pierwsze były szczególnie ciÄ™żkie. Linia była jednotorowa. Podróż trwała ponad 12 godzin. U kresu jazdÄ™ utrudniało “oblatywanie” pociÄ…gu na stacji Szczecin DÄ…bie, skÄ…d do Głównego jechało siÄ™ tendrem naprzód. Służba do Krakowa była dużo lżejsza, oczywiÅ›cie ze wzglÄ™du na krótszy czas jazdy. Za to przejazd pociÄ…gami przez Górny ŚlÄ…sk sprawiał przygnÄ™biajÄ…ce wrażenie. W Å›limaczym tempie, z prÄ™dkoÅ›ciÄ… nie przekraczajÄ…cÄ… 30 km/h po zatłoczonych pociÄ…gami torach,  przemierzało  siÄ™  niesamowicie  zadymione i zniszczone miasta.
    MiesiÄ…c później zgłosiłem siÄ™ na planowÄ… służbÄ™ do Krakowa. Ale na pociÄ…g osobowy do Bytomia nie przyszedł pomocnik. WiÄ™c dyspozytor polecił mi właÅ›nie tam pojechać zastÄ™pujÄ…c kolegÄ™. Gdy zaszedłem na parowóz Pt47-23 do maszynisty Kubalskiego, ten nie za bardzo chciał wyruszyć w drogÄ™ z takim młokosem. Ale Gawlik, z którym miałem jechać do Krakowa powiedział tylko:
- Bierz go, a nie bÄ™dziesz żałował. Jeszcze nie bÄ™dziesz chciał Włodka oddać.
    I tak siÄ™ stało! Z “Dziadkiem” (był krótko przed emeryturÄ…), jeździłem prawie cztery miesiÄ…ce co drugi dzień służby do Bytomia. W miÄ™dzyczasie, 18 lutego 1957 r. zdałem egzamin na palacza parowozowego. Gdy Pt47-23 odstawiono do naprawy, zostałem pomocnikiem do wynajÄ™cia. Po wprowadzeniu nowego rozkładu jazdy skrócono najdłuższe odcinki obsługi wrocławskich parowozów - warszawski do Łodzi, natomiast szczeciński do Zielonej Góry. Długo pomocnikiem bez planowej maszyny nie byłem, gdyż przypomniał sobie o mnie Miński. Był dobrym fachowcem i nauczycielem, czego, niestety nie można było powiedzieć o wspólniku, człowieku bardzo konfliktowym. Z tego też powodu, gdy wrócił z naprawy Pt47-23 znalazłem siÄ™ znowu u Kubalskiego. DrugÄ… drużynÄ™ na tym parowozie tworzyli maszynista Jan Uszak i pomocnik Lesław Ciołek. W takim składzie jeździliÅ›my do października 1958 r., Wtedy na dwa lata rozstałem siÄ™ z kolejÄ…. Powołano mnie do wojska.

4. Przejście na prawą stronę

    Po ukończeniu służby wojskowej rozpoczynajÄ…c pracÄ™ 3 listopada 1960 r. ponownie trafiłem do Mińskiego jako pomocnik. StanowiliÅ›my wtedy drużynÄ™ parowozu Pt47-82. Naszymi zmiennikami byli: maszynista Edward Kondzielski i pomocnik Waldemar Gryglas. “OsiemdziesiÄ…tka dwójka” była wtedy “na łopatÄ™”, co powodowało trudnoÅ›ci w utrzymaniu na tej maszynie planowych pomocników. W owym czasie sporo parowozów jeździło już z urzÄ…dzeniem podajÄ…cym wÄ™giel czyli ze stokerem. Mój maszynista był wymagajÄ…cy, dbał o czystoÅ›ć na parowozie, nie lubił brudasów - nie wszystkim to siÄ™ podobało. Mimo iż zazdroÅ›ciłem pomocnikom jeżdżÄ…cym na parowozach ze stokerem, cieszyłem siÄ™ ze swojego maszynisty. Miński był fachowcem doskonale znajÄ…cym sztukÄ™ prowadzenia parowozu. Należał do grona tych starych mechaników, z których zdaniem liczyło siÄ™ bardzo wielu. Nie żałowałem decyzji przyjÅ›cia na ten trudny parowóz. Maszynista, jakby rekompensujÄ…c niedostatki techniczne pojazdu - mimo iż nie należało to do jego obowiÄ…zków - w miarÄ™ możliwoÅ›ci pomagał w wielu ciÄ™żkich czynnoÅ›ciach.
    W 1961 r. przed wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy, odstawiliÅ›my Pt47-82 do ZNTK Bydgoszcz. W zamian odebraliÅ›my Pt47-12. W drodze powrotnej mieliÅ›my z mechanikiem na jego temat odmienne zdania. Dla mnie pomocnika ogromna frajda - wreszcie parowóz ze stokerem. Natomiast Miński trochÄ™ krÄ™cił nosem, gdyż według niego wadÄ… było wyposażenie pojazdu w tender serii 27D48 tzw. trumnÄ™. Mechanicy  nie  lubili  tych  konstrukcji,  ponieważ nie wiadomo z jakiej przyczyny czÄ™sto wytapiały siÄ™ w nich panewki osiowe. Udało mi siÄ™ jednak namówić maszynistów i zostaliÅ›my na tym parowozie.
    W czasie jednej z pierwszych służb na “dwunastce”, przeżyliÅ›my z Mińskim zabawnÄ… historiÄ™. PojechaliÅ›my do Legnicy. Na obrócenie parowozu wysłano nas na trójkÄ…t: Miłkowice, Złotoryja, Chojnów. JadÄ…c tendrem do przodu w stronÄ™ Chojnowa, na łuku, ni stÄ…d ni z zowÄ…d, znalazł siÄ™ na przejeździe wóz drabiniasty. Powoli staczał siÄ™ po nierównoÅ›ciach, ale mimo nagłego hamowania, rÄ…bnÄ™liÅ›my tendrem w furÄ™. Odrzuciło jÄ… na bok. Przestraszony koń wyprzÄ…gł siÄ™ od wozu i pognał w wysokÄ… trawÄ™. StanÄ™liÅ›my. Cały parowóz w sianie. PobiegliÅ›my do fury i dookoła szukaliÅ›my  woźnicy. Ani Å›ladu! W końcu zaczÄ™liÅ›my zwalać z wozu to, co na nim zostało.
    Po pewnym czasie podjechał do nas człowiek na koniu. Już z daleka krzyczał:
    - Panowie, co wy robicie!? Po co zwalacie to siano!?
    - Był wypadek - odpowiedział Miński. - Szukamy woźnicy, pomóż pan.
    - To moje siano!
    - Co z tego, że pańskie! - odkrzyknÄ…łem. - Szukamy człowieka, niech pan nam pomoże!
    I zwalamy dalej, a facet spokojnie stoi obok. Gdy fura była prawie pusta, pierwszy zaskoczył Miński:
    - Pana siano, to może pan jechał tym wozem?
    - Tak - odparł spokojnie. Koń odczepił siÄ™ od wozu, a ja zaplÄ…tałem siÄ™ w lejce i nim siÄ™ uspokoił, trochÄ™ przeciÄ…gnÄ…ł mnie po trawie.
    No tak! Trawa wysoka i widzieliÅ›my tylko uciekajÄ…cego konia. A potem, zajÄ™ci mocno szukaniem człowieka, by udzielić mu pomocy, nie zwróciliÅ›my uwagi, że przybysz dotarł na koniu, z uprzÄ™żÄ… nie do jazdy wierzchem.
    OchrzaniliÅ›my faceta za nieostrożnÄ… jazdÄ™. Szczęśliwi jednak, że człowiekowi nic siÄ™ nie stało, Å›miejÄ…c siÄ™ z siebie, poszliÅ›my dalej zwalać siano. Tym razem z parowozu.
    W okresie letnim bardzo czÄ™sto jeździłem pociÄ…gami sezonowymi, tzw. wycieczkowymi. PrzyjÄ™to wtedy zasadÄ™, że na te pociÄ…gi maszyniÅ›ci mogli dobierać sobie pomocników lub można siÄ™ było zgłaszać dobrowolnie. Owe bardzo długie służby (Warszawa, Gdynia, Szczecin) nie miały wziÄ™cia u pomocników. Bo albo żonaty, albo ma siÄ™ w najbliższym czasie żenić, albo dziecko chore - wymigiwali siÄ™ od tych jazd wszelkimi możliwymi sposobami. Ja byłem jeszcze kawalerem i fascynowały mnie dalekie trasy, wiÄ™c chÄ™tnie zgłaszałem siÄ™ na pociÄ…gi wycieczkowe. Najczęściej jeździli nimi maszyniÅ›ci: Zbigniew Konopacki na Pt47-140, Jan Uszak na Pt47-23 oraz Adam Wurm na Pt47-118.
    Dobrych i chÄ™tnych pomocników kierowano do pracy szczególnej, jakÄ… była służba drużyny trakcyjnej prowadzÄ…cej pociÄ…gi osobowe nadzwyczajne specjalnego znaczenia (tzw. ponsz). Wyznaczano do nich parowozy, które starannie przygotowywane, odmalowane i wyczyszczone do połysku, stały w hali za ogrodzeniem. W owym czasie do prowadzenia “ponszów” zatrudniano Pt47-21. PierwszÄ… takÄ… jazdÄ™ odbyłem z Wrocławia do MiÄ™dzylesia, drugÄ… do Krakowa. W obu przypadkach parowóz prowadził maszynista Dionizy Witkowski.
    Z krakowskÄ… służbÄ… wiÄ…że siÄ™ pewna historia tak zabawna, jak i przykra. Przed każdym “ponszem” powinien jechać - w odstÄ™pie czasu odbiegowego - “luzak”. Z Opola Groszowic puszczono przed nami Ok1. Skierowano go przez KÄ™dzierzyn Koźle, nas natomiast - przez Strzelce Opolskie. Nie przeczuwajÄ…c niczego jechaliÅ›my pociÄ…giem zgodnie z planem, natomiast “luzak” utknÄ…ł gdzieÅ› miÄ™dzy KÄ™dzierzynem Koźle a Gliwicami. Dopiero w Katowicach zorientowano siÄ™, że Ok1 miast jechać przed nami jako pilot, goni “ponsza” i... dogonić nie może. Finałem sprawy było odsuniÄ™cie za ten “incydent” maszynisty Mieczysława Gilarskiego od jazdy po “prawej stronie” przez szeÅ›ć miesiÄ™cy. Ucierpiała osoba najmniej za pomyłkÄ™ odpowiedzialna.
    W taki sposób jeździłem z Mińskim (z krótkimi przerwami) do chwili skierowania mnie na kurs maszynistów. Po jego ukończeniu i otrzymaniu 24 wrzeÅ›nia 1962 r. prawa kierowania parowozem, jeszcze przez pewien czas jeździłem jako pomocnik na “dwunastce”. Trudno mi dziÅ› przypomnieć sobie kiedy pełniłem takÄ… naprawdÄ™ pierwszÄ… samodzielnÄ… służbÄ™ jako maszynista. Nie było to od razu na planowej maszynie. Gdy brakowało gdzieÅ› maszynisty, to zatrudniano mnie tam na krótki okres, po czym wracałem na swój planowy parowóz jako pomocnik. Najczęściej kierowano mnie wtedy na przetoki osobowe lub towarowe wykonywane parowozami Tp4 i Tr203 lub na pociÄ…gi osobowe obsługiwane przez Ok1 do Rawicza, Opola, Dzierżoniowa, Jaworzyny ŚlÄ…skiej, Ścinawy, Legnicy i Nysy. Po odejÅ›ciu  na emeryturÄ™ Edwarda Kondzielskiego z Pt47-12 z protekcji mojego maszynisty Kazimierza Mińskiego stałem siÄ™ jego wspólnikiem. Uleciało mi z pamiÄ™ci, kto został pomocnikiem na moje miejsce. Do mnie natomiast za pomocnika trafił Arkadiusz Dawidowicz. Tak zaczÄ™ła siÄ™ moja przygoda jako maszynisty pasażerskich pociÄ…gów dalekobieżnych.
PoczÄ…tkowe służby na Pt47-12 upływały spokojnie. Jednak po jakimÅ› czasie zaczÄ…ł mnie przeÅ›ladować pech i z przyczyn niezależnych ode mnie co rusz “nawalałem” pociÄ…gi.
    Pierwsze przykre zdarzenie miałem prowadzÄ…c z Poznania pociÄ…g poÅ›pieszny Gdynia - Jelenia Góra. Od Rawicza parowóz przestał robić parÄ™. Pod Obornikami ŚlÄ…skimi stałem na szlaku ponad godzinÄ™ w celu wytworzenia odpowiedniej iloÅ›ci pary i w sumie “dołożyłem” pociÄ…g na ponad 90 minut. Po przyjeździe do Wrocławia, czekajÄ…cy na peronie Miński solidnie mnie zbeształ, natomiast naczelnik szopy zdjÄ…ł z maszynisty na pomocnika. Nikt nie chciał uwierzyć, że parowóz podczas jazdy przy otwartej przepustnicy “nie robi pary”.
Miński wziÄ…ł wiÄ™c naszÄ… “dwunastkÄ™” i pojechał do Poznania. W podobny sposób nawalił pociÄ…g. Ale doÅ›wiadczony maszynista szybko rozpoznał już na trasie tego przyczynÄ™. W poznańskiej parowozowni wykonano stosownÄ… naprawÄ™. PrzyczynÄ… usterki było wypadniÄ™cie noża rozsiekacza w dyszy wylotowej komina. Po napisaniu wyjaÅ›nienia przez Mińskiego przywrócono mnie do jazdy jako maszynistÄ™.
    Po kilku spokojnych służbach - znów pech. Jechałem z Jeleniej Góry pociÄ…giem kolonijnym. RuszajÄ…c spod semafora na Grabiszynie urwałem główny korbowód w ramie. Znów opóźnienie i jeszcze dobrze nie przyjechałem, a już mnie zdjÄ™to. Po oglÄ™dzinach okazało siÄ™ jednak, że korbowód miał od wewnÄ™trznej strony stare pÄ™kniÄ™cie. CofniÄ™to pochopnie wydanÄ… decyzjÄ™.
    Najbardziej przykrym wydarzeniem, jakie mnie spotkało w pierwszych miesiÄ…cach prowadzenia parowozu Pt47-12 była służba we wrzeÅ›niu 1963 r. Wracałem z Poznania “dziubolem” (tak nazywaliÅ›my pociÄ…g BrzeÅ›ć - Legnica). MijajÄ…c stacjÄ™ Wrocław Popowice wytopiły siÄ™ obie główne panewki korbowe i obie główne panewki wiÄ…zarowe. Potworne wrażenie zrobił wjazd pociÄ…gu pod dach hali we Wrocławiu. Ludzie w panice uciekali do drugiej krawÄ™dzi peronu, myÅ›lÄ…c zapewne, że maszyna zaraz siÄ™ rozleci - taki był ogromny huk i łomot. Zanim siÄ™ zatrzymałem, stało już grono maszynistów starszych i młodszych. Część z nich współczuła. Nie brakowało jednak takich, którzy Å›miejÄ…c siÄ™ pokpiwali, że: “protegowany Mińskiego jest już skończony”. Byłem kompletnie załamany, łzy same płyneły do oczu. Kolejny jednak raz wspólnik mnie nie zawiódł i wziÄ…ł w obronÄ™. PrzyczynÄ™ tak ciÄ™żkiego uszkodzenia parowozu widział w trudnych warunkach atmosferycznych, jakie panowały podczas jazdy. Ogromna wichura niosÄ…ca tumany piachu, spowodowała dostanie siÄ™ go do mechanizmów. Tylko jedno krótkie planowe zatrzymanie - w Lesznie - uniemożliwiało dokonanie oglÄ™dzin podwozia i przesmarowanie mechanizmów biegowych.
    Po tym wydarzeniu fatum, jakie dotÄ…d czÄ™sto mnie przeÅ›ladowało, ustÄ…piło. Dalsze służby i miesiÄ…ce upływały spokojnie, a ja nabierałem koniecznego doÅ›wiadczenia i rutyny. Po odstawieniu parowozu Pt47-12 do ZNTK Bydgoszcz pod koniec listopada 1963 r., drogi - moja i mojego nauczyciela fachu maszynisty Kazimierza Mińskiego - zaczÄ™ły siÄ™ rozchodzić. On wrócił na swój Pt47-82. Jeździłem z nim jeszcze miesiÄ…c jako wspólnik, ale gdy nadszedł czas odbioru Pt47-12, rozstaliÅ›my siÄ™ definitywnie.
    Moim nowym wspólnikiem został Eugeniusz Biadoń, a naszymi pomocnikami: moim dalej Arkadiusz Dawidowicz, a zmiennika mój brat Stanisław Dołubizno, który przywÄ™drował za mnÄ… z dalekiego Domanowa. Podobnie jak ja, on też pragnÄ…ł być w dzieciństwie maszynistÄ…. W takim zespole pracowaliÅ›my do końca października 1967 roku.
    Ekipa była bardzo zgrana. Mimo iż Stasiek formalnie był przypisany jako pomocnik Gienka, czÄ™sto - choć było to zakazane - jako bracia jeździliÅ›my razem. Nikt z administracji, czy z dyspozytorów nie robił nam problemów. MieliÅ›my tylko nie dać siÄ™ złapać. W razie kontroli, bez zmrużenia oka twierdziliÅ›my, że to tylko zbieżnoÅ›ć nazwisk. Wiele razy, zwłaszcza gdy zbliżały siÄ™ Å›wiÄ™ta ustalaliÅ›my, że po ostatnim przedÅ›wiÄ…tecznym przeglÄ…dzie okresowym bÄ™dzie zamiana pomocników. Nam maszynistom, nie robiło różnicy, z którym z bÄ™dziemy jechać. Obaj byli bardzo sumienni. Ponadto, bardzo czÄ™sto chodziliÅ›my wtedy do pracy. Nawet co kilka godzin. Wiadomo było, że w czasie Å›wiÄ…t i tak praca nas nie ominie. WoleliÅ›my ten czas spÄ™dzić razem. Wspólne Å›wiÄ…teczne służby traktowaliÅ›my bez żadnych ulg. Tak jak każdÄ… innÄ…. Po spotkaniu na parowozie, składaliÅ›my sobie życzenia i... “wio, za łopatÄ™!”.
    W zasadzie nasze wszystkie służby, czy w ŚwiÄ™ta, czy w Sylwestra, wspominać możemy jak... jednÄ… służbÄ™. Zawsze jechaliÅ›my do Bogatyni.
    W 1964 r. kupiłem motor. Nowiutkiego “Junaka”. DziÅ› mogÄ™ stwierdzić, że odmienił on moje życie.
    Gdy kończyłem pracÄ™ i parowóz miał przyjmować Gienek, czÄ™sto zajeżdżałem po niego do domu i zawoziłem do szopy. W połowie czerwca, tradycyjnie po służbie, pojechałem do Biadoniów. Gienek pakował torbÄ™, Biadoniowa krzÄ…tała siÄ™ po domu. Ale była tam jeszcze jedna osoba. Emilia, córka sÄ…siadów “przez Å›cianÄ™”. Spodobała mi siÄ™. OdtÄ…d zajeżdżałem na DworcowÄ… już nie tylko po wspólnika.
    Krótko po naszym poznaniu, Mila zaczełam przychodzić na stacjÄ™, gdy w dzień zaczynałem lub kończyłem służbÄ™. KiedyÅ› bÄ™dÄ…c jeszcze dzieckiem, na perony przyprowadzał jÄ… ojciec, też kolejarz. Panicznie bała siÄ™ wtedy parowozu. Nazywała je “smoluchami” i podczas wjazdu pociÄ…gów uciekała schodami do tunelu. PrzychodzÄ…c do mnie, Å›miała siÄ™, że musi siÄ™ do nich przyzwyczaić, aby wyjÅ›ć za mÄ…ż za “smolucha”.
    Ślub cywilny wziÄ™liÅ›my 20 sierpnia tegoż roku. Moim Å›wiadkiem był Arek Dawidowicz. Z koÅ›cielnym zaczekaliÅ›my do ŚwiÄ…t Bożego Narodzenia. Tradycyjnie w Å›wiÄ™ta Gienek pracował z Arkiem, wiÄ™c moim Å›wiadkiem był Stasiek.
    2 lutego 1966 r. urodził siÄ™ Darek. Z poczÄ…tku był niemiłosiernym beksÄ…, wiÄ™c czÄ™sto zdarzało siÄ™, że dobrze wypoczÄ…łem dopiero w noclegowniach na stacjach zwrotnych. Gdy miał kilka lat okazało siÄ™, że chyba po swojej mamie, także odziedziczył strach przed parowozem. Co prawda, nie uciekał do tunelu, ale o podejÅ›ciu do maszyny czy przywitaniu siÄ™ z umorusanym tatÄ… nie było mowy. Za to lubił grzebać w mojej torbie, gdy wracałem do domu. Stawiałem jÄ… w przedpokoju, a Darek po kolei zanosił do kuchni pusty termos, resztki jedzenia, słoiki, woreczki. CzÄ™sto znajdował także “niespodzianki”:
- O, gołÄ…bki! - krzyczał, wyciÄ…gajÄ…c z torby bażanty lub kuropatwy.
Najczęściej było to zimÄ… i po kieleckich służbach. Ptaki szukały nie oÅ›nieżonych miejsc i gnieździły siÄ™ na torach. Podrywały siÄ™ do lotu tuż przed parowozem i potem znajdowałem kilka sztuk, zaczepionych o elementy czołownicy. Pierwszy raz przyniosłem do domu z obawÄ…, czy aby razem z tymi ptakami nie wygoniÄ… mnie za drzwi. Rosół jednak okazał siÄ™ bardzo smaczny, a i udko do drugiego dania było wyÅ›mienite.
    1 listopada 1967 r. skierowano mnie na kurs maszynistów trakcji spalinowej. Po jego ukończeniu 31 maja 1968 r., wróciłem na Pt47-12; skład brygady został bez zmian. W kwietniu 1968 r. mój pomocnik został skierowany na kurs maszynistów trakcji parowej. Przydzielono mi nowego pomocnika, dużo starszego ode mnie. Szybko okazało siÄ™, co po odejÅ›ciu Arka straciłem. “Nowy” był słaby. Żaden maszynista nie chciał z nim jeździć. On zaÅ› bardzo chciał być w drużynach na Pt47. Niestety, po kilku miesiÄ…cach napisałem raport, by zabrano go na Ok1, bo nie doÅ›ć że słabo palił, to ciÄ…gle trzeba go było budzić, aby “dał do pieca”. Kierownik trakcji tylko czekał na taki raport i skierował pomocnika do pracy bardziej odpowiadajÄ…cej chÄ™ciom i możliwoÅ›ciom, jakie posiadał. Na jego miejsce przyszedł młody, poczÄ…tkujÄ…cy pomocnik Marian Tyburski. W przeciwieństwie do poprzednika, ten miał chÄ™ci i ogromny zapał do pracy, szybko wiÄ™c stał siÄ™ dobrym i wartoÅ›ciowym współpracownikiem. W dobrej atmosferze drużyn naszego parowozu zdałem siÄ™ powoli na dobre zapomnieć o owym pechu, jaki towarzyszył mi w pierwszych jazdach, gdy dzierżyłem drÄ…żek przepustnicy. Nikt nie jest jednak do końca wolny od kłopotów i nieprzewidywalnych zdarzeń.
    Na poczÄ…tku maja 1969 r. przeżyłem na Pt47-12 jednÄ… z najniebezpieczniejszych historii jako maszynista. ProwadzÄ…c z Tyburskim miÄ™dzynarodowy pociÄ…g poÅ›pieszny Kraków - Erfurt, na szlaku MiÄ™kinia - Środa ŚlÄ…ska przy rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci 100 km/h wyskoczył z szyn pierwszy wózek tendra. Nagłe hamowanie! Pełen tender wody i wÄ™gla. Podskakiwanie wózka po podkładach spowodowało urwanie wszystkich sztyc resorowych. Pod naporem wÄ™gla pÄ™kły drewniane zastawy przy tendrze w budce maszynisty. Nim siÄ™ zatrzymaliÅ›my zsypało siÄ™ go do budki tyle, że ledwie starczyło miejsca dla nas. WychodziliÅ›my oknami, gdyż drzwi zostały dokładnie zasypane.
    MiesiÄ…c po wykolejeniu zaczÄ…łem siÄ™ obawiać, czy fatum do mnie nie wróciło. W czasie ruszania tym samym pociÄ…giem ze Zgorzelca do Görlitz, pÄ™kła Å›ruba przy klinie głównego korbowodu. Przestraszeni ogromnym hukiem przy wjeżdżaniu pod dach peronów w Görlitz niemieccy celnicy i żołnierze w pierwszej chwili myÅ›leli (jak potem tłumaczyli), że chcÄ™ wysadzić dworzec. Za ten “incydent” chciano nas zaprowadzić do aresztu. Na szczęście nie doszło do tego. W parowozowni Görlitz niemieccy rzemieÅ›lnicy dokładnie dorobili uszkodzony element, choć z wielkim trudem. Ledwie zdÄ…żyliÅ›my na nasz planowy pociÄ…g.
Po paru dniach u naczelnika parowozowni Wrocław Główny na dywaniku musiałem siÄ™ grubo za to tłumaczyć, gdyż po solidnej naprawie, przyszedł solidny rachunek do zapłacenia.
Każde przekroczenie granicy na Nysie Łużyckiej zawsze wywoływało u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony ogromna ciekawoÅ›ć. Magiczny moment przejazdu przez most graniczny, za którym witała nas odmienna od polskiej sygnalizacja kolejowa, duży i lepiej zadbany od zgorzeleckiego, dworzec. KorzystaliÅ›my też z możliwoÅ›ci stumetrowego spaceru od dworca, aby chociaż trochÄ™ poznać miasto. Tylko na tyle pozwalały nasze przepustki. Jednak z drugiej strony, doÅ›ć Å›wieże były przykre wspomnienia II wojny Å›wiatowej, które - pomimo iż byłem wtedy małym dzieckiem - mocno wryły siÄ™ w pamiÄ™ci.
GdzieÅ› na poczÄ…tku 1963 roku, w czasie jednej z pierwszych służb do Görlitz gdy zostałem maszynistÄ…, miało miejsce zdarzenie po którym mogłaby to być moja ostatnia jazda do NRD.
Było jeszcze sporo czasu do odjazdu naszego pociÄ…gu, który mieliÅ›my prowadzić do Polski, gdy do parowozu podeszło kilku oficerów niemieckich. Jeden z nich, mowÄ… podobnÄ… do gwary Å›lÄ…skiej poprosił o pokazanie działania stokera. Uzyskawszy moje przyzwolenie weszli do budki. Kilka minut trwało zanim pomocnik uruchomił stoker i ogień w palenisku rozpalił siÄ™ na dobre. Patrzyli z coraz wiÄ™kszym zachwytem, głoÅ›no potwierdzanym znanymi powszechnie:
- Ja..., gut...!
WidzÄ…c, jak upajajÄ… siÄ™ widokiem coraz wiÄ™kszych płomieni, naraz przyszło mi do głowy skojarzenie, które zanim dobrze pomyÅ›lałem, samo wyrwało siÄ™ z ust. NaÅ›ladujÄ…c mowÄ™ oficera - “ŚlÄ…zaka” krzyknÄ…łem:
- Jo pierona, jak w Oświęcimiu!
Jak to usłyszeli oficerowie niemieccy, szybko spojrzeli po sobie i jak rażeni “pieronem”, jeden przez drugiego poczÄ™li wyskakiwać z budki. Został tylko “ŚlÄ…zak”, który pokazujÄ…c na drzwi, rzucił ze złoÅ›ciÄ…:
- Na “komando”!
Poszedłem. “Komando” okazało siÄ™ być jednym z pomieszczeń na peronie, w którym “ŚlÄ…zak” zaczÄ…ł mnie uÅ›wiadamiać, że postÄ…piłem bardzo źle, bo dzisiejsze Niemcy demokratyczne, to nie to samo, co hitlerowskie. Zdawałem sobie sprawÄ™, że mówiÄ…c cokolwiek mógłbym tylko pogorszyć swojÄ… sytuacjÄ™. Jednak odważyłem siÄ™ bronić, gdy zauważyłem stojÄ…cÄ… za oknem grupkÄ™ żołnierzy:
- Do tych chyba też jeszcze nie dotarło, że to już Niemcy demokratyczne. ZachowujÄ… siÄ™ tak samo jak ci, którzy podczas wojny przyszli do naszego gospodarstwa i niszczyli znalezione żarna. Otoczyli dom, stajÄ…c w rozkroku i bujajÄ…c siÄ™ na flekach. Tak ich wtedy zapamiÄ™tałem i tak samo stojÄ…cych widzÄ™ dziÅ›.
“ŚlÄ…zak” popatrzył tam gdzie ja, zaklÄ…ł szpetnie, oddał mi “ausweiss” i bez słowa palcem pokazał drzwi.
Po powrocie do Polski, czekałem z obawÄ… na wezwanie do naczelnika na dywanik. Znów jednak pojechałem do Görlitz, potem jeszcze raz, potem nastÄ™pne... Starałem siÄ™ wtedy już nie zwracać uwagi na to, co mnie za pierwszymi razami drażniło. Z czasem pomyÅ›lałem, że to taki “folklor”, potem wszystko normalniało. Ale jeszcze przez długi czas, gdy “ŚlÄ…zak” zmierzajÄ…c wzdłuż peronu w stronÄ™ mojego parowozu na kontrolÄ™ z daleka rozpoznał mnie w okienku, groził rÄ™kÄ… i ... zawracał.
Do NRD jeździłem tylko do Görlitz oraz tranzytem przez mały odcinek ich terytorium w drodze do Bogatyni. BiegnÄ…ca wzdłuż Nysy Łużyckiej trasa, miÄ™dzy stacjami Bratków Zgorzelecki a Turoszów natrafiała na ostry przełom tej granicznej rzeki. PrzejeżdżajÄ…c przez pierwszy most wkraczaliÅ›my na teren NRD, by po około 300 metrach jazdy wzdłuż siatki i pokonaniu kolejnej przeprawy znaleźć siÄ™ z powrotem w Polsce.
    W Görlitz - z chwilÄ… odczepienia parowozu od składu - wszystkie manewry wykonywane były pod okiem niemieckiego pilota. Na przedzie parowozu jechał z nami do parowozowni, gdzie obracaliÅ›my maszynÄ™, aby nastÄ™pnie udać siÄ™ do specjalnie wyznaczonego dla naszych parowozów miejsca oczekiwania na pociÄ…g do Polski. Pod żadnym pozorem nie można było samodzielnie poruszać siÄ™ po niemieckiej stacji.
    Kilkakrotnie też przekraczałem granicÄ™ z ówczesnÄ… CzechosłowacjÄ…. Nie były to jednak, jak w przypadku służb do Niemiec, jazdy planowe. Pierwszy raz południowÄ… granicÄ™ Polski przekroczyłem w sierpniu 1957 r. na parowozie Pt47-23, prowadzonym przez maszynistÄ™ Jana Uszaka. DostaliÅ›my polecenie zawiezienia celników do stacji Lichkov. Oprócz celników jechało z nami także dwóch wopistów. Po zatrzymaniu siÄ™ w Lichkov chciałem zejÅ›ć z parowozu i zobaczyć, jak wyglÄ…da tamtejsza stacja. Niestety, wopiÅ›ci zagrodzili nam zejÅ›cia z budki, ponieważ nie mieliÅ›my przepustek. Jako młodzieniec ciekawy Å›wiata nie mogłem za bardzo pojÄ…ć takiego zachowania, zaczÄ…łem siÄ™ trochÄ™ buntować i gdyby nie stanowczy “rozkaz” maszynisty przywołujÄ…cy mnie do porzÄ…dku niechybnie napytałbym sobie biedy. Dziwne to były wtedy czasy. Wystarczyło spojrzeć trochÄ™ nie tak i kłopoty gotowe.
Później, gdy - abyÅ›my siÄ™ “nie nudzili” w czasie postoju w MiÄ™dzylesiu - zatrudniano nas przez służbÄ™ drogowÄ… na szlaku do Lichkov, też zawsze jechał z nami wopista “pilnujÄ…cy” na Å›rodku toru granicy, z gotowym do strzału karabinem. Gdy zostałem maszynistÄ…, a pociÄ…gi do Pragi stawały siÄ™ coraz ciÄ™ższe, czÄ™sto wypychaliÅ›my “czecha” ku granicy. Już bez wopisty na parowozie... Dostawałem rozkaz do danego kilometra, po czym wracaliÅ›my do MiÄ™dzylesia.
    Oprócz historii zabawnych, ciekawych, niebezpiecznych czy przykrych, szczególnie utkwiło mi w pamiÄ™ci jeszcze jedno zdarzenie.
Miało to miejsce we wrzeÅ›niu 1969 r. JadÄ…c pociÄ…giem osobowym z Kielc, po otrzymaniu od kierownika pociÄ…gu sygnału odjazdu z przystanku Podlesie, ruszyłem w dalszÄ… drogÄ™. Po krótkiej chwili zobaczyłem, jak w oddali biegł doÅ›ć nieporadnie człowiek. Nie rozpÄ™dzałem pociÄ…gu. Gdy podjechaliÅ›my bliżej, okazało siÄ™, że była to kobieta z małym dzieckiem na rÄ™ku. KrzyknÄ…łem, czy chce jechać. WidzÄ…c, jak z trudem łapie powietrze, na wszelki wypadek zatrzymałem pociÄ…g. Natychmiast pootwierały siÄ™ okna i drzwi. Ciekawscy badali co siÄ™ stało. CzyjeÅ› rÄ™ce odebrały dziecko i pomogły wsiÄ…Å›ć wyczerpanej kobiecie. Na stacji Turów miałem pierwsze spiÄ™cie z kontrolerem, który jechał tym składem. Dlaczego dodatkowo siÄ™ zatrzymałem? Nie rozumiałem jego pretensji, gdyż widziałem, jak obserwował z pierwszego wagonu całÄ… sytuacjÄ™ i znał przyczynÄ™ zatrzymania w Podlesiu. Rychło jednak ruszyliÅ›my z Turowa. Finał tej sprawy przeniósł siÄ™ do CzÄ™stochowy. Kobieta, dla której zatrzymałem siÄ™ w Podlesiu podeszła i nie kryjÄ…c ciepłych słów długo nam dziÄ™kowała. Natomiast kontroler i kierownik pociÄ…gu grożÄ…c pisaniem raportów i obiecujÄ…c solennie odsuniÄ™cie od dalszych jazd, doprowadzili do tego, że gdyby nie dwaj pasażerowie, doszło by pewnie do rÄ™koczynów. Jak siÄ™ okazało po chwili, byli to panowie, którzy pomogli kobiecie wsiÄ…Å›ć do pociÄ…gu. Przedstawili siÄ™ jako prokurator i asystent prokuratora. Pierwszy powiedział, że bardziej należÄ… mi siÄ™ słowa uznania za ten czyn niż jakiejkolwiek nagany. Matka jechała z ciÄ™żko chorym dzieckiem do lekarza. Gdy kontroler i kierownik pociÄ…gu usłyszeli, kim sÄ… ci dwaj pasażerowie, nieco spuÅ›cili z tonu. Prokurator przyrzekł jednak, że tak tej sprawy nie zostawi. Po jakimÅ› czasie dowiedziałem siÄ™, że kontroler i kierownik pociÄ…gu zostali ukarani zdjÄ™ciem ze swoich stanowisk na niższe, za wulgarne odnoszenie siÄ™ do maszynisty i pomocnika.
    Od niemal dwóch lat miałem już w rÄ™ku prawo kierowania spalinowymi pojazdami trakcyjnymi. Powoli zbliżał siÄ™ zmierzch trakcji parowej. Przyszedł czas zamiany budki maszynisty parowozu na wygodnÄ…, przeszklonÄ… kabinÄ™ lokomotywy spalinowej.

5. Na spalinowkach

    W 1970 r. lokomotywownia Wrocław Główny przejÄ™ła od Ostrowa Wielkopolskiego wszystkie pociÄ…gi warszawskie. JednoczeÅ›nie do naszej szopy zaczÄ™ły przychodzić lokomotywy serii ST43. Mnie i maszynistÄ™ Zygmunta Przekwasa zabrano wtedy z trakcji parowej na spalinowÄ…, przydzielajÄ…c ST43-131 z lokomotywowni Wrocław Brochów. Nie od razu jednak dane nam było obsadzić tÄ™ maszynÄ™. Bardzo pechowÄ… miała ostatniÄ… służbÄ™ w barwach jednostki brochowskiej. Tamtejszy maszynista biorÄ…c pociÄ…g “piaskowy” ze stacji Okmiany nie sprawdził dokładnie działania hamulców. Już na szlaku w kierunku Chojnowa (jazda po doÅ›ć dużym spadku), jak to siÄ™ mawia wÅ›ród maszynistów: “nie miał czym hamować”. W Chojnowie skład skierowano na tor boczny, który zakończony był zwrotnicÄ… kierujÄ…cÄ… na ławÄ™ piaskowÄ… z uporem. Zaraz za nim kończyła siÄ™ skarpa. W efekcie ST43-131 po rozbiciu kozła oporowego, pchana jeszcze przez ładowne wagony towarowe stoczyła siÄ™ z wysokoÅ›ci prawie jednego piÄ™tra. Po tym wypadku skierowano jÄ… do ZNTK Poznań. Nam zaÅ› przydzielono na pewien okres ST43-179 z lokomotywowni Szczecin Wzgórze Hetmańskie.
    Krótko po jej przyprowadzeniu do Wrocławia miałem pierwsze - i jak siÄ™ później okazało nie ostatnie - spiÄ™cie z maszynistÄ… instruktorem trakcji spalinowej. Obejrzał obie kabiny, w których nie zaaprobował jedynie przyklejonych na Å›rodkowych słupkach okiennych, obrazków Matki Boskiej CzÄ™stochowskiej.
    - Nie ja je powiesiłem, wiÄ™c także ja ich nie zdejmÄ™ - odparłem, co bardzo nie spodobało siÄ™ instruktorowi.
Aby jednak uchronić wizerunki przed podobnymi ludźmi, odchodzÄ…c z tej lokomotywy po około czterech miesiÄ…cach, delikatnie jeden oderwałem. Cały czas woziłem go ze sobÄ… w kalendarzu, przekładajÄ…c co rok do nowego i tak do ostatniej służby na PKP.
    Gdy zaczÄ™liÅ›my ponownie jeździć pociÄ…gami do Warszawy, zazdroÅ›ni maszyniÅ›ci ostrowscy robili nam “kawały”. Najczęściej zakrÄ™cali rÄ™czne hamulce w wagonach, abyÅ›my opóźniali pociÄ…gi. CzyniÄ…c w ten sposób, mieli chyba nadziejÄ™ na ich - przynajmniej niektórych - odzyskanie. Gdy to nie pomogło, na peronach zaczÄ™li pojawiać siÄ™ miejscowi instruktorzy, pilnie wypatrujÄ…cy usterek podwozia. Gdy zauważyli byle błahostkÄ™, polecali wypiÄ™cie lokomotywy ze składu robiÄ…c defekt maszyny, aby poprowadzić pociÄ…g dalej swoim taborem z własnÄ… obsadÄ…. Tak wystawili maszynistÄ™ Janusza Lewickiego na ST43-120. Krótko potem padło na mnie. ProwadzÄ…c miÄ™dzynarodowy pociÄ…g z Frankfurtu nad Menem do Warszawy przy wjeździe na stacjÄ™ w Ostrowie Wielkopolskim ujrzałem na końcu peronu jednego z ostrowskich instruktorów. Szybko obszedł lokomotywÄ™ dookoła i kazał siÄ™ wypinać “na przekrzywionÄ… belkÄ™ bujakowÄ…”. Zszedłem i ja obejrzeć podwozie. Owszem belka bujakowa była ustawiona nieco pod kÄ…tem jednak moim zdaniem niczemu to nie zagrażało. WidzÄ…c twardÄ… postawÄ™, instruktor nie dopuÅ›cił do odjazdu pociÄ…gu oznajmiajÄ…c kierownikowi iż jestem pijany i wezwał funkcjonariuszy MO oraz SOK. Nic to nie pomogło. Ci stwierdzili mojÄ… trzeźwoÅ›ć i jak szybko siÄ™ pojawili, tak szybko poszli. Potem nie można było wypuÅ›cić pociÄ…gu na szlak i cała ta zabawa trwała około 70 minut. Instruktor nie dał jednak za wygranÄ…. Tak jak siÄ™ odgrażał - podczas gdy ja bez przeszkód poprowadziłem pociÄ…g do Warszawy i szczęśliwie wróciłem - narobił sporo zamieszania. Gdy po przyjeździe do Wrocławia zgłaszałem siÄ™ na punkcie kontrolnym, czekał na mnie nasz maszynista instruktor Stanisław Steciuk. Bezpardonowo wyrzucił moje rzeczy osobiste z lokomotywy i sam zjechał spod “kontrolnego” do szopy. Ja natomiast musiałem iÅ›ć pieszo. Sporo nerwów i wyjaÅ›nień kosztowała mnie ta sprawa, ale kierownictwo lokomotywowni, znajÄ…c z opowiadań innych maszynistów sytuacjÄ™ na stacji w Ostrowie Wielkopolskim, wziÄ™ło mojÄ… stronÄ™.
    Po około czterech miesiÄ…cach odebraliÅ›my z ZNTK Poznań naprawionÄ… ST43-131, która na długo stała siÄ™ dla mnie i Zygmunta wspólnym warsztatem. Nasza współpraca układała siÄ™ od poczÄ…tku bardzo dobrze, byliÅ›my zgranÄ… ekipÄ…. DbaliÅ›my o naszÄ… maszynÄ™ - była najczyÅ›ciejszÄ… lokomotywÄ… we Wrocławiu. Z tego też powodu bardzo czÄ™sto, nawet po kilka miesiÄ™cy pod rzÄ…d przydzielano nas razem z ST43-131 wyłÄ…cznie do obsługi ekspresu “Odra”. Opłacił siÄ™ wiÄ™c wysiłek przy utrzymaniu lokomotywy w nienagannym wyglÄ…dzie. Był to chyba najprzyjemniejszy okres pracy na “rumunie”. ProwadziliÅ›my prestiżowy pociÄ…g, a poznajÄ…c dokładnie szlak, każde wzniesienie, spadek, każdÄ… “dziurÄ™” w torze i lokomotywÄ™ jak własnÄ… kieszeń, robiliÅ›my najwiÄ™ksze oszczÄ™dnoÅ›ci paliwa i oleju. W tamtych czasach miało to niebagatelne znaczenie i rodziło uznanie wÅ›ród przełożonych.
    WiÄ™kszoÅ›ć maszynistów chwaliła rumuńskie lokomotywy. Z każdym pociÄ…giem, nawet na trudnych górskich trasach Dolnego ŚlÄ…ska, nie było problemów z utrzymaniem zgodnego z rozkładem czasu jazdy. Nie od razu jednak - jakby nie dowierzajÄ…c zdolnoÅ›ciom nowej trakcji - puszczano spalinówki na wszystkie trasy. Także nie sprzyjało temu konserwatywne, “parowozowe” grono zarzÄ…du trakcji w DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP.
Szlakiem o trudnym profilu była linia Wrocław - MiÄ™dzylesie. We wrzeÅ›niu 1971 r. polecono mi pojechać tam na próbÄ™ lokomotywÄ… ST43-131. Miałem prowadzić pociÄ…g 1603 Warszawa - Praga. Gdy czekałem “pod tarczÄ…” na przyjazd składu, doczepiono mi salonkÄ™, którÄ… wybrali siÄ™ doÅ›ć licznie przedstawiciele DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP by sprawdzić, jak “rumun” spisze siÄ™ na górskiej trasie w jesiennych warunkach. Mimo iż brutto pociÄ…gu przekraczało 600 ton, na każdej stacji byłem przed planem. MiÄ™dzylesie osiÄ…gnÄ…łem 12 minut przed rozkładowym czasem przyjazdu, przewidzianego dla parowozów serii Pt47. Po zatrzymaniu na peron powychodzili pasażerowie dyrekcyjnej salonki. Prawie wszyscy byli jednomyÅ›lni, że “rumun” niezaprzeczalnie pokazał swÄ… wyższoÅ›ć nad najlepszym nawet parowozem. Jedynym niezadowolonym był stary “parowoziarz”, pan Adam Chryncewicz. Skwitował jazdÄ™ krótko, zaciÄ…gajÄ…c z wileńskim akcentem:
    - Nu tak! Wszystko piÄ™knie, ale brak dymu i tego zapachu...
    Romantyzm jazdy parowozem jest oczywiÅ›cie niezaprzeczalny, ale ja wspominajÄ…c owÄ… jazdÄ™ mam nieco inne porównanie. Na “rumunie” w drodze do MiÄ™dzylesia - jak to mówiÄ… maszyniÅ›ci - nie było co robić. Natomiast na parowozie, i przy takim brutcie, była niezła gimnastyka od poczÄ…tku do końca służby. Do tego dochodził nabór wody w Kłodzku. A leciała ona do tendra jak przysłowiowa krew z nosa. Dlatego maszyniÅ›ci czÄ™sto decydowali siÄ™ na uzupełnianie wody w Kamieńcu ZÄ…bkowickim, gdzie ciÅ›nienie było duże. Tak siÄ™ jechało, aby dotrzeć na tÄ™ stacjÄ™ parÄ™ minut przed czasem. Wydłużało siÄ™ postój o dwie, trzy minuty. Przy sprzyjajÄ…cych warunkach w Kłodzku byliÅ›my planowo. A jak nawet siÄ™ nie udało to i tak nie trzeba siÄ™ było bawić, aby złapać do tendra tych parÄ™ kropel, w czasie o wiele dłuższego - przewidzianego rozkładem - postoju. Nie pomagały raporty, proÅ›by i monity, aby przesunÄ…ć rozkładowy nabór wody z Kłodzka do Kamieńca. Efekt był odwrotny. Znalazł siÄ™ ktoÅ› roztropny i... żuraw w Kamieńcu zamkniÄ™to przed wrocławskimi maszynami na kłódkÄ™. No, ale od czego były na parowozie kilof, młotek i przecinak...?
    Bez wody na kolei ani rusz. Nawet przy prowadzeniu pociÄ…gu nowoczeÅ›niejszymi i sprawniejszymi lokomotywami niż parowóz. ST43, mimo iż w pierwszych latach swojej służby na PKP wykorzystywane były czÄ™sto do prowadzenia pociÄ…gów pasażerskich, sÄ… przeznaczone do służby towarowej. Z tego powodu nie majÄ… urzÄ…dzenia do ogrzewania składu. W sezonie zimowym brutto prowadzonych pociÄ…gów zwiÄ™kszało siÄ™ przeto o wagon ogrzewczy. Specjalnych problemów z “parnikami” nie było. Jedynie podczas dużych mrozów i intensywnego ogrzewania nastÄ™powało na niektórych stacjach drobne zakłócenie planowego postoju, powodowane koniecznoÅ›ciÄ… uzupełnienia zapasu wody. Przykładowo jadÄ…c z Warszawy, w Ostrowie Wielkopolskim trzeba było po wymianie podróżnych podciÄ…gnÄ…ć nieco skład, gdyż w długich pociÄ…gach “parniki” znajdowały siÄ™ w Å›rodku, natomiast w ekspresie “Odra” na końcu. Było trochÄ™ kłopotu, ale stwarzało też pewien komfort. Maszynista nie był odpowiedzialny za ogrzewanie składu, obsługa wagonów ogrzewczych należała do wagonowni.
    Ostre i Å›nieżne zimy, jakich wówczas nie brakowało, dawały siÄ™ jednak we znaki. W grudniu 1972 r. jechałem “Sudetami” do Warszawy. Zaraz za Wrocławiem - zamieć. Mimo tego, utrzymujÄ…c prÄ™dkoÅ›ć jakoÅ› jechałem. Przed posterunkiem odgałÄ™źnym Łukanów zatrzymało mnie czerwone Å›wiatło semafora. Nie było wtedy łÄ…cznoÅ›ci radiowej miÄ™dzy posterunkami ruchu a maszynistÄ…, wiÄ™c nie znałem przyczyny postoju. Po około godzinie, gdy przez moment słabiej sypało, ujrzałem w oddali człowieka przy zwrotnicy. Odgarniał Å›nieg. Poszedł w końcu do nastawni i po jakimÅ› czasie znów siÄ™ pojawił. I tak kilka razy. DomyÅ›liłem siÄ™ wtedy, że dyżurny ruchu jest sam na służbie. Po odgarniÄ™ciu Å›niegu szedł przestawiać zwrotnicÄ™. Nim dotarł do budynku, zwrotnica była znów zasypana. MinÄ™ła jeszcze jedna godzina. W końcu na semaforze pojawiła siÄ™ “wolna droga”. Obawiałem siÄ™, czy ruszÄ™, ponieważ kół nie było już widać spod Å›niegu, ale powoli udało mi siÄ™ opuÅ›cić Łukanów. Jechałem niemal po omacku, jedynie na nasypach prowadziłem pociÄ…g w miarÄ™ pewnie. Przed Ostrowem Wielkopolskim, koło Topoli wjechałem w zaspÄ™. PrÄ™dkoÅ›ć zaczÄ™ła szybko spadać. Z niepokojem obserwowałem mierniki na pulpicie i Å›nieg, szybko zakrywajÄ…cy czołowe szyby. Przy 20 km/h pomyÅ›lałem, że już nie wytrzymajÄ… przekaźniki nadmiarowe. A wtedy niechybnie bym stanÄ…ł na amen. Na szczęście prÄ™dkoÅ›ć powoli zaczÄ™ła rosnÄ…ć.
    Wycieraczki miałem cały czas włÄ…czone. Ale po miniÄ™ciu zaspy, nie odgarniały Å›niegu z przednich okien. By cokolwiek widzieć, otworzyłem boczne okienko i powoli wjeżdżałem do Ostrowa. Na stacji okazało siÄ™, że w zaspie “zabrało” wycieraczki, wiÄ™c rÄ™cznie oczyÅ›ciłem okna. Ponieważ by mi było wstyd defektować “na wycieraczki” (i do tego w Ostrowie, gdzie nieraz próbowano nas wypinać bez powodów), ruszyłem dalej. Podczas jazdy Å›nieg szybko zaklejał przednie szyby. Otwierałem wtedy boczne okno i - niczym na parowozie - obserwowałem szlak. Na szczęście powoli przestawało padać.
    Przyszła wiosna. Wraz z niÄ… ŚwiÄ™ta Wielkanocne. W niedzielÄ™, o czwartej rano, przyjechałem “Karkonoszami” z Łodzi. Niedawno dostaliÅ›my mieszkanie i chcieliÅ›my z MilÄ… urzÄ…dzić pierwsze Å›wiÄ…teczne wielkanocne Å›niadanie u nas, zapraszajÄ…c jej rodziców. Plan ułożył siÄ™ wyjÄ…tkowo po naszej myÅ›li. Zygmunt szybko mnie zmienił i poszedłem do domu, złapać chociaż parÄ™ godzin snu. O dziesiÄ…tej przyszli teÅ›ciowie. Nie zdÄ…żyliÅ›my siÄ™ podzielić jajkiem - dzwonek do drzwi. Mila poszła otworzyć i wróciła z marsowÄ… minÄ…:
    - Włodek, ktoÅ› do ciebie.
    W drzwiach stał dyrektor rejonu Stanisław Wójcik:
    - Panie Włodku! Bardzo pana proszÄ™: czy nie pojechałby pan o 12.00 do Łodzi? Nie ma kto jechać i pociÄ…g bÄ™dzie stał!
    Nie potrafiłem odmówić. Pan Wójcik szczerze ucieszony powiedział:
    - Wiedziałem, że na panu mogÄ™ zawsze polegać. Niech siÄ™ pan szykuje, czekam w samochodzie.
    ZłożyliÅ›my sobie życzenia i zaczÄ…łem szykować jedzenie do pracy. Chyba po raz pierwszy, nie w kuchni. Pozbierałem po trosze ze Å›wiÄ…tecznych talerzy. Mila była bardzo zła iż nie odmówiłem Wójcikowi. Długo starała siÄ™ na tÄ™ okazjÄ™, a tu mÄ…ż ledwie przyszedł z pracy, znów do niej wychodzi. Bałem siÄ™ cokolwiek mówić, by siÄ™ wytłumaczyć. Pomógł mi jednak teÅ›ć, stary kolejarz:
    - Służba nie drużba. Włodek ma takÄ… pracÄ™ w której sÄ… sytuacje, że nie można odmówić. PrzyszliÅ›my dziÅ›, przyjdziemy i jutro.
    Pomogło!
    Za to, że zgodziłem siÄ™ pojechać, Wójcik polecił dyspozytorowi zapisanie mnie na służbÄ™ dopiero po Å›wiÄ™tach, na godziny wieczorne. I pod żadnym pozorem do tego czasu nie niepokoić.
    Najzabawniejszym paradoksem jaki istniał w owym czasie w lokomotywowni Wrocław Główny, była jazda młodej dziewczyny za pomocnika na spalinówkach. Protegowana jednego z instruktorów i kogoÅ› ważnego z dyrekcji została przyjÄ™ta do drużyn trakcji spalinowej, mimo iż instrukcja pracy manewrowej zakazywała zatrudniania do manewrów kobiet. “Dzidka” (tak jÄ… nazywali maszyniÅ›ci) jeździła ze wszystkimi, tylko nie ze mnÄ…. Po prostu jej nie zabierałem. I o dziwo nie miałem z tego powodu żadnych konsekwencji. Raz to tylko wytłumaczyłem wykorzystujÄ…c przepisy. Inni nabierali wody w usta. WidzÄ…c, że maszyniÅ›ci jadÄ…c z niÄ… wykonujÄ… pracÄ™ swojÄ… i jej, postanowiłem wreszcie zakończyć tÄ™ sielankÄ™. Zabrałem “DzidkÄ™” “Lublinem” do Kielc. Tam po dojechaniu do składu, poleciłem dziewczynie połÄ…czyć lokomotywÄ™. “Dzidka” została na siedzeniu odpowiadajÄ…c tylko, że jej nie zezwalajÄ… na to przepisy. Moje przepisy mówiły z kolei, że jak mam pomocnika, to łÄ…czenie składu należy do jego obowiÄ…zków, nie do mnie. W końcu zeszła z lokomotywy i ... sterczała “pod hakiem” około 40 minut. Po tym czasie uznałem, że nauki doÅ›ć i połÄ…czyłem lokomotywÄ™ z wagonami. “DzidkÄ™” odesłałem do drugiej kabiny i po przyjeździe do Wrocławia uprzedzajÄ…c fakty, napisałem stosowny raport na okolicznoÅ›ć opóźnienia pociÄ…gu na stacji Kielce z winy nieumiejÄ™tnoÅ›ci i “niemocy” pomocnika, przytaczajÄ…c szereg odpowiednich paragrafów. Sprawa stała siÄ™ zbyt głoÅ›na, aby pozwolono na dalsze tolerowanie takiego stanu.
Była to niestety ostatnia służba kobiety za pomocnika we Wrocławiu. Znane mi były przypadki obsługiwania przez kobiety nawet parowozów, ale czy odbywało siÄ™ to z korzyÅ›ciÄ… dla ich zdrowia - tego pewny nie jestem. Kronikarze, a przede wszystkim emancypantki mogÄ… mieć mi to za złe ale... Obsługa obojÄ™tnie jakiego pojazdu trakcyjnego, w niektórych momentach wymaga użycia znacznej siły fizycznej, do której na pewno nie jest stworzona przeciÄ™tna kobieta. Jak siÄ™ potem okazało, pozostali koledzy też mieli doÅ›ć jazdy z takim pomocnikiem, co na nic mu nie pozwalajÄ… przepisy. Wielu mi dziÄ™kowało za odwagÄ™, za to w gmachu przy ulicy Joannitów “ostrzono na mnie zÄ™by”. Z biegiem czasu sprawa jednak ucichła.
    Mój “rumun” był maszynÄ…, na której zajechałem do jednej z najodleglejszych stacji od macierzystej lokomotywowni. Kolonijny pociÄ…g doprowadziłem aż do Olsztyna. Moim pomocnikiem był wtedy maszynista Hieronim Stellmach. Kilka lat później, w lipcu 1977 r. prowadzÄ…c na EU07-115 miÄ™dzynarodowy pociÄ…g poÅ›pieszny z Pragi do Moskwy zginÄ…ł tragicznie w czołowym zderzeniu pod Psim Polem.
    W połowie lat siedemdziesiÄ…tych park lokomotyw spalinowych, przeznaczonych do prowadzenia pociÄ…gów pasażerskich, był już wzbogacony o kilkanaÅ›cie egzemplarzy SP45. Przekwas nie za bardzo chciał na nich jeździć, ja natomiast podjÄ…łem starania o przeniesienie na lokomotywy typowo pasażerskie. Rozstałem siÄ™ wiÄ™c z moim dotychczasowym wspólnikiem i w styczniu 1975 r. z Zakładów HCP w Poznaniu odebrałem SP45-153. NowÄ… ekipÄ™ stworzyłem z Arkiem Dawidowiczem, moim byłym pomocnikiem z Pt47-12. Jego pomocnikiem był Ryszard BołtuÅ›, zaÅ› moim Edward WiÄ™cek.
JeździliÅ›my na niej spokojnie przez pół roku. Na poczÄ…tku lipca, niestety, uległa wypadkowi na stacji Malczyce. Pecha miał nieplanowy na tej maszynie mechanik Stanisław Besz. ProwadzÄ…c pociÄ…g do Szczecina, w jego drogÄ™ przebiegu wyjechał z boku legnicki Ok1. Nie pomogło nagłe hamowanie i doszło do starcia. Nasza SP45-153 mocno nie ucierpiała: na podstawie przesunÄ…ł siÄ™ silnik wraz z prÄ…dnicÄ…. Lokomotywa była jeszcze na gwarancji, wiÄ™c nikt nie odważył siÄ™ go uruchomić i skierowano jÄ… do ZNTK Poznań. Gdy po jakimÅ› czasie pojechałem po odbiór, okazało siÄ™, iż półroczny czyli prawie nowy silnik wymontowano, wstawiajÄ…c jakiÅ› stary, ładnie pomalowany. OczywiÅ›cie wróciłem do Wrocławia bez pojazdu. Powtórny odbiór lokomotywy z nowym silnikiem, odbył siÄ™ już bez zakłóceń.
    JakiÅ› czas potem i mnie zdarzyło siÄ™ uczestniczyć w kolizji. Co prawda niegroźnej, której finał można by w dodatku opowiadać jako dobry dowcip. ProwadzÄ…c pociÄ…g osobowy Wrocław - Szczecin otrzymałem rozkaz, aby na przejeździe kolejowym miÄ™dzy Bytomiem Odrzańskim a NowÄ… SolÄ… ograniczyć prÄ™dkoÅ›ć do 15 km/h. Gdy zbliżałem siÄ™ do przejazdu spostrzegłem autobus, który zatrzymał siÄ™ w bezpiecznej odległoÅ›ci od toru. RozpoczÄ…łem zwalnianie do prÄ™dkoÅ›ci okreÅ›lonej w rozkazie. BÄ™dÄ…c w bliskiej odległoÅ›ci od przejazdu patrzÄ™ i... oczom nie wierzÄ™: autobus rusza i pakuje siÄ™ pod lokomotywÄ™. WłÄ…czyłem syrenÄ™ i nagłe hamowanie, zaczepiłem jednak o tył pojazdu, urywajÄ…c drzwiczki od komory silnikowej. SkoczyliÅ›my z pretensjami do siebie. Ja byłem - jak to siÄ™ potocznie mawia - “na prawie”, zaÅ› kierowca autobusu utrzymywał, iż zwalniajÄ…c bieg pociÄ…gu... dawałem mu grzecznie możliwoÅ›ć pierwszeństwa przejazdu. W końcu, gdy wytłumaczyłem młodemu kierowcy o co chodzi uzgodniliÅ›my, iż on po cichu naprawi autobus, a ja o niczym nie bÄ™dÄ™ u swoich władz wspominał. Nie chciałem go skrzywdzić. Na lokomotywie nie było nawet  najmniejszego zadrapania.
    OdkÄ…d lokomotywy serii SP45 zaczÄ™ły coraz liczniej reprezentować wrocławskÄ… szopÄ™, grono maszynistów trakcji spalinowej proponowało tak władzom lokomotywowni, jak zwierzchnikom na wyższych szczeblach, by zastosować trakcjÄ™ wielokrotnÄ… (czyli poprowadzić pociÄ…g dwoma lokomotywami), i znacznie skrócić czas jazdy do Warszawy przez Łódź. Dotyczyć to mogło przynajmniej pociÄ…gu jaki stolicÄ™ powinien osiÄ…gnÄ…ć najszybciej czyli ekspresu “Odra”. Na podwarszawskich odcinkach istniała możliwoÅ›ć rozwiniÄ™cia prÄ™dkoÅ›ci konstrukcyjnej 120 km/h, niestety nie osiÄ…galnej dla silniejszych “rumunów”. Ponadto podwojenie mocy gwarantowało ciÄ…głe utrzymywanie rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci, jak również szybsze jej uzyskanie po ruszeniu. Sama SP45 nadawała siÄ™ bardziej do prowadzenia lekkich składów podmiejskich, niż do 12. wagonowego ekspresu. Ale wtedy już nie liczono siÄ™ tak ze zdaniem maszynistów, jak dawniej. Rozkład warszawski ułożono wprawdzie na lokomotywy SP45 z wiÄ™kszÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… maksymalnÄ…, ale tak naprawdÄ™ nie wniósł on nic nowego do obsługi ekspresu.
    Podczas, gdy nasza SP45-153 przebywała w ZNTK Poznań, jeździliÅ›my z Arkiem na lokomotywach ST43 prowadzÄ…c “OdrÄ™” tylko z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 100 km/h tam gdzie na szlaku było 120 km/h... nie opóźniajÄ…c pociÄ…gu. Trzeba nadmienić, iż w owym czasie “Odra” była najładniejszym pociÄ…giem PKP. Kremowo - czerwone wagony korzystnie prezentowały siÄ™ na tle innych składów. Z dumÄ… wjeżdżaliÅ›my naszÄ… “OdrÄ…” do stolicy.
    Po otrzymaniu SP45-153, wróciłem na trasÄ™ do Görlitz. Oprócz służb regularnych, pokonałem na niej inny najdłuższy odcinek poza granicami kraju. Po przyprowadzeniu do Bogatyni pociÄ…gu z Wrocławia, zgodnie z planem mieliÅ›my pojechać luzem do Görlitz i stamtÄ…d zabrać pociÄ…g do Polski. Z Bogatyni do Niemiec zawsze jechaliÅ›my przez Zgorzelec, ale owego dnia przejazd taki uniemożliwiło wykolejenie wagonów w Sulikowie, wiÄ™c wysłano nas do Görlitz liniÄ… z Zittau. Jej duży fragment biegnie wspólnie z trasÄ… Bogatynia - Zgorzelec. W Krzewinie Zgorzeleckiej bardzo czÄ™sto nastÄ™powało krzyżowanie siÄ™ składów polskich i niemieckich. Po wyjeździe z tej stacji przekroczyliÅ›my most nad NysÄ… ŁużyckÄ… i znaleźliÅ›my siÄ™ w NRD. Tuż za granicÄ… wsiadł do lokomotywy niemiecki pilot. TrochÄ™ po polsku, trochÄ™ “na migi” a także za pomocÄ… długopisu i kartki okreÅ›lał prÄ™dkoÅ›ć, z jakÄ… miałem jechać oraz wskazywał zwolnienia na stacji Hagenwerder. PrzejechaliÅ›my obok bardzo dużej elektrowni, którÄ… do tej pory mogłem obserwować tylko zza Nysy Łużyckiej. Do Görlitz wjechaliÅ›my tunelem z tego samego kierunku, co ze Zgorzelca.
    Szczególne wydarzenie jakie pamiÄ™tam z pracy na SP45-153 miało miejsce 8 grudnia 1975 r. i wiÄ…zało siÄ™ z przejazdem pociÄ…gu specjalnego na VII Zjazd PZPR. Stałem wtedy w pogotowiu na stacji OleÅ›nica, nanoszÄ…c spokojnie poprawki do rozkładów i wykazów ostrzeżeń stałych. Oprócz mnie, na lokomotywie byli jeszcze maszynista instruktor Józef Zyga i pomocnik Edward WiÄ™cek. KilkanaÅ›cie minut przed planowym przejazdem “ponsza”, przez leżÄ…cy nie opodal OleÅ›nicy posterunek odgałÄ™źny Łukanów dostaliÅ›my polecenie wyjazdu do Borowy OleÅ›nickiej, aby tam przejÄ…ć pociÄ…g z delegatami. W pierwszej chwili pomyÅ›leliÅ›my, że zdefektował specjalnie na tÄ™ okazjÄ™ wyprodukowany i przygotowany w “Pafawagu” elektrowóz EP08-006, który prowadził maszynista Podubrowny wraz z instruktorem Henrykiem TrzaskÄ…. W Borowie OleÅ›nickiej dowiedzieliÅ›my siÄ™ jednak prawdziwej przyczyny. Na odcinku Grabowno Wielkie - Twardogóra Sycowska została zerwana sieć trakcyjna, na niedawno oddanej do użytku zelektryfikowanej trasie do Sieradza. Trzeba było wiÄ™c pojechać do Ostrowa Wielkopolskiego drogÄ… okrÄ™żnÄ… przez Krotoszyn. Dyrekcyjni decydenci obliczyli, iż z tego powodu “ponsz” bÄ™dzie opóźniony około 40 minut. Po wyjeździe z Borowy OleÅ›nickiej, Zyga dyskretnie szepnÄ…ł: 
- Włodek jedź tak, aby było bezpiecznie i dobrze. TaÅ›my nikt nie bÄ™dzie sprawdzał, ja jÄ… zabiorÄ™.
    Do Ostrowa przyjechaliÅ›my tylko 15 minut po czasie. Szybko odczepiliÅ›my naszÄ… lokomotywÄ™ i “specpociÄ…g” pomknÄ…ł dalej. Opóźnienie, jakiego doznał wskutek okrÄ™żnej jazdy, maszyniÅ›ci “ósemki” wyrobili do Koluszek i planowo wjechali w perony nowego dworca Warszawa Centralna.
Wyszła z tego niezła draka. Do Ministerstwa Komunikacji i do KC PZPR podano pierwszÄ… wersjÄ™ wyliczeń wskazujÄ…cych na znaczne opóźnienie pociÄ…gu i nie Å›ledzono potem jego faktycznego czasu jazdy. Wszyscy oficjele poszli do baru, orkiestra też - nikt nie witał goÅ›ci przybyłych z Dolnego ŚlÄ…ska. Zdziwienie było ogromne, jak z podziemnych peronów dworca zaczÄ™li wychodzić “opóźnieni delegaci”.
    ParÄ™ dni potem wezwano Józefa ZygÄ™ i mnie na czerwony dywanik do naczelnego dyrektora DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP. Podczas spotkania, naczelny pytał co chwilÄ™:
- Jak wy to zrobiliÅ›cie, zajeżdżajÄ…c do Ostrowa Wielkopolskiego tylko z 15 minutowym opóźnieniem? Jak moi specjaliÅ›ci mogli siÄ™ tak mocno pomylić!?
Wytłumaczyłem to ... dobrym taborem i stanem torów. W żadnym momencie nie zapytał jednak o taÅ›mÄ™. W końcu naczelny dyrektor Aleksander Marszałek podziÄ™kował, wrÄ™czajÄ…c nam koperty.
    Przeprowadzenie pociÄ…gu specjalnego miało jeszcze inne, mniej oficjalne znaczenie. Zwiastowało powolny zmierzch trakcji spalinowej. Nie oddaliÅ›my jednak warszawskiej trasy bez walki, niejako udowadniajÄ…c “elektrykom” niezawodnoÅ›ć lokomotywy spalinowej i jej wiÄ™kszÄ… niezależnoÅ›ć od źródła energii.
    Po kilkunastu latach pracy na kolei, przyszedł czas na pierwsze refleksje i podsumowania. Gdy na poczÄ…tku lat szeÅ›ćdziesiÄ…tych zaczÄ™to wprowadzać elektrowozy, bardzo siÄ™ tym fascynowałem. Cieszyło mnie, że bÄ™dzie można zwiÄ™kszać prÄ™dkoÅ›ć pociÄ…gów. Przede wszystkim zaÅ› praca maszynisty stanie siÄ™ lżejsza. Martwiło mnie jednak to, a nawet byłem czasem zazdrosny, że w poczÄ…tkach elektryfikacji dolnoÅ›lÄ…skich szlaków na kursy wysyłano tych maszynistów, którzy sobie na parowozach nie radzili, przeważnie przybyłych z mniejszych parowozowni. Po oddaniu w grudniu 1960 r. “pod prÄ…d” linii opolskiej owi maszyniÅ›ci chodzili po szopie tak nadÄ™ci, że dotkniÄ™cie któregoÅ› spowodowałoby chyba eksplozjÄ™. Natomiast obsadzanie kursów trakcji spalinowej odbywało siÄ™ dokładnie odwrotnie. Tam kierowano maszynistów z wiÄ™kszym stażem i doÅ›wiadczeniem. Tłumaczyłem sobie to tym, że chyba jeszcze na poczÄ…tku lat siedemdziesiÄ…tych nie przewidywano w okrÄ™gu dolnoÅ›lÄ…skim wiÄ™kszych elektryfikacji. Na całym Å›wiecie zaznaczał siÄ™ wtedy intensywny rozwój trakcji spalinowej. Może właÅ›nie dlatego we Wrocławiu chciano mieć na niej lepszych maszynistów? Szybko jednak inne zarzÄ…dy kolejowe przekonały siÄ™ o wyższoÅ›ci lokomotywy elektrycznej nad spalinowÄ….
    Czas biegł nieuchronnie. Oto 31 marca 1973 r. wyprowadzono z lokomotywowni Wrocław Główny ostatni czynny w niej parowóz. Był nim mój dawny Pt47-12. Przekazano go do Białogardu.
    JeżdżÄ…c na lokomotywach ST43 i SP45 chwaliłem sobie ten nowy rodzaj trakcji. Do służby chodziłem z przyjemnoÅ›ciÄ…. Mimo iż praca stała siÄ™ lżejsza, czasochłonnoÅ›ć obsługi, przeglÄ…dów, przygotowania pojazdu do drogi pozostały praktycznie takie, jak w przypadku lokomotywy parowej. CiÄ…gle natomiast trzeba było doskonalić swoje wiadomoÅ›ci i pogłÄ™biać wiedzÄ™ z zakresu budowy i obsługi pojazdu. Tu maszynista nie posłużył siÄ™ młotkiem i przecinakiem, jak na parowozie. ProwadzÄ…c pociÄ…gi lokomotywami spalinowymi miałem ogromnÄ… satysfakcjÄ™, że pod wzglÄ™dem obsługi odcinków byliÅ›my równi z trakcjÄ… elektrycznÄ…, czasem nawet lepsi. My jeździliÅ›my do Warszawy przez Łódź, oni przez CzÄ™stochowÄ™; my jeździliÅ›my do Kołobrzegu, oni do Lublina. Jak nieuchronny na poczÄ…tku lat siedemdziesiÄ…tych był zmierzch trakcji parowej, tak parÄ™ lat później dotknÄ™ło to trakcjÄ™ spalinowÄ…. Za symbolicznÄ… datÄ™ można przyjÄ…ć właÅ›nie przejazd 8 grudnia 1975 r. owego “specpociÄ…gu”. Później żadna spalinówka z pociÄ…giem dalekobieżnym, na warszawskÄ… trasÄ™ nie wyjechała.
    Z czasem zaczÄ™liÅ›my jeździć “koło domu”, praktycznie nie wyjeżdżajÄ…c poza okrÄ™g dolnoÅ›lÄ…ski. ZastÄ™powaliÅ›my lokomotywami spalinowymi odcinki obsługi przeznaczone do niedawna dla parowozów. Zamiast Ok1 i Ok22 jeździliÅ›my osobowymi do Ścinawy, Jaworzyny ŚlÄ…skiej przez SobótkÄ™, Opola przez Jelcz Miłoszyce. Z dalszych tras pozostały tylko Rzepin, Zielona Góra, MiÄ™dzylesie i Zgorzelec/Görlitz. Ograniczanie zasiÄ™gu pracy trakcji spalinowej rekompensowała jazda po bardzo malowniczych traktach. Dolny ŚlÄ…sk, poprzecinany jest gÄ™stÄ… sieciÄ… dróg żelaznych, wijÄ…cych siÄ™ po górach i staczajÄ…cych w doliny niczym strumyki. Do najbardziej ciekawych szlaków, które obsługiwałem lokomotywami spalinowymi a jazda po nich dawała wiele przyjemnych wrażeń, zaliczałem liniÄ™ “miÄ™dzyleskÄ…” i trasÄ™ Świdnica Kraszowice - Jugowice - Jedlina Zdrój - Nowa Ruda - Kłodzko. Zwłaszcza ta ostatnia była szczególnie barwna. Posiadała dwa długie tunele i wiele wysokich mostów o ciekawych konstrukcjach. PiÄ™ciowagonowy skład do Kłodzka, który z Wrocławia wyruszał rano a wracał wieczorem, w soboty i niedziele był zapełniony do ostatniego miejsca, czÄ™sto stojÄ…cego. Latem nie było w pociÄ…gu zamkniÄ™tego okna. Rekreacyjna prÄ™dkoÅ›ć, jakÄ… posiadały pociÄ…gi tamtÄ™dy kursujÄ…ce, sprzyjała podziwianiu w czasie podróży piÄ™knych widoków Gór Sowich i Kotliny Kłodzkiej.
Jednak jeżdżÄ…c tym odcinkiem nie mogłem siÄ™ oprzeć smutnemu wrażeniu, że trud wielu pokoleń kolejarzy chyli siÄ™ ku upadkowi. Najbardziej zaniedbany był odcinek Świdnica Kraszowice - Jedlina Zdrój. W szybkim tempie przybywało zwolnień na szlaku i mostach, likwidowano rozjazdy i tory boczne na stacjach. Zaprzestano całkowicie bieżÄ…cej naprawy torowisk, sporadycznie wymieniajÄ…c jakiÅ› pojedynczy podkład, gdy szyna nie miała siÄ™ już czego trzymać.
    Przeżyłem okres Å›wietnoÅ›ci i lata regresu trakcji parowej w parowozowni Wrocław Główny. Obecnie wraz z elektryfikacjÄ… bÄ…dź upadkiem niektórych szlaków, nastÄ™pował powolny zmierzch trakcji spalinowej. Niejednokrotnie w czasie służb rozmyÅ›lałem, że wraz z jego przemijaniem, kończy siÄ™ także mój czas Å›wietnoÅ›ci maszynisty. Krótkie służby były odpoczynkiem po minionych latach. Coraz bardziej odchodziły w dal wspomnienia. Jednak gdzieÅ› w głÄ™bi serca mocno trwała we mnie chÄ™ć dalszej walki z czasem. CiÄ…głego zerkania na prÄ™dkoÅ›ciomierz, na zegarek - by efekt mej pracy był jak najlepszy.

6. Pod drutem

    Dnia 1 stycznia 1981 r. zdały siÄ™ powoli spełniać moje marzenia powrotu na dalekie trasy. Skierowano mnie na trzymiesiÄ™cznÄ… praktykÄ™ warsztatowÄ… elektrycznych pojazdów trakcyjnych. Po jej zakończeniu zostałem przydzielony jako praktykant do mojego brata Stanisława Dołubizno, maszynisty EU07-036. Od poczÄ…tku kariery zawodowej w Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny nasze drogi krzyżowały siÄ™ kilkakrotnie. Zeszły siÄ™ na dobre gdy zostałem maszynistÄ… pojazdów trakcji elektrycznej.
    Stach był już doÅ›wiadczonym maszynistÄ… elektrowozu. Kurs na prawo kierowania “pod drutem” ukończył w 1972 r. Z poczÄ…tku planowo jeździł na jednostkach, min. na EN57-1188. Otrzymał także do testowania, wyprodukowanÄ… w “Pafawagu”, prototypowÄ… jednostkÄ™ czterowagonowÄ… EN71. Od marca 1980 roku został przydzielony na elektrowóz EU07-036. Jego wspólnikami byli: Tadeusz Nawrot i Jan Szlachta. Rok później, znów po latach byliÅ›my razem. NiegdyÅ› Stach zdobywał swoje pierwsze maszynistowskie szlify na parowozie pod moim okiem. Z czasem role siÄ™ odwróciły i ja szkoliłem siÄ™ u brata na maszynistÄ™ elektrowozu.
26 maja 1981 roku, po zdaniu eksternistycznego egzaminu na prawo kierowania, zostałem wspólnikiem brata na EU07-036. I to właÅ›nie na tym elektrowozie przez pewien czas jeździłem moje najdalsze na PKP służby - 514 km do Lublina. Trzecim maszynistÄ… był Tadek Nawrot.
O “rodzinnÄ…” lokomotywÄ™ dbaliÅ›my niczym o swojÄ…. Gorzej za to było na “nie kolejowym” gruncie rodzinnym. Wszelkie spotkania towarzyskie były wrÄ™cz niemożliwe, gdyż albo w trasie był Stach, albo ja.
    Po moim awansie na stanowisko maszynisty instruktora wolne miejsce na naszej “siódemce” zajÄ…ł Zygmunt Przekwas. 1 czerwca 1982 r. po orzeczeniu lekarza odpowiedzialnego za stan zdrowia maszynistów, brat został odsuniÄ™ty od jazdy. Przeszedł na rentÄ™. W lipcu 1984 r. wrócił za nastawnik, do swojej starej brygady. W kwietniu 1985 r. jadÄ…c pociÄ…giem 61004 do Warszawy, w prowadzonej przez niego EU07-036 pÄ™kła rama wózka i po powrocie “luzem” do macierzystej lokomotywowni maszyna została odstawiona jako oczekujÄ…ca na naprawÄ™. On i jego wspólnicy jeździli pewien czas “na dziko”. Po zakończeniu mojej krótkiej kariery jako maszynisty instruktora i powrocie 1 maja 1985 r. za nastawnik obsadziliÅ›my planowo - Stach, Zygmunt Przekwas i ja - lokomotywÄ™ ET22-812. Była prawie nowa, ale wytrzÄ™sło nas niemiłosiernie. Jak to na “byku”. Po kilku służbach zaczÄ™liÅ›my siÄ™ z powrotem starać o “siódemkÄ™”. Trwało to dwa miesiÄ…ce i 3 lipca Stach przyprowadził z Cegielskiego EU07-369.
    Jeszcze rok jeździliÅ›my spokojnie i szczęśliwie. W czerwcu 1986 r. Stach odszedł na rentÄ™ bezpowrotnie. Przykro mi było pod każdym wzglÄ™dem. Przede wszystkim dlatego, że spotkało to mojego młodszego brata. Był dobrym pracownikiem i wspólnikiem na lokomotywie. Był bardzo dobrym maszynistÄ…, jeździł bezawaryjnie. Ale na kolei tak to już jest od lat:
    - Gdy pracujesz widzÄ… ciebie wszyscy, a jak odejdziesz - zwłaszcza w takich okolicznoÅ›ciach jak renta - jesteÅ› zapomniany przez tych, dla których przez lata pracowałeÅ›.
    Stach miał ogromny żal do administracji lokomotywowni i zwiÄ…zków zawodowych, że nikt nie zaprosił go aby podziÄ™kować za ćwierć wieku pracy, nienagannej pracy dla Polskich Kolei Państwowych. Pocieszał siÄ™ jedynie tym - ale jakże smutne to pocieszenie - że nie tylko jego tak potraktowano. Ale bez wzglÄ™du na podobne okolicznoÅ›ci, dziÅ› gdy wspólnie siÄ™ spotkamy, choć nie wiÄ…że nas z kolejÄ… nic bezpoÅ›redniego - ja jestem na emeryturze, Stach na rencie - bardzo miło wspominamy tamte czasy. I te dalekie i bliskie. Praca na parowozie była ciÄ™żka. PomagaliÅ›my jednak sobie wzajemnie i czynem i dobrym słowem nie kryjÄ…c zadowolenia, że razem możemy wykonywać wymarzony przez nas w dzieciństwie zawód. Z czasem założyliÅ›my rodziny, a najbardziej cieszyliÅ›my siÄ™ gdy otrzymaliÅ›my własne mieszkania. PracÄ™ na kolei zaczynaliÅ›my niemal razem. Szkoda tylko, że dziÅ› nie możemy usiÄ…Å›ć przy jednym stole z podobnymi odczuciami. Ja jestem zadowolony, że szczęśliwie jeżdżÄ…c doczekałem emerytury, Stach natomiast nosi w sercu po prostu ogromny żal... Jedyne co pozostało, to wspominać z satysfakcjÄ… odległe lata, nasz najpiÄ™kniejszy okres życia, który wpletliÅ›my w rytm stukajÄ…cych kół parowozu.
    Po zdaniu egzaminu i otrzymaniu prawa kierowania pojazdami trakcji elektrycznej, w moim życiu zawodowym nastał nowy okres. Wróciłem na dawne trasy obsługiwane niegdyÅ› parowozami i lokomotywami spalinowymi. Znów mogłem godnie realizować mój wymarzony w dzieciństwie cel; nieustannie walczyć z czasem, prowadzÄ…c dalekobieżne pociÄ…gi pasażerskie. Praca maszynisty elektrowozu w porównaniu z tÄ… na lokomotywie spalinowej stała siÄ™ komfortem. Odpadły utrzymanie i obsługa kotła parowego, nabór paliwa i wody, a przede wszystkim utrzymanie w sprawnoÅ›ci silnika spalinowego SP45. Straszny bubel, ciÄ…gle trzeba było coÅ› w nim dokrÄ™cać. Natomiast na elektrowozie, aby tylko sprawne było sterowanie i już można jechać.
    Ale nie był to już tak barwny okres, jak służba na parowozie czy lokomotywach spalinowych. Zmiany polityczne w Polsce nie ominÄ™ły niestety Å›rodowiska maszynistów. CieszÄ…ca siÄ™ od lat niezmiennym szacunkiem, ogólnym poważaniem, zgrana, hermetyczna grupa zawodowa na własnÄ… proÅ›bÄ™ doprowadziła do wewnÄ™trznych podziałów. W 1982 r. pewna grupa maszynistów zorganizowała w lokomotywowni Wrocław Główny referendum, w którym miano wypowiedzieć siÄ™ na temat skrócenia lubelskiego odcinka obsługi do Kielc i oddania pociÄ…gów relacji Głogów - Zielona Góra. Niestety, nie był to dobry pomysł. “Tak” w pierwszej kwestii wypowiedzieli maszyniÅ›ci, których bezpoÅ›rednio to nie dotyczyło, czyli maszyniÅ›ci elektrycznych zespołów trakcyjnych. Wynik referendum uznano za wiÄ…żÄ…cy i odpadła nam najdłuższa obsługiwana przez Wrocław trasa. Źle przyjÄ…ł tak postawionÄ… sprawÄ™ Centralny ZarzÄ…d Trakcji w Warszawie, gdyż lubelski odcinek przydzielono naszej lokomotywowni po tragicznym wypadku na stacji Julianka, powstałym z winy nie naszego maszynisty. Odebrano go niejako “za karÄ™” - po referendum wrócił do DÄ™blina. Po sprawie został niesmak. Przy okazji pociÄ…gu 62200/ 26201, Jelenia Góra - Lublin - Jelenia Góra wspomnÄ™ że był to chyba najbardziej pechowy pociÄ…g w naszej szopie. Po wypadku w Juliance, jeszcze dwa razy nie dane mu było dotrzeć do celu. Obsługiwany przez Wrocław uległ wypadkom na stacji Blachownia pod CzÄ™stochowÄ… i pod BÄ…kowem.
    Krótko, niecałe dwa lata jeździłem na swoim pierwszym planowym elektrowozie EU07-036. W 1982 r. awansowałem na stanowisko maszynisty instruktora trakcji elektrycznej.


7. Maszynista instruktor

     Na wakujÄ…ce stanowisko maszynisty instruktora zostałem awansowany 16 lutego 1982 r. Warunkiem, jaki postawiłem przed objÄ™ciem tej funkcji, było przydzielenie w każdym miesiÄ…cu przynajmniej dwóch służb jako maszynista. Został przyjÄ™ty bez wahania, gdyż w tym czasie maszyniÅ›ci mieli jeszcze sporo godzin nadliczbowych. Była to tzw. cicha umowa miÄ™dzy stronami, wszakże taka forma pracy nie była powszechnie stosowana. Z podobnej umowy korzystał instruktor Bronek Kołodziej, którego wspominam jako dobrego kolegÄ™ i wspaniałego współpracownika. Taka praktyka okazała siÄ™ potrzebna, gdyż mogliÅ›my wyłapać uchybienia manewrowych czy nawet dyżurnych ruchu. NieprawidłowoÅ›ci przez nas zauważone, były potem przedmiotem pouczeń okresowych. Ponadto, za parÄ™ lat okazało siÄ™, że utrzymywanie siÄ™ “w formie” było jak najbardziej wskazane.
Współpraca z podległymi maszynistami układała siÄ™ dobrze. Z kierownictwem jednostki nie najlepiej. PierwszÄ… koÅ›ciÄ… niezgody był poglÄ…d, iż za usterki podczas jazdy odpowiedzialnoÅ›ć powinien ponosić maszynista. JeÅ›li zaÅ› “zdefektował” lub opóźnił pociÄ…g usuwajÄ…c usterkÄ™, czepiano siÄ™ instruktora. Jeżeli nie chciał opóźnić pociÄ…gu i usuwał uszkodzenie podczas jazdy, a nie daj Bóg z tego powodu przekroczył prÄ™dkoÅ›ć lub przejechał semafor - winiono (dlaczego?) instruktora. Jeżeli zaÅ› nie dopuszczał do powstania sytuacji niebezpiecznych i usuwał usterkÄ™ podczas postoju opóźniajÄ…c pociÄ…g lub nie mogÄ…c nic poradzić zgłaszał defekt maszyny - pociÄ…gano go do odpowiedzialnoÅ›ci. Dziwny to był kołowrotek nielogicznego rozumowania.
Administracja broniła warsztatu i - nie wiedzieć dlaczego - chciała, by instruktorzy (mimo, iż czÄ™sto pociÄ…gani do takiej niezawinionej odpowiedzialnoÅ›ci) czynili tak samo. Nie mogliÅ›my zgodzić siÄ™ z takim stanem ponieważ jakakolwiek usterkowoÅ›ć w funkcjonowaniu taboru jest prawie wyłÄ…cznie wynikiem nieprawidłowo wykonanego przeglÄ…du okresowego, niekiedy zbiegiem niekorzystnych okolicznoÅ›ci, bardzo rzadko zaÅ› wskutek niewłaÅ›ciwej obsługi pojazdu przez maszynistÄ™. Tak postawiona przez nas sprawa bardzo nie podobała siÄ™ administracji.
    Naczelnik lokomotywowni wiele decyzji podejmował “na pokojach” wraz z pracownikami administracji. Zmiany i nowe zarzÄ…dzenia były wprowadzane bez konsultacji z gronem maszynistów instruktorów, przez osoby niekompetentne i najmniej zainteresowane tym, co dzieje siÄ™ w drużynach trakcyjnych. Jednym z tych “pokojowych” zarzÄ…dzeń wydanych przez naczelnika, było nakazanie maszynistom jazdy na jednej parze silników trakcyjnych w przypadku uszkodzenia drugiej. Przy ciÄ™żkich pociÄ…gach, jakich nie brakowało w obsłudze wrocławskiej szopy, jazda taka powodowałaby nadmierne przeciÄ…żenia pozostałych sprawnych elementów pojazdu. W efekcie mogło to prowadzić w krótkim czasie do kolejnych awarii. Do nielichych kłótni dochodziło po nastaniu okresu zimowego. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego administracja tak słabo dba o tabor. Zalecenia instruktorów, aby wprowadzać pojazdy do hali były ignorowane. Była ona za to pełna była starych wagonów czy porozbijanych lokomotyw porozrzucanych po wszystkich kanałach. Szkoda, że nie była zapełniana tym do czego naprawdÄ™ służyła. Nie stosowano siÄ™ do naszych zaleceń z prostej przyczyny. Aby wprowadzać pojazdy pod dach, należało zatrudniać dodatkowo przez całÄ… dobÄ™ pracownika przesuwni i jeszcze maszynistÄ™. OszczÄ™dzano na drużynach trakcyjnych, oszczÄ™dzano na zakupach Å›rodków do odmrażania, a efekty były takie, że wyznaczonÄ… do pociÄ…gu lokomotywÄ™ trzeba było podczas silnych mrozów po prostu zostawić, gdyż nie można było jej uruchomić. Brano innÄ…. Dobrze, gdy była akurat wolna.
    CzÄ™sto po prostu nas nie szanowano. Naczelnik czy zastÄ™pca potrafili pod byle pretekstem zwymyÅ›lać maszynistÄ™ instruktora w obecnoÅ›ci innych maszynistów. Uważałem to za podrywanie naszego autorytetu, wobec podległych nam pracowników. Stosunki te pogorszyły siÄ™ jeszcze bardziej po zmianie zwierzchnictwa nad instruktorami. Uprzednio podlegaliÅ›my bezpoÅ›rednio naczelnikowi lokomotywowni, później zaÅ› kierownikowi trakcji. Była to jawna degradacja stanowiska.
    Gdy byłem maszynistÄ… instruktorem, miało miejsce jedno z najbardziej przykrych przeżyć w mojej karierze zawodowej. Było to 17 października 1984 r. Po przyjÅ›ciu do pracy na 7.00 dowiedziałem siÄ™, że we wczesnych godzinach rannych wydarzył siÄ™ wypadek pod BÄ…kowem. Na stojÄ…cy w łuku przed semaforem wjazdowym pociÄ…g towarowy najechał z prawie pełnÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… rozkładowÄ… pociÄ…g poÅ›pieszny Lublin - Jelenia Góra. Ze Starego Olesna wyprawiono go na sygnał zastÄ™pczy. PociÄ…g prowadził podległy mi maszynista na lokomotywie EU07-022, dostałem wiÄ™c polecenie udania siÄ™ na miejsce wypadku. Gdy wyjeżdżałem z Wrocławia do Kluczborka wiedziałem, że maszynista żyje. W Kluczborku, nawet tego nie kryjÄ…c zrobiono mi wielkÄ… łaskÄ™ i podwieziono do pobliskiego BÄ…kowa lokomotywÄ…, gdyż szlak był zamkniÄ™ty. Ze stacji szedłem jeszcze około 2 km. WidzÄ…c barykadÄ™ spiÄ™trzonego taboru, zdrÄ™twiałem. ChwilÄ™ po dotarciu do miejsca katastrofy - było około godziny dziesiÄ…tej - lekarz oÅ›wiadczył, że 15 minut temu maszynista Arkadiusz Dawidowicz zmarł!
Jestem twardy na łzy, ale po słowach lekarza zapłakałem. ZginÄ…ł mój Kolega, który u mnie na parowozie Pt47-12 zaczynał pracÄ™ w 1963 r., były Wspólnik z SP45-153, podległy mi Pracownik, nad którym miałem nadzór jako maszynista instruktor.
Była piÄ…ta godzina od zderzenia. SpiÄ™trzony tabor jak leżał na kupie, tak leżał. Kabina elektrowozu była doszczÄ™tnie zmiażdżona, wbita w dużÄ…, czteroosiowÄ… wÄ™glarkÄ™, na której leżał w poprzek na boku, trzeci w składzie pociÄ…gu poÅ›piesznego wagon osobowy. UsuniÄ™to pasażerów z wykolejonych wagonów (nikt nie zginÄ…ł, a rannych było niewielu), potem zaÅ›... zabrano siÄ™ za sprzÄ…tniÄ™cie paczek z rozbitego wagonu pocztowego. Nie podjÄ™to konkretnych działań, aby spod spiÄ™trzonej góry żelastwa uwolnić człowieka potrzebujÄ…cego najbardziej pomocy - maszynistÄ™. Miał zmiażdżone stopy, przyciÅ›niÄ™te przez załamanÄ… Å›cianÄ™ oddzielajÄ…cÄ… kabinÄ™ od maszynowni. Strażacy z Kluczborka próbowali co prawda wycinać w dwóch miejscach pudło. Za każdym razem trafiali na ożebrowanie konstrukcji i zaniechali tych działań. Przez nieudolnie prowadzonÄ… akcjÄ™ ratunkowÄ…, brak odpowiedniego sprzÄ™tu, brak dźwigu - maszynista konał piÄ™ć godzin!
Bywałem na niejednym wypadku z pociÄ…gami towarowymi, gdzie wagony były zbite w jednÄ… bryłÄ™ - nie robiło to na mnie wrażenia. Dopiero pod BÄ…kowem uÅ›wiadomiłem sobie, że sprzÄ™t jaki majÄ… brygady ratunkowe do przeprowadzenia akcji i ratowania życia ludzkiego, nadaje siÄ™ do lamusa. ZginÄ…ł mój Kolega.
    Długi czas patrzyłem ze łzami w oczach na wrak elektrowozu. W Å›rodku jeszcze był Arek. Po chwili, w końcu zdusiłem w sobie wzruszenie i poszedłem do przewodniczÄ…cego komisji powypadkowej. Przeprowadziłem z nim rozmowÄ™ na temat poszukiwań prÄ™dkoÅ›ciomierza z taÅ›mÄ… rejestrujÄ…cÄ… prÄ™dkoÅ›ć pociÄ…gu. Było to dla mnie szczególnie ważne, gdyż wczeÅ›niej, kilka razy, byłem w komisjach powypadkowych. Po dotarciu na miejsce, dostawałem taÅ›my mocno zniszczone. Czasem odnosiło siÄ™ wrażenie, że wrÄ™cz celowo. Trudno było z nich cokolwiek odczytać. Mimo iż tym razem do komisji nie należałem, to przewodniczÄ…cy słyszÄ…c, że zginÄ…ł podległy mi Maszynista, Kolega, Wspólnik - nakazał osobiste szukanie prÄ™dkoÅ›ciomierza. I był jeszcze jeden powód - najłatwiej nieżyjÄ…cego MaszynistÄ™ obarczyć winÄ… za tragediÄ™, jakby już jej było mało w Jego Rodzinie...
Przydzielono mi kilku ludzi z ekipy ratunkowej. Według moich wskazówek, w odpowiednich miejscach rozcinali elementy nadwozia. Gdy w końcu wygrzebałem ze szczÄ…tków kabiny prÄ™dkoÅ›ciomierz rejestrujÄ…cy i schodziłem z prawie nieistniejÄ…cego fragmentu lokomotywy, kamery ekipy telewizyjnej, filmujÄ…cej całe zdarzenie, zostały skierowane w mojÄ… stronÄ™. StojÄ…cy nieopodal “bardzo ważny pan” z OkrÄ™gowego Inspektoratu Bezpieczeństwa, natychmiast podbiegł do mnie. Poczekał, aż skończyłem wyjmować taÅ›mÄ™ z zapisanym przebiegiem służby, bez słowa mi jÄ… wyrwał i zaczÄ…ł objaÅ›niać filmujÄ…cym, co to jest oraz do czego służy. Tylko ze wzglÄ™du na Å›mierć Arka, nie protestowałem. Ten człowiek po prostu chciał siÄ™ pokazać w telewizji! Bo niby dlaczego całej Polsce, zapis taÅ›my miałby objaÅ›niać instruktor maszynistów, skoro dookoła jest tylu ważnych ludzi? I w tym momencie uÅ›wiadomiłem sobie na dobre, że maszynista instruktor trakcji elektrycznej - to żadne stanowisko...
    Wróciłem do domu wieczorem. Mila wiedziała już z telewizji, że był wypadek. DomyÅ›lała siÄ™ przyczyny mojego późnego powrotu. Zobaczyła łzy w oczach i gdy usłyszała, że zginÄ…ł Arek Dawidowicz, płakała razem ze mnÄ…. Tyle lat siÄ™ znaliÅ›my. Po założeniu rodzin, czÄ™sto siÄ™ odwiedzaliÅ›my. Opowiedziałem Mili wszystko z miejsca wypadku. PrzerażajÄ…cy widok miejsca katastrofy, wiadomoÅ›ć od lekarza, zachowanie ludzi, moment wynoszenia Arka z wraku lokomotywy. Zostawił żonÄ™ i dwie córeczki. Niedobrze jest topić smutek i żal w alkoholu. Ale tego wieczoru, by móc zasnÄ…ć, opróżniłem sporÄ… zawartoÅ›ć barku. Mila nie protestowała...
    Kilka dni później odbył siÄ™ pogrzeb. W Olbrachtowicach koło Kobierzyc, skÄ…d Arek pochodził. Na cmentarzu stałem obok Gienka Biadonia. MieliÅ›my ogromne wiÄ…zanki kwiatów. Razem żegnaliÅ›my KolegÄ™ z naszego parowozu. Na pogrzeb przyjechało wielu maszynistów. Ci, którzy byli na służbie, o umówionej godzinie, niezależnie od miejsca w jakim siÄ™ znajdowali, oddali hołd zmarłemu tragicznie Arkadiuszowi Dawidowiczowi, na długo uruchamiajÄ…c syreny lokomotyw.
Po zmianie starszego instruktora w DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP, pierwszym - wydanym przez niego zarzÄ…dzeniem było nakazanie maszynistom instruktorom wykonywania jazd kontrolnych od rozpoczÄ™cia służby w danym dniu przez maszynistÄ™, do jej zakończenia. BulwersujÄ…ca to była dla mnie wiadomoÅ›ć. DotÄ…d na kontrolÄ™ przychodziłem znienacka, po zarzÄ…dzeniu miałem jechać do Warszawy, Krakowa, czy innego dalekiego miasta. Mijały siÄ™ z celem jazdy kontrolne, gdyż takie postawienie sprawy doprowadzić by mogło do ewentualnego rozluźnienia w przestrzeganiu przepisów. Kontrole poszczególnych maszynistów stałyby siÄ™ rzadsze (dłuższe przebywanie instruktora poza Wrocławiem z jednym maszynistÄ…), a przez to mniejsze możliwoÅ›ci ujawnienia ewentualnych nieprawidłowoÅ›ci. PomyÅ›lałem w końcu:
- JeÅ›li mam pracować w tak niekorzystnej atmosferze nieposzanowania, być Å›wiadkiem wydawania niewłaÅ›ciwych decyzji przez ludzi władnych, acz niekompetentnych i na dodatek być zmuszanym do ich wykonywania za grosze, to lepiej zejdÄ™ z powrotem do jazdy, przynajmniej finansowo zyska rodzina.
    Jak to zwykle bywało w tamtych czasach, przed Å›wiÄ™tem 1 Maja naczelnik lokomotywowni zwołał naradÄ™ podsumowujÄ…cÄ… miniony okres, przedstawiajÄ…c również plany, jakie nas czekajÄ… do realizacji w najbliższej przyszłoÅ›ci. Znów zaprezentował tylko i wyłÄ…cznie swoje z nikim nie konsultowane projekty, czym doprowadził do zażartej dyskusji, która przerodziła siÄ™ na końcu w kłótniÄ™. Po skończonej “naradzie”, dopełniajÄ…cej czarÄ™ goryczy napisałem podanie o przywrócenie mnie do pracy w drużynach trakcji elektrycznej. Naczelnik, który nie zdÄ…żył ochłonÄ…ć ze złoÅ›ci podanie podpisał bez chwili zastanowienia. Aby siÄ™ nie rozmyÅ›lił, czym prÄ™dzej je zabrałem, zgłaszajÄ…c siÄ™ do kierownika trakcji z proÅ›bÄ… o wciÄ…gniÄ™cie do planu. 1 maja 1985 r. wróciłem za nastawnik elektrowozu, prowadzÄ…c wieczorny pociÄ…g osobowy do Poznania. Jeszcze przez miesiÄ…c byłem jednak zaszeregowany jako maszynista instruktor. Naczelnik kilka razy wzywał mnie do siebie, nakłaniajÄ…c do zmiany zdania - nie ustÄ…piłem. Dopiero pod koniec maja, po miesiÄ…cu bezskutecznych spotkań wydał zarzÄ…dzenie o przesuniÄ™ciu mnie do drużyn. Nie żałowałem swojej decyzji.
    JeżdżÄ…c na powrót jako maszynista, dużo rozmyÅ›lałem o piastowanym przez ponad 3 lata stanowisku. Doszedłem do niezbyt pocieszajÄ…cego wniosku, że - przynajmniej w Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny - było to stanowisko bardzo mało znaczÄ…ce.
    Sukces, czy porażka...? Z perspektywy minionych lat odnoszÄ™ wrażenie, że była to porażka. Drobne sukcesy odniosłem jedynie w obronie maszynistów. Gdy wspomnÄ™ lata, kiedy zaczynałem jazdÄ™ na parowozie, stanowisko maszynisty instruktora było szanowane i bardzo poważane. Jego prestiż zaczÄ…ł powoli podupadać w momencie, jak na podobne stanowiska w innych służbach zaczÄ™li przychodzić ludzie z wyższym wykształceniem. Instruktorem trakcyjnym był zawsze awansowany na tÄ™ funkcjÄ™ maszynista, posiadał wiÄ™c wykształcenie zawodowe, niekiedy Å›rednie. Dla kontrolerów z innych służb, a co gorsza dla swoich bezpoÅ›rednich zwierzchników w lokomotywowni pozostawał zawsze tylko ... maszynistÄ….

8. Powrot za nastawnik

    Gdy w maju 1985 r. wróciłem do jazdy, wspólnie z Zygmuntem Przekwasem i Stachem Dołubizno obsadziliÅ›my elektrowóz ET22-812. Po dwóch miesiÄ…cach otrzymaliÅ›my nowÄ… EU07-369. Podczas wyposażania pojazdu i sposobienia go do jazdy Zygmunt i Stasiek ustalili, że właÅ›nie ja dostanÄ™ pierwszÄ… planowÄ… służbÄ™, oni natomiast... wypijÄ… za moje i elektrowozu zdrowie. Gdy wszystko było już przygotowane - tylko wsiÄ…Å›ć i jechać - nastÄ…piło opróżnienie buteleczki, ale nie do dna. Moja część została w Å›rodku, a Stach - jak rasowa okrÄ™towa Matka Chrzestna - rozbił jÄ… o zderzak “na szczęście”. Za rok okazało siÄ™ jednak, że to nie on powinien rozbijać butelkÄ™. Zygmuntowi i mnie jeździło siÄ™ dobrze, natomiast brat w czerwcu 1986 r. odszedł na rentÄ™.
    Także w tym miesiÄ…cu zapadła decyzja, że nasz elektrowóz poprowadzi pociÄ…g specjalny na X Zjazd PZPR. Wybrano go spoÅ›ród nowych i najlepiej utrzymanych wrocławskich lokomotyw, a mnie wyznaczono na maszynistÄ™ pociÄ…gu, który miał wyruszyć do stolicy 28 czerwca. Dzień wczeÅ›niej wraz ze składem złożonym z szeÅ›ciu nowiutkich wagonów 1 klasy pojechaliÅ›my do Jeleniej Góry na nocleg, by nazajutrz o 9.00 ruszyć w drogÄ™. Przejechałem w lokomotywie całÄ… trasÄ™, asystowali mi w kabinie maszyniÅ›ci instruktorzy: do Wrocławia - Bronisław Kołodziej, do Warszawy - Wiesław Misztal. Jazda odbyła siÄ™ bez przeszkód, ale przed ŁodziÄ… od posterunku odgałÄ™źnego Retkinia skierowano nas, nie wiedzieć dlaczego, przez Koluszki, a nie jak przewidywał rozkład przez Bednary. Nie spowodowało to jednak opóźnienia pociÄ…gu.
    Każde duże wydarzenie zawsze układa siÄ™ w całoÅ›ć z szeregu pomniejszych. Nie obyło siÄ™ bez nich i przy okazji tego “ponsza”. Na EU07-369 w obu kabinach były ustawione na postumencikach, poÅ›ród oÅ›wietlonych kwiatów małe figurki Matki Boskiej. Mimo iż naprawdÄ™ były niewielkie, to jednak przy fotografowaniu czy filmowaniu czoła lokomotywy były widoczne. Nie pasowały do “okazji”, wiÄ™c kazano mi je zdjÄ…ć. Odpowiedziałem, że:
     - PrÄ™dzej wymienicie lokomotywÄ™ niż zdemontujÄ™ to, co zrobił mój brat, który kilka dni wczeÅ›niej na zawsze pożegnał siÄ™ z nastawnikiem.
     Wykonane przez Stacha figurki, aby nie “przeszkadzały” w kamerowaniu, zasłoniłem proporczykiem i przyniesionymi przez kogoÅ› kwiatami. AktywiÅ›ci nie byli już tak stanowczy jak przed laty, i skomentowali to mówiÄ…c:
    - Nam to w zasadzie nie robi różnicy...
    ParÄ™ dni potem instruktor Bronek Kołodziej został wezwany na dywanik i dostał upomnienie za takie niedopilnowanie wystroju pojazdu.
Po odejÅ›ciu Stacha na EU07-369 nastał trochÄ™ burzliwy okres. Przydzielono nam nowego maszynistÄ™. Niestety, nie pasował do naszej zgranej ekipy. Nie dbał o czystoÅ›ć, nawet w naszym bezpoÅ›rednim miejscu pracy, czyli w kabinie. O czyszczeniu pudła pojazdu, czy wózków nie było już mowy. To zaÅ› było wielkÄ… pasjÄ… Zygmunta Przekwasa. Z tego też powodu dochodziło miÄ™dzy nimi do coraz wiÄ™kszych kłótni. Po kilku miesiÄ…cach odszedł z planowej obsady. Nie taił przy tym goryczy kierowanej pod adresem mojego wspólnika. Po jakimÅ› czasie znów dostaliÅ›my kolejnego trzeciego maszynistÄ™. OsobiÅ›cie nie miałem do niego, jako maszynisty żadnych zastrzeżeń. Natomiast z Zygmuntem  sytuacja zaczÄ™ła siÄ™ rozwijać jak w poprzednim odcinku. Nie pomagały tłumaczenia Andrzeja - prawdÄ™ mówiÄ…c nie do końca uczciwe - starego Przekwasa trudno było oszukać. Gdy tłumaczył nie wyczyszczenie pudła pojazdu brzydkÄ… pogodÄ… na stacji zwrotnej, Przekwas pytał innych maszynistów o pogodÄ™ i sam sobie wyrabiał zdanie o naszym trzecim, który w efekcie też zrezygnował ze wspólnikowania.
Po jego odejÅ›ciu zostaliÅ›my wezwani do instruktorów, którzy oznajmili nam, że planowego trzeciego nie dostaniemy, gdyż nikt nie chce z wiadomych powodów przyjÅ›ć na “369”.
    Rozmawiałem wielokrotnie z Zygmuntem, przekonujÄ…c go, że jak jeździliÅ›my we dwóch na “rumunie” to było inaczej. Łatwiej można siÄ™ było miÄ™dzy sobÄ… dogadać i ustalić niepisane prawa na naszej lokomotywie. Teraz przy obsadzie trzyosobowej powinien trochÄ™ ustÄ…pić. Poza tym wielu już wtedy nie chciało robić takich rzeczy jak pielÄ™gnowanie pojazdu za darmo, tym bardziej, że zgodnie z przepisami utrzymanie zewnÄ™trznej czystoÅ›ci nie należało do obowiÄ…zków maszynisty. Przekwas był jednak bardzo odporny na moje tłumaczenia. Powtarzał w kółko:
    - Nie ma, jak był Stacho...
    Bez trzeciego jeździliÅ›my prawie dwa miesiÄ…ce. Patrzono na nas krzywym okiem. Co z tego, że “trzy, szeÅ›ć, dziewię㔠była najczyÅ›ciejsza we Wrocławiu, jak nikt nie chciał z nami wspólnikować.
    Nie pamiÄ™tam już gdzie, ale na stacji zwrotnej, wyrzuciłem wszystko do zewnÄ™trznego czyszczenia, z drabinkÄ… i długÄ… szczotkÄ… włÄ…cznie. Specjalnie zrobiłem to daleko od Wrocławia aby Przekwas tego nie pozbierał i nie przyniósł z powrotem na lokomotywÄ™.
Na koniec służby zmieniał mnie planowo Zygmunt. Wszedł do kabiny i z niedowierzaniem zapytał:
    - Włodek, nie wyczyÅ›ciłeÅ› pudła?
    - Nie ma czym - odparłem.
    Przekwas zlustrował maszynowniÄ™ i do końca zmiany nie padło już miÄ™dzy nami żadne słowo. Stało siÄ™ to czego obawiałem siÄ™ najbardziej. Ciche dni, prawie wojna miÄ™dzy dwoma szanujÄ…cymi siÄ™ od lat wspólnikami. Po paru dniach lokomotywa przestała lÅ›nić czystoÅ›ciÄ… i pokrywajÄ…cym jÄ… brudem szybko zrównała siÄ™ z wiÄ™kszoÅ›ciÄ… wrocławskich pojazdów. Z miesiÄ…ca na miesiÄ…c było ich coraz wiÄ™cej, gdyż administracji nie zależało na czystoÅ›ci. Byle jechały. Dotychczas kierownictwo wykorzystujÄ…c przyzwyczajenia maszynistów do zewnÄ™trznego czyszczenia, wyniesione w wiÄ™kszoÅ›ci przez starsze pokolenie z parowozów, nie zaprzÄ…tało sobie głowy wyglÄ…dem zewnÄ™trznym, gdyż wymagało to wydawania pieniÄ™dzy. A po co, skoro maszynista zrobi to za darmo? Niejeden maszynista widzÄ…c lokomotywÄ™ brudnÄ… jak Å›wiÄ™ta ziemia, czÄ™sto wbrew sobie zmuszał siÄ™ do jej czyszczenia, gdyż wstyd było pojazdem w takim stanie gdzieÅ› w PolskÄ™ pojechać. Wielokrotnie robiłem to sam, ale teraz definitywnie położyłem temu kres. PrzysiÄ…głem sobie, że jedynymi elementami które bÄ™dÄ™ czyÅ›cił to drÄ…żki i lewe drzwi w kabinie, aby przy wchodzeniu nie pobrudzić rÄ…k i ubrania. Po miesiÄ…cu Zygmunt z ciÄ™żkim sercem, ale zgodził siÄ™ z nowym porzÄ…dkiem. Przyznał mi racjÄ™, dodajÄ…c iż wczeÅ›niej powinienem tak zrobić. Nie przylgnÄ…łby do nas przydomek “czyÅ›cibutów”.
    Bariery usunÄ™liÅ›my, wiÄ™c instruktorzy przydzielili nam na trzeciego maszynistÄ™ Andrzeja Paluszkiewicza. Na poczÄ…tku, nie kryjÄ…c siÄ™ wyznał z obawÄ…, że nie chce podzielić losu poprzedników. Nasze wspólne z Zygmuntem zapewnienia, iż stan który przysporzył nam tylko wrogów nie wróci, zachÄ™ciły Andrzeja do współpracy. Szybko okazało siÄ™, że nie mieliÅ›my co żałować naszych posuniÄ™ć. Andrzej okazał siÄ™ dobrym kolegÄ… i maszynistÄ…, a przesadnÄ… czystoÅ›ciÄ… jakÄ… wprowadził w kabinach, wkupił siÄ™ na dobre szczególnie u Zygmunta.
    Oprócz życia jakie toczyło siÄ™ z dnia na dzień na lokomotywie, gdzieÅ› obok biegło także to zakładowe. ChcÄ…c nie chcÄ…c, trzeba było w nim uczestniczyć, bo już inny klimat goÅ›cił w szopie w latach osiemdziesiÄ…tych, w porównaniu z wczeÅ›niejszym okresem. Tamte lata wspominałem z przyjemnoÅ›ciÄ…. Obecny czas był okresem podziałów, waÅ›ni, niesnasek, nieporozumień, wzajemnych pretensji. Na każdym kroku trzeba było walczyć o swoje.
    Po powrocie za nastawnik, wspólnie z maszynistÄ… Felicjanem Domaszewskim równie jak ja zaangażowanym w sprawy bytowe służb trakcyjnych, zwróciliÅ›my siÄ™ do kierownictwa lokomotywowni z proÅ›bÄ… o wystÄ…pienie do władz zwierzchnich o przydzielenie dla Wrocławia nowych odcinków obsługi: do Gdyni i ŚwinoujÅ›cia oraz zwiÄ™kszenie liczby prowadzonych pociÄ…gów do Krakowa. Z wielkim trudem nasze starania zostały uwieńczone sukcesem. Duże zaangażowanie w tej sprawie wykazał ówczesny naczelnik ZarzÄ…du Trakcji DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP, Ryszard Sobolak.
    Byłem dumny, że lokomotywy wrocławskie jeździły prawie w całej Polsce. ZwiÄ™kszenie liczby odcinków obsługi niosło jednak za sobÄ… pewne niedogodnoÅ›ci. Plan służb wydłużył siÄ™ do ponad stu obiegów. Jedyna w planie Gdynia przypadała do jazdy co około trzy i pół miesiÄ…ca. WypadniÄ™cie z jakiejÅ› przyczyny z tej służby wiÄ…zało siÄ™ z utratÄ… znajomoÅ›ci szlaku. Należało coÅ› z tym zrobić.
PropozycjÄ™ wykonania dwóch planów skierowaliÅ›my tym razem do kierownika trakcji, Adama Fijałkowskiego. W naszych założeniach “pierwszy plan” miał być bardziej atrakcyjny i skupiać przede wszystkim dalekie odcinki obsługi. NapotkaliÅ›my na opór ze strony administracji lokomotywowni, ale nasza nieustÄ™pliwoÅ›ć oraz koronny argument o znajomoÅ›ci szlaku, który był podstawÄ… bezpieczeństwa prowadzonego pociÄ…gu wygrały.
Wykonano dwa plany. Pomysł był dobry, akceptowany przez wiÄ™kszÄ… część maszynistów. Nie tylko ja byłem zwolennikiem długich służb, wielu maszynistów podzielało ten poglÄ…d. PamiÄ™tajÄ…c głosowanie sprzed kilku lat wiedziałem, że jest wielu maszynistów wolÄ…cych jeździć niedaleko, jak to siÄ™ mówiło: “koło domu”. Aby nie dopuÅ›cić do kolejnego referendum pozbawiajÄ…cego naszÄ… lokomotywowniÄ™ części pracy, zaproponowaliÅ›my rozwiÄ…zanie sprawy w sposób satysfakcjonujÄ…cy wiÄ™kszoÅ›ć. Ale problem wyniknÄ…ł przy obsadzaniu poszczególnych planów. Zrobiono to bardzo źle. Odnosiło siÄ™ wrażenie, że cała administracja wykonała celowy ruch w kierunku skłócenia drużyn trakcji elektrycznej. Do “pierwszego planu” - już atrakcyjnego nie tylko z założenia - dostali siÄ™ ci maszyniÅ›ci, którzy trzy lata wstecz głosowali za skróceniem odcinków obsługi.
    - Odpowiada nam taka jazda, aby w którÄ… stronÄ™ nie spojrzeć, widać było wrocławskie kominy - mówili wówczas.
    Przed wprowadzeniem obu planów w życie, właÅ›nie oni poszli z zażaleniem do ZarzÄ…du Trakcji DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP mówiÄ…c, że zrobiono im krzywdÄ™. Najpierw odpowiadały im wrocławskie kominy za oknami. Gdy zorientowali siÄ™, że “pierwszy” jest atrakcyjny także finansowo, naraz zapragnÄ™li jeździć daleko w PolskÄ™. Zażalenie uwzglÄ™dniono i tak oto “krzykacze” załatwiajÄ…c sprawÄ™ kuchennymi drzwiami wyrugowali wielu młodych maszynistów, którzy jeżdżÄ…c w “pierwszym planie” mieliby dużÄ… satysfakcjÄ™. Nigdy nie mogłem siÄ™ z tym pogodzić. Znałem wszystkich od lat. Wiedziałem, co każdy z nich znaczy i na kim można polegać. Wielu było sumiennych, koleżeńskich. Ale byli i tacy, którzy liczyli tylko swoje korzyÅ›ci, nie patrzÄ…c na innych. Gdy miałem być zmieniany po służbie “w peronie” i od dyspozytora usłyszałem nazwisko “nieplanowego” zmiennika, od razu wiedziałem, jak to bÄ™dzie wyglÄ…dało. Albo kolega stał na skraju peronu i z daleka pozdrawiał rÄ™kÄ… na powitanie..., albo siedziałem jeszcze kilkanaÅ›cie minut w kabinie, bo zmiennik przyszedł “przy podanym semaforze” do dalszej jazdy. Nie uważali za konieczne, by szybko zmienić kolegÄ™ po dalekiej trasie. Woleli oglÄ…dać wystawy w kiosku, wypić napój w bufecie i przechadzać siÄ™ do ostatniej chwili po peronie. Tacy maszyniÅ›ci nie pasowali do “pierwszego planu”.
UÅ›wiadomiłem sobie, jakiej degradacji dopuszczono siÄ™ w stosunku do Å›rodowiska maszynistów. WprowadzajÄ…c tak obsadzone dwa plany, skłócono maszynistów na zawsze. Powstały grupki wzajemnie siÄ™ obgadujÄ…ce. RozpoczÄ™ło siÄ™ donoszenie, co we wczeÅ›niejszych latach było nie do pomyÅ›lenia. Na temat “pierwszoplanowych” tworzono różne, czÄ™sto nieprawdziwe historie i przekazywano je kierownictwu w nadziei na zajÄ™cie ich miejsc przy prowadzeniu pociÄ…gów dalekobieżnych. Kierownictwo osiÄ…gnÄ™ło, co chciało. MaszyniÅ›ci zajmujÄ…cy siÄ™ patrzeniem sobie na rÄ™ce, nie mieli czasu studiować planów służb, które administracja płodziła bez składu i ładu. Mankamenty wychodziły dopiero w czasie pracy. CzÄ™sto, gdy zajeżdżałem np. do MiÄ™dzylesia, stałem kilka godzin, podczas gdy z Wrocławia przyjeżdżały kolejne elektrowozy. Po chwili postoju wracały, a ja dalej stałem na boku. Przedstawiane przez nas propozycje poprawek, niestety, nie były brane pod uwagÄ™. Dawano nam w ten sposób do zrozumienia, kto tutaj rzÄ…dzi. Po raz kolejny dochodziłem do wniosku, jak mało do powiedzenia mieli we Wrocławiu maszyniÅ›ci instruktorzy.
    Niekompetencja i brak chÄ™ci podejmowania być może ryzykownych, ale mogÄ…cych przynieÅ›ć wymierne korzyÅ›ci decyzji, dawały o sobie znać na każdym kroku. ProponowaliÅ›my kiedyÅ› jazdÄ™ podwójnÄ… trakcjÄ… lokomotywami serii SP45 do Warszawy, w celu skrócenia czasu jazdy niektórych pociÄ…gów. JeżdżÄ…c na EU07-369 chciałem udowodnić, iż dwoma elektrowozami w sterowaniu wielokrotnym zajadÄ™ ciÄ™żkim pociÄ…giem do Warszawy w 4 godziny 15 minut. Wrocław ma najgorsze w kraju połÄ…czenie kolejowe ze stolicÄ…, wiÄ™c takie rozwiÄ…zanie powinno mieć miejsce, skoro szlak na wiÄ™kszoÅ›ci odcinków nie pozwalał na osiÄ…gniÄ™cie znacznych prÄ™dkoÅ›ci, a tam gdzie już można było dobrze jechać i tak z miesiÄ…ca na miesiÄ…c rosła liczba zwolnień. Nikt jednak nie chciał zgodzić siÄ™ na taki eksperyment, wiÄ™c dalej wyciskaliÅ›my z “siódemek” co siÄ™ dało, ciÄ…gnÄ…c “od słupa do słupa”.
Pewnego dnia, jadÄ…c prywatnie do Ostrowa Wielkopolskiego pociÄ…giem z Frankfurtu nad Menem do Warszawy, zobaczyłem na wrocławskiej stacji jak na czoło pociÄ…gu doczepiane sÄ… dwa elektrowozy. Tym drugim był zwracany do Warszawy EU07-514. Podpowiedziałem maszyniÅ›cie, aby nie zwiÄ™kszał brutta i tak już ciÄ™żkiego pociÄ…gu, tylko wykorzystał go jako czynny i połÄ…czył “warkoczami” (przewodami) sterowania wielokrotnego. Niezwłocznie przystÄ…pił do wykonania podsuniÄ™tego przeze mnie rozwiÄ…zania.
    Skład prowadzony dwoma lokomotywami ruszył z Wrocławia tak szybko, że kierownik został na peronie. MuszÄ™ przyznać, że jadÄ…c w wagonie czułem, iż kolega miał wielkÄ… przyjemnoÅ›ć prowadzenia pociÄ…gu w tym dniu. Po miniÄ™ciu stacji Wrocław Psie Pole, stojÄ…cy na korytarzu dwaj panowie patrzÄ…c z niedowierzaniem za okno stwierdzili:
    - Chyba dzisiaj prowadzi jakiÅ› wariat!
    Tak momentalnie rosła prÄ™dkoÅ›ć składu. Do Ostrowa Wielkopolskiego “Frankfurt” przyjechał z 15 minutowym wyprzedzeniem. OsiÄ…gniÄ™cie tak znacznej różnicy było możliwe na odcinku tylko 106 km! Jak siÄ™ później dowiedziałem od Tadka, w ten sposób jechał przez całÄ… drogÄ™ wzbudzajÄ…c ogólne zdziwienie wÅ›ród posterunków ruchu na trasie. Decydenci nie dali jednak za wygranÄ…. Kilkakrotnie sprawdzano taÅ›mÄ™ z owej jazdy, wnikliwie badajÄ…c, czy maszynista nie przekraczał prÄ™dkoÅ›ci rozkładowej oraz czy respektował wszystkie istniejÄ…ce na trasie zwolnienia. Nic nie wykryto, ale w dalszym ciÄ…gu nie dopuszczano myÅ›li, że w ten sposób można by wydatnie poprawić warunki podróżowania do Warszawy przez Łódź.
    Problem ciÄ™żkich składów prowadzonych elektrowozami dawało siÄ™ odczuć bardzo czÄ™sto. Dobitny tego przykład miałem prowadzÄ…c pociÄ…g 56200 Gdynia - Szklarska PorÄ™ba. Na stacji poczÄ…tkowej kierownik przyniósł kartÄ™ próby hamulca, na której widniało brutto składu 875 ton. Dodał, że w Gdańsku bÄ™dzie doczepiony jeszcze jeden wagon.
Zadałem kierownikowi pytanie:
    - Kto na tej kolei rzÄ…dzi, skoro w służbowym rozkładzie jazdy jest napisane jak byk: ciÄ™żar brutto 700 ton?
    Poubolewał i odszedł bez słowa. OczywiÅ›cie w Gdańsku doczepili zapowiedziany wagon. Musiałem wyciÄ…gnÄ…ć skład na tor szlakowy, aby zwolnić zwrotnicÄ™ w przeciwległej części stacji, umożliwiajÄ…c dodanie go na koniec pociÄ…gu. Nikt nie zastanowił siÄ™, jak miałem jechać do Wrocławia. PomyÅ›lałem, że dyspozytorzy dyrekcyjni majÄ… wyłÄ…cznie zakodowane, że EU07 może ciÄ…gnÄ…ć nawet 2000 ton. Owszem, może... tylko z jakÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ…!? Przez czyjÄ…Å› niekompetencjÄ™, brak wyobraźni, podstawowych wiadomoÅ›ci z zakresu taboru - ruszajÄ…c z każdej stacji myÅ›lałem, że odfrunÄ… wentylatory oporów rozruchowych, mozolnie osiÄ…gajÄ…c przyzwoite prÄ™dkoÅ›ci ciÄ…gnÄ…łem “od słupa do słupa” i przyjechałem do Wrocławia z ponad godzinnym opóźnieniem.
    Zawsze, siadajÄ…c na prawÄ… stronÄ™ i szykujÄ…c siÄ™ do drogi, moje myÅ›li krÄ…żyły wokół jednego: szczęśliwie i bezpiecznie przewieźć ludzi, bo taki jest cel każdego maszynisty pociÄ…gów pasażerskich. Ale czÄ™sto uniemożliwiano mi spokojne i planowe prowadzenie pociÄ…gu. Było to przykre tym bardziej, że przyczyniali siÄ™ do tego ludzie również za bezpieczeństwo jadÄ…cych pociÄ…gów odpowiedzialni.
    2 czerwca 1991 roku prowadziłem pociÄ…g poÅ›pieszny 65201 Jelenia Góra - Gdynia. Z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 120 km/h zbliżałem siÄ™ do stacji Terespol Pomorski. Po miniÄ™ciu ostatniego semafora blokady samoczynnej, który wskazywał Å›wiatło “zielone migajÄ…ce”, “wyrzuciłem nastawnik na zero” i rozpoczÄ…łem powolne ograniczanie prÄ™dkoÅ›ci do 100 km/h, gdyż z takÄ… należało przejechać przez stacjÄ™. Zaraz za tym semaforem rozpoczynał siÄ™ biegnÄ…cy przed stacjÄ… w głÄ™bokim wÄ…wozie, bardzo długi łuk. Naraz, w niedużej odległoÅ›ci zobaczyłem szybko rosnÄ…ce w oczach czerwone sygnały końca pociÄ…gu. TrzymajÄ…c cały czas rÄ™kÄ™ na hamulcu, szybko “dałem w nagłe”. Chciałem uciekać do maszynowni, ale... coÅ› mnie przykuło do fotela. Błyskawicznie przebiegła mi przez głowÄ™ myÅ›l:
    - Przecież ostatni semafor pulsował na zielono...!
    Po chwili, gdy kawałek przejechanego łuku pozwolił na właÅ›ciwÄ… ocenÄ™ sytuacji okazało siÄ™, że owe sygnały końcowe należały do wyciÄ…gniÄ™tego ze stacji pociÄ…gu towarowego, stojÄ…cego na torze obok. W momencie mijania końca tego składu zerknÄ…łem na prÄ™dkoÅ›ciomierz - było 80 km/h. RozpoczÄ…łem luzowanie, myÅ›lÄ…c jednoczeÅ›nie:
    - Gdyby te wagony stały na moim torze, to byłby chyba koniec...
    Skład wyluzował dopiero przy prÄ™dkoÅ›ci 40 km/h. MinÄ…łem nastawniÄ™ i dłuższy czas wlokłem siÄ™ przez stacjÄ™ nie rozpÄ™dzajÄ…c składu. Zapaliłem papierosa i powoli zaczÄ…łem dochodzić do siebie. Wstałem z fotela, wywołujÄ…c przez radio dyżurnego:
    - Dlaczego mnie pan nie uprzedził, że przed stacjÄ… na niewłaÅ›ciwym torze szlakowym stojÄ… wagony. Chyba pan wie, że tam jest łuk, wÄ…wóz i wszystko widać w ostatniej chwili?
    Dyżurny po chwili ciszy oÅ›wiadczył:
    - Wywoływałem aby powiadomić o wypchniÄ™ciu składu, ale pan siÄ™ nie zgłaszał.
    Radio miałem sprawne, słyszałem przecież inne rozmowy. Może w wÄ…wozie przestało na chwilÄ™ odbierać? Nieraz w podobnych miejscach tak siÄ™ zdarzało. Mimo tego nie byłem przekonany o szczeroÅ›ci słów dyżurnego. WiÄ™kszoÅ›ć szlaku to otwarta przestrzeń. Odłożyłem mikrofon na widełki, nie prowadzÄ…c z nim dalszej dyskusji. Bardziej był mi potrzebny spokój, aby siÄ™ opanować i móc kontynuować jazdÄ™. Odruchowo, choć nie było to potrzebne, poprawiłem poduszki na fotelu i usiadłem. ChwilÄ™ potem znów pÄ™dziłem “rozkładowÄ…”.
    W noclegowni w Gdyni chciałem dobrze po tym wszystkim wypoczÄ…ć, ale nie za bardzo mi to wychodziło. Po kilku godzinach leżenia pojechałem do miasta i poszedłem do portu, gdzie trochÄ™ pomogło mi Å›wieże morskie powietrze.
Jednak przez nastÄ™pnych kilka dni czułem siÄ™ bardzo nieswojo. JakoÅ› sobie to złe samopoczucie tłumaczyłem i normalnie chodziłem do pracy. 7 czerwca pojechałem do Warszawy “Piastem”. Odpoczywałem po służbie w noclegowni na Odolanach. GawÄ™dziłem z maszynistÄ… Ryszardem Jakubkiem - z którym przyjechałem - wspominajÄ…c dawne czasy. W pewnym momencie poczułem jak od pasa w dół dostajÄ™ coraz mocniejszych drgawek. Po chwili trzÄ…słem siÄ™ już jak galareta. Jakubek pobiegł do dyspozytora. Sprowadzono karetkÄ™. Nim przyjechała, drgawki ustały. Nie chciałem jechać, ale dyspozytor powiedział, że w takim stanie nie mam co marzyć, bym wrócił do Wrocławia lokomotywÄ…. Zawieziono mnie do Szpitala Kolejowego w Pruszkowie.
    Nazajutrz maszynista Rysiek Surmacewicz, mieszkajÄ…cy w pobliżu, przyszedł powiadomić MilÄ™. ZaczÄ…ł niefortunnie:
    - Włodek jest w szpitalu w Pruszkowie.
    WidzÄ…c przerażenie w jej oczach, dopiero zaczÄ…ł tłumaczyć, że nie wypadek na trasie, tylko coÅ› mi siÄ™ stało w noclegowni. TrochÄ™ to MilÄ™ uspokoiło.
    Przyjechała do mnie razem z synem Adasiem. Leżałem na oddziale intensywnej terapii, wiÄ™c mieli duże kłopoty z uzyskaniem pozwolenia na odwiedziny. Ale lekarz dyżurny, gdy usłyszał, że rodzina maszynisty z Wrocławia to zezwolił na odwiedziny. Po wejÅ›ciu na salÄ™ zobaczyli mnie Å›piÄ…cego, zaroÅ›niÄ™tego i oblepionego przewodami. Jedzenie na stoliku nie tkniÄ™te. Po raz kolejny siÄ™ przestraszyli. Doprowadzili mnie do porzÄ…dku, a po rozmowie z lekarzem trochÄ™ uspokojeni wrócili do Wrocławia.
     Kuracja w pruszkowskim szpitalu trwała 7 dni. Zanim wykonano szereg badań, majÄ…cych na celu znalezienie właÅ›ciwej przyczyny, myÅ›lałem o najgorszym:
    - Mój brat odszedł z jazdy na serce. Czyżby mnie spotkało to samo i tak nagle miałbym wiÄ™cej nie poprowadzić pociÄ…gu!?
    Ale na szczęście wyniki badań rozwiały moje obawy. Stwierdzono, że ten stan został wywołany na tle nerwowym po przeżyciu bardzo dużego stresu.
    LeżÄ…c w szpitalnym łóżku rozmyÅ›lałem, iż w dużej mierze “zawdziÄ™czam” to niefrasobliwoÅ›ci, może brakowi wyobraźni, drugiego kolejarza. Po kilku miesiÄ…cach rekonwalescencji i przejÅ›ciu stosownych badań lekarskich, wróciłem za nastawnik.
    W NiedzielÄ™ WielkanocnÄ… 1994 roku pojechałem “Frankfurtem” do Warszawy. Szkoda było jechać, w domu została rodzina w komplecie, a nawet w nad komplecie, gdyż na Å›wiÄ™ta przyjechał syn z synowÄ… i wnuczkiem. Ale służba, nie drużba. Wrócić miałem w poniedziałkowe południe, później na rodzinne spotkanie miała przyjÅ›ć siostra ze szwagrem, wiÄ™c jeszcze trochÄ™ Å›wiÄ…t przede mnÄ…. Do Warszawy zajechałem bez przeszkód, szybko odstawiłem lokomotywÄ™ i poszedłem spać. Nazajutrz, wczeÅ›nie rano podstawiłem siÄ™ na Grochowie pod “Sudety”.
    RuszajÄ…c z Centralnego, spokojnie i wcale nie ciÄ™żkim pociÄ…giem... trach! I zaczÄ™ło stukać spod pierwszego wózka.
- PÄ™kła zÄ™batka w przekładni - pomyÅ›lałem.
W pierwszej chwili koło nastawnika cofnÄ…łem “na zero”, ale składu nie zatrzymałem:
- Zanim dadzÄ… drugÄ… lokomotywÄ™ minie sporo czasu, opóźnienie murowane. Jak dałem “na zero”, trochÄ™ ucichło. SpróbujÄ™...
Nie stosujÄ…c gwałtownego rozruchu, powoli rozpÄ™dzałem pociÄ…g. Za Włochami, po uzyskaniu rozkładowej prÄ™dkoÅ›ci, podjÄ…łem doÅ›ć ryzykownÄ… decyzjÄ™. OpuÅ›ciłem pantograf, otworzyłem szafÄ™ wysokiego napiÄ™cia i odłÄ…czyłem parÄ™ silników, wÅ›ród której był ten z uszkodzonÄ… zÄ™batkÄ…. W ten sposób zmniejszyłem przeciÄ…żenia. To co najbardziej ryzykowne, było dopiero przede mnÄ…. Podniesienie pantografu przy prÄ™dkoÅ›ci prawie 120 km/h. Udało siÄ™. ZałÄ…czyłem “szybki” i na “szeregu z bokami” połowÄ… mocy lokomotywy utrzymywałem prÄ™dkoÅ›ć. “Sudety” nie miały wcale tak wyÅ›rubowanego czasu jazdy i tak kombinujÄ…c - rozpÄ™dzajÄ…c pełnÄ… mocÄ…, a utrzymujÄ…c prÄ™dkoÅ›ć połowÄ… - zajechałem planowo do Wrocławia.
Kilka lat temu Zygmunt Przekwas w trochÄ™ inny sposób poradził sobie z usterkÄ…, jaka wystÄ…piła w czasie jazdy. Prowadził z Warszawy “BogatyniÄ™” i gdzieÅ› koło CzÄ™stochowy zanikło w czołowej kabinie sterowanie. Z poczÄ…tku rozłożył rÄ™ce, ale po chwili pomyÅ›lał, że... ma drugÄ… kabinÄ™. “Bogatynia” była wtedy pociÄ…giem przyspieszonym, osiem wagonów (a wiÄ™c lekki), czas jazdy spokojny, wiÄ™c Zygmunt też spróbował. Ruszał z drugiej kabiny i po włÄ…czeniu “szeregu z bokami” (przy jeździe “na wstecznym” nie ma możliwoÅ›ci jazdy z równoległym połÄ…czeniem silników), biegł przez maszynowniÄ™ na czoło lokomotywy, skÄ…d mógł wyłÄ…cznikiem szybkim odłÄ…czyć jazdÄ™ prÄ…dowÄ… i hamować. Przyjechał do Wrocławia niemal planowo, tylko... trochÄ™ narzekał, że bolÄ… go nogi i uszy od otwartych drzwi do maszynowni.
Chyba jeszcze z parowozu mieliÅ›my zakodowane, aby doprowadzić pociÄ…g - oczywiÅ›cie najlepiej planowo - za wszelkÄ… cenÄ™. To był wielki dyshonor nie umieć sobie poradzić i zdefektować.
Jednak nie za wszelkÄ… cenÄ™. Bo co innego brać na siebie odpowiedzialnoÅ›ć za opuszczenie i podnoszenie pantografu przy prÄ™dkoÅ›ci 120 km/h, czy uważne prowadzenie pociÄ…gu z częściowym wykorzystaniem drugiej kabiny; a co innego zlekceważyć przepisy ruchowe, co nieraz prowadziło już do tragedii.
    W sierpniu 1995 r. prowadziłem swoim planowym elektrowozem pociÄ…g 65203 Wrocław Główny - Gdynia. CałÄ… noc służba przebiegała spokojnie, aż do stacji Gdańsk Wrzeszcz. W peron stacyjny przyjÄ™to skład na tor niewłaÅ›ciwy i dyżurna ruchu poinformowała mnie przez radiotelefon, że jazda bÄ™dzie kontynuowana tym torem. InformacjÄ™ przyjÄ…łem.
    Po ruszeniu, zbliżajÄ…c siÄ™ do rozjazdów stwierdziłem brak semafora przy torze, po którym jechałem. Stał tylko tzw. karzełek z wyÅ›wietlonym sygnałem zastÄ™pczym. Po zatrzymaniu składu przed tym sygnałem zgłosiłem przez radio dyżurnej, że taki sygnał nie upoważnia do wyjazdu pociÄ…gu na szlak po torze niewłaÅ›ciwym i poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego “N”. Dyżurna odmówiła:
    - Wszyscy maszyniÅ›ci tak jeżdżÄ…, a pan ma jakieÅ› problemy!
    Odparłem, że wszyscy maszyniÅ›ci to nie ja i jeszcze raz poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego “N”. Nie twierdzÄ™, nawet nie dopuszczam takiej myÅ›li, że jadÄ…cy przede mnÄ… maszyniÅ›ci nie znali przepisów. WidocznoÅ›ć na wyjeździe z Wrzeszcza była utrudniona: tor w łuku, zabudowania na peronie. Gdy ruszali “z kopyta” i minÄ™li taki sygnał, to na pewno zorientowali siÄ™ o nieprawidłowoÅ›ci. Ale jak już z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… wjechali w rozjazdy, jazdÄ™ kontynuowali.. Ja ruszyłem spokojnie i w porÄ™ spostrzegłem, że ktoÅ› narażajÄ…c bezpieczeństwo podróżnych, ułatwia sobie pracÄ™.
    StojÄ…c dalej pod “karzełkiem”, usłyszałem przez radio wiele epitetów kierowanych pod moim adresem. Pochodziły od maszynistów przejeżdżajÄ…cych co chwilÄ™ obok, pociÄ…gów podmiejskich SKM:
    - JesteÅ› skończony! Na pewno dalej pojedziesz, ale... pasażerem!
    - To moja sprawa i proszÄ™ siÄ™ nie wtrÄ…cać. A kto jest winien i kto zna przepisy, to siÄ™ jeszcze okaże - odpowiadałem.
    Ale im dłużej stałem, tym mniej siÄ™ odzywałem, gdyż zwroty kierowane do mnie drogÄ… radiowÄ… były coraz ciÄ™ższego kalibru. Było wczeÅ›nie rano. Do Gdyni zjeżdżały pociÄ…gi z całej Polski. Niedługo kolejka składów czekajÄ…cych na wjazd do Trójmiasta siÄ™gała stacji Pszczółki. Na końcu “korka” znalazł siÄ™ kolejny pociÄ…g, prowadzony wrocławskÄ… lokomotywÄ…. JadÄ…cy nim maszynista Tadek Nawrot po wydłużajÄ…cym siÄ™ postoju spytał w końcu przez radio:
    - Jaka jest przyczyna, że pociÄ…gi nie jadÄ… do Gdańska?.
    - We Wrzeszczu stoi jakiÅ› mÄ…drala - wrocławiak i nie chce jechać - usłyszał w odpowiedzi.
    Tadek wiedział, że spotkamy siÄ™ w Gdyni.
    - Jeżeli to stoi EU07-369 i wÄ…saty maszynista, to jest były instruktor. Skoro uznał, że nie pojedzie - to nie pojedzie. I na pewno ma racjÄ™! - odparł.
    Po prawie półtorej godzinie stania pod “karzełkiem”, po zmianie służby w nastawni Gdańsk Wrzeszcz kolejny dyżurny - albo był mniej uparty, albo lepiej znał przepisy - rozkaz dorÄ™czył. Ruszyłem. W taki sam sposób odprawiano również stojÄ…ce za mnÄ… pociÄ…gi. Gdy zajechałem do lokomotywowni Gdynia Grabówek, poproszono mnie do zastÄ™pcy naczelnika celem złożenia wyjaÅ›nienia. Poszedłem... Akurat w tym momencie odbywała siÄ™ “zdalna telekonferencja”. Usłyszałem, że:
- Za dzisiejsze poranne zablokowanie dalekobieżnych torów w TrójmieÅ›cie wyłÄ…cznÄ… winÄ™ ponosi maszynista wrocławski!
    Po tym stwierdzeniu, moja ostra wymiana zdań z gdyńskim maszynistÄ… instruktorem, została posłyszana przez naczelnika zarzÄ…du Północnej DOKP. Ten zorientował siÄ™, że przyczyna zamieszania jest w zasiÄ™gu głosu, zażÄ…dał ode mnie bezpoÅ›redniego wyjaÅ›nienia sprawy. Było krótkie:
    - PociÄ…g nie powinien doznać wiÄ™kszego opóźnienia niż 5 minut. Przepisy mówiÄ…, że po zażÄ…daniu jakiegokolwiek rozkazu powinienem go niezwłocznie otrzymać i kontynuować jazdÄ™. WinÄ™ ponosi wyłÄ…cznie uparta dyżurna, bo sygnał, na jaki chciała wyprawić pociÄ…g ze stacji na niewłaÅ›ciwy tor szlakowy nie upoważniał maszynisty do wyjazdu.
     - Ponadto - dodałem - byłem maszynistÄ… instruktorem i przepisy znam, a wrÄ™cz identyczny przypadek miałem kilkanaÅ›cie dni wczeÅ›niej na stacji KÄ…ty Wrocławskie. PociÄ…gi stały na szlaku aż do Wrocławia. Nastawniczy kilkakrotnie przychodził pytać: dlaczego nie jadÄ™, ale... rozkazu nie przynosił. Dopiero po ponad godzinie, znalazł siÄ™ ktoÅ› mÄ…drzejszy i dostarczono mi odpowiedni rozkaz. Finał tej sprawy także miał miejsce na “zdalnej” i nie doszukano siÄ™ mojej winy.
    Po tym oÅ›wiadczeniu zaczÄ™to mnie traktować poważnie. Rozmowa stała siÄ™ bardziej rzeczowa, a gdyński instruktor szybko znalazł odpowiednie przepisy, uwalniajÄ…ce mnie od zarzutów oraz upewniajÄ…ce wszystkich jedynie o bardzo dobrej znajomoÅ›ci owych przepisów przez “mÄ…dralÄ™”. “Chcieć to móc” - szkoda tylko, że tak późno.
    Na jakiekolwiek odstÄ™pstwo od przestrzegania przepisów nie pozwoliłbym sobie z dwóch powodów. Pierwszy - to bezpieczeństwo jadÄ…cych ludzi i powierzonego taboru, drugi choć już mniej ważny, ale tak samo oczywisty - nigdy nie wiadomo, kto w pociÄ…gu jedzie. Na potwierdzenie tego kolejny przykład z gdyńskiej służby, tym razem pociÄ…giem 65201 Jelenia Góra - Gdynia.
    Na trasie Bydgoszcz - Tczew oddawano w kilku miejscach do użytku nowÄ… samoczynnÄ… blokadÄ™ liniowÄ…, która oprócz semaforów odstÄ™powych, stacyjnych wjazdowych i wyjazdowych, miała także nowoÅ›ć - semafory grupowe, znacznie usprawniajÄ…ce ruch pociÄ…gów. PrzejeżdżajÄ…c przez Warlubie na semaforze wyjazdowym został wyÅ›wietlony sygnał zastÄ™pczy. Zwolniłem bieg pociÄ…gu - zgodnie z przepisami ruchowymi - do 40 km/h. Na semaforze grupowym zaÅ› paliło siÄ™ Å›wiatło zielone. Gdy ostatni wagon opuÅ›cił stacjÄ™, zaczÄ…łem zwiÄ™kszać szybkoÅ›ć do rozkładowej.
    ChwilÄ™ po zatrzymaniu na stacji Tczew podszedł do lokomotywy jakiÅ› pan. Nie przedstawiajÄ…c siÄ™ oÅ›wiadczył tylko, że spowodowałem wykroczenie i bÄ™dÄ™ miał nieprzyjemnoÅ›ci.
    - Kim pan jest? Jakie wykroczenie i gdzie? - spytałem.
    Przedstawił siÄ™ jako kontroler, a problem wykroczenia dotyczy stacji Warlubie, gdzie na blokadÄ™ samoczynnÄ… wjechałem według niego zamiast 40, ponad 60 km/h. Szybko zaskoczyłem, bo miejscowy kontroler na pewno nie miałby takich uwag.
    - No dobrze, kontroler. SkÄ…d pan jest, jeÅ›li można spytać?
    - Z Łodzi. JadÄ™ co prawda prywatnie, ale ponieważ to mój zawód, to trochÄ™ szlak i pana pracÄ™ obserwujÄ™.
    ZaÅ›miałem siÄ™ pod nosem i odparłem:
    - Jak pan nie zna terenu i jedzie prywatnie, to niech spokojnie siedzi w wagonie.
    Zaskoczony takÄ… odpowiedziÄ…, odszedł. I tak nie miał innego wyjÅ›cia, gdyż kierownik pociÄ…gu podawał już sygnał “gotów do odjazdu”.
    Po zatrzymaniu pociÄ…gu w Gdańsku Głównym przyszedł ponownie:
    - Ja tego tak panu płazem nie puszczÄ™! Za wykroczenie ruchowe, opryskliwoÅ›ć i brak skruchy musi pan zostać ukarany.
    - Brak skruchy? - pomyÅ›lałem.
    Miałem ochotÄ™ go oÅ›mieszyć, ale wystarczajÄ…co dużo w swojej karierze zawodowej chodziłem na różne wyjaÅ›nienia, po których to nie ja wychodziłem skruszony. Odparłem wiÄ™c kontrolerowi, że na odcinku Bydgoszcz - Tczew zakładany jest nowy typ blokady, a czym siÄ™ ona różni od starej i dlaczego pojechałem tak, a nie inaczej, niech już sam sobie do tego dojdzie, nim cokolwiek zacznie na mój temat pisać. MinÄ™ miał nietÄ™gÄ…. Nic nie przyszło...
    Wspominam tu i przytaczam przykłady upadku prestiżu stanowiska maszynisty na kolei. Wraz z rozwojem techniki, zwiÄ™kszaniem prÄ™dkoÅ›ci na szlakach, pozycja maszynisty miast rosnÄ…ć - malała. Coraz częściej spotykałem siÄ™ ze złym traktowaniem maszynisty, zwłaszcza przez kontrolujÄ…cych. WchodzÄ…c do lokomotywy wymagali od mechanika kulturalnego zachowania, sami jednak byli dalecy od okazywania szacunku. WiÄ™kszoÅ›ć kontrolerów jakich spotykałem to byli ludzie młodzi, posiadajÄ…cy wykształcenie wyższe. W ich mniemaniu maszynista, był tylko maszynistÄ….
    Gdy wracałem kiedyÅ› z Warszawy “PanoramÄ…”, na stacji Skierniewice wsiadło do kabiny trzech młodych kontrolerów: trakcyjnik, drogowiec i zabezpieczeniowiec. Byli po cywilnemu, wiÄ™c zażÄ…dałem okazania dokumentów. Mocno obrażeni wylegitymowali siÄ™, nadmieniajÄ…c przy tym, że jadÄ… do Radomska. Rozsiedli siÄ™ w kabinie, gdzie tylko było można i zajmowali siÄ™ wszystkim, tylko nie kolejÄ…. Nie odpowiadali na powtarzane przeze mnie wskazania semaforów, traktowali mnie jak powietrze... Za to omówili plany na najbliższe towarzyskie spotkania, interesy i zawartoÅ›ci kont dolarowych. Po zatrzymaniu w Koluszkach ni stÄ…d ni zowÄ…d, trakcyjnik zwrócił mi uwagÄ™:
    - Na tym szlaku jest 120 km/h, a ja jej u pana na prÄ™dkoÅ›ciomierzu nie widziałem!
    Zbaraniałem! Cóż on u licha chce, przecież do Koluszek zajechałem 2 minuty przed czasem. Jechałem wiÄ™c zgodnie z rozkładem. Ponadto maszyna była krótko po naprawie i miała “grube koła”. Rzeczywista prÄ™dkoÅ›ć była wiÄ™c nieco wiÄ™ksza, niż wskazywał prÄ™dkoÅ›ciomierz. Rychło jednak mowÄ™ odzyskałem, nakazujÄ…c kontrolerom opuszczenie kabiny, gdyż moja rola to w spokoju prowadzić pociÄ…g, a na omawianie balang, kont dolarowych i interesów najlepszym miejscem jest wagon kolejowy. Dwóch panów opuÅ›ciło lokomotywÄ™ bez protestów, natomiast trakcyjnik zaczÄ…ł siÄ™ stawiać. Jak to zwykle bywało w takich sytuacjach, obiecywał mi odsuniÄ™cie od stanowiska. Nie byłem jednak maszynistÄ… strachliwym, postawiłem na swoim i kontroler rad, nierad pojazd opuÅ›cił. Po przyjeździe do Wrocławia powiadomiłem o zajÅ›ciu swojego instruktora.. PostanowiliÅ›my czekać z gotowÄ… odpowiedziÄ… na raport panów kontrolerów, ale takowy nie wpłynÄ…ł.
    I tak mieli szczęście, że wyproszeni zostali z kabiny na stacji wyznaczonej planowym postojem. Przed laty jeżdżÄ…c na SP45-153 miałem podobne zdarzenie w Rzepinie. Przed odjazdem do Wrocławia, wsiadł do kabiny kontroler trakcyjny ze ZbÄ…szynka i bez żadnych wstÄ™pów zaczÄ…ł egzaminować mojego pomocnika. Dopóty działo siÄ™ to na postoju nie odzywałem siÄ™ słowem. Gdy podczas jazdy czynił to samo, zapytałem tylko:
    - Czy istnieje przepis, który pozwala na takie egzaminowanie, podczas jazdy planowym pociÄ…giem.
    Kontroler pewny siebie odpowiedział z lekko drwiÄ…cym uÅ›miechem:
    - Przepis nie istnieje, ale akurat ja to mogÄ™ robić.
    Był to pociÄ…g Berlin - Kraków, a najbliższy planowy postój wypadał w Zielonej Górze. Zatrzymałem skład w GÄ…dkowie i zwróciłem siÄ™ spokojnie do kontrolera:
    - Rozprasza pan uwagÄ™ drużyny trakcyjnej i naraża bezpieczeństwo prowadzonego pociÄ…gu. ProszÄ™ o opuszczenie lokomotywy.
    AwanturÄ™ zrobił podobnÄ… do tej w Koluszkach, ale szybko wysiadł. Podobnie jak w tamtym przypadku na utarczkach słownych siÄ™ skończyło.
    Zastanawiałem siÄ™ nieraz:
- Czy kontroler, aby mieć poczucie dobrze spełnionego obowiÄ…zku służbowego, musi koniecznie kogoÅ› na wykroczeniu przyłapać lub jak to siÄ™ nie udało, pokazać wyższoÅ›ć? Czy nie wystarczyło wejÅ›ć do lokomotywy i stwierdzić, że wszystko jest w najlepszym porzÄ…dku? Sam przecież przed paru laty byłem osobÄ… kontrolujÄ…cÄ…, ale do takich zachowań nigdy siÄ™ nie uciekałem.
    W październiku 1995 r. wracałem do Wrocławia pociÄ…giem 37003 Kraków - Berlin. Przed odjazdem ze stacji poczÄ…tkowej podszedł do elektrowozu jakiÅ› facet z walizkÄ…, ubrany jak dziad. Prosił bym go podwiózł do Katowic, bo nie ma pieniÄ™dzy na bilet. Poradziłem mu grzecznie aby udał siÄ™ do kierownika pociÄ…gu, on na pewno coÅ› wiÄ™cej może pomóc, bo lokomotywa nie służy przecież do przewozu pasażerów. Nie chcÄ…c dalej dyskutować zamknÄ…łem okno. Obserwowałem tego człowieka w lusterku. Nie poszedł do kierownika, tylko stał oparty o filar wiaty. Gdy na semaforze został wyÅ›wietlony sygnał “wolna droga”, ponownie podszedł do okna z tÄ… samÄ… proÅ›bÄ…. Nie dałem siÄ™ już wciÄ…gnÄ…ć w żadnÄ… rozmowÄ™, tylko czekałem na sygnał odjazdu od kierownika. Po otrzymaniu zgody, gdy już miałem ruszać, ów facet zaczÄ…ł wymachiwać legitymacjÄ… krzyczÄ…c, że jest kontrolerem i musi jechać.
    - No...! - pomyÅ›lałem - chwyt poniżej pasa. Nie zważajÄ…c na legitymacjÄ™ zamknÄ…łem okno, mocniej zakrÄ™ciłem nastawnikiem i pojechałem w drogÄ™.
    Podczas pierwszego rozkładowego postoju w Trzebinii, podbiegł do lokomotywy kierownik pociÄ…gu. MyÅ›lałem, że coÅ› siÄ™ stało “na składzie”. Ten jednak z widocznym zadowoleniem na twarzy mówił:
    - AleÅ› go załatwił. Za późno go zobaczyłem w Krakowie, aby ciebie ostrzec. To kawał dziada, a takie jego zachowanie to normalka. On w tej walizce wozi mundur. Jak już kogoÅ› weźmie na litoÅ›ć, to potem idzie do wagonu i po przebraniu w toalecie, przychodzi do maszynisty na nastÄ™pnej stacji. Swojego wczeÅ›niejszego dobroczyńcÄ™ zaprasza na dochodzenie.
    Nie zostało mi nic innego, jak po przyjeździe do Wrocławia o takim zajÅ›ciu poinformować swoich kolegów. Ku przestrodze...
    “Krakowski dziad” brał maszynistów na litoÅ›ć. Natomiast zdarzyło mi siÄ™ parÄ™ lat wstecz być branym nie na litoÅ›ć, ale na pieniÄ…dze. Podczas powrotu do Wrocławia “Karkonoszami”, na stacji Warszawa Wschodnia podeszła do lokomotywy para, która bardzo prosiła, bym ich zabrał do Wrocławia. Nie mieli pieniÄ™dzy na dwa bilety - ale obiecywali zapłatÄ™ jak za jeden. Swoim zwyczajem skierowałem ich do kierownika pociÄ…gu. Na Centralnym przyszli ponownie z tÄ… samÄ… proÅ›bÄ… i propozycjÄ… zapłaty. Jeszcze jeden raz odmówiłem i nie chcÄ…c dyskutować zamknÄ…łem drzwi siadajÄ…c za nastawnik. WidzÄ…cy mojÄ… nieprzejednanÄ… postawÄ™ mÄ™żczyzna, który kierował do mnie proÅ›by o zabranie, po paru chwilach zapukał ponownie do drzwi. Gdy otworzyłem (myÅ›lałem, że to kierownik pociÄ…gu) z poufnym tonem w głosie oÅ›wiadczył:
    - Ma pan szczęście, bo jesteÅ›my z Ministerstwa Komunikacji.
    SłyszÄ…c to, zdenerwowałem siÄ™ bardzo. CoÅ› powinienem powiedzieć, jakoÅ› zareagować... WidzÄ…c minÄ™ bardzo zadowolonego z siebie faceta, szybkim ruchem chwyciłem stojÄ…cy obok na pulpicie czajnik z wodÄ… i wylałem zawartoÅ›ć na głowÄ™ jegomoÅ›cia.
    - Ma pan szczęście, że tylko zimna. Na drugi raz proszÄ™ nie podpuszczać w ten sposób maszynistów - odparłem.
    BÄ™dÄ…ca razem z panem z ministerstwa kobieta, tak na Wschodnim, jak na Centralnym słowem siÄ™ nie odzywała. WidzÄ…c ociekajÄ…cego wodÄ… partnera w końcu wydała z siebie głos. Był to Å›miech tak mocny, iż po chwili myÅ›lałem, że babka po prostu położy siÄ™ na peronie... GoÅ›ć odszedł od lokomotywy bez słowa.
    Pokazać swojÄ… władzÄ™, swojÄ… wyższoÅ›ć, zaznaczyć swoje stanowisko - sÄ… ludzie, którzy potrafiÄ… to zrobić bardzo dobrze. Tylko, czy czyniÄ…c takie “kawały”, któryÅ› z nich zastanowił siÄ™, do jakiego stanu może doprowadzić tuż przed odjazdem maszynistÄ™, któremu powierzono przewiezienie ludzi i setki ton taboru? Ja uspokajałem siÄ™ doÅ›ć szybko...
    Z takim zachowaniem można było sobie poradzić tylko przy odrobinie stanowczoÅ›ci. Gorzej, gdy zagrożenie dla planowego prowadzenia pociÄ…gu, czÄ™sto dla życia, pojawiało siÄ™ w czasie jazdy znienacka. Z zewnÄ…trz.
    Przed laty stojÄ…ce przy torze dzieci machały z sympatiÄ… maszyniÅ›cie i podróżnym. Obecnie taki obrazek jest coraz rzadszy, lub prawie niemożliwy. Najczęściej dzieciÄ™ce rÄ™ce sÄ… uzbrojone w kamienie i inne przedmioty. Sam niejednokrotnie byłem obiektem ataków. Nie zawsze ma siÄ™ szczęście wyjÅ›ć cało z takich opresji. Kawałki rozbitych szyb powodujÄ… spore okaleczenia.
    W sylwestrowy wieczór 1993 r. prowadzÄ…c “Sudety” do Warszawy miałem zdarzenie, które tylko cudem nie zakończyło siÄ™ dla mnie tragicznie. Podczas przejazdu z rozkładowÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… 120 km/h przez stacjÄ™ Płyćwia, w ostatniej chwili zauważyłem, jak ktoÅ› z grupy wiwatujÄ…cej młodzieży rzuca kamień. Zamiast siÄ™ bawić wesoło i w dobrych nastrojach witać Nowy Rok, on postanowił zadać komuÅ› ból. Miałem szczęście! Kamień wielkoÅ›ci pięści (podczas postoju w Warszawie znalazłem go w skrzyni sprzÄ™gowej), uderzył w czoło lokomotywy poniżej reflektorów. Ogromny huk, aż mi dech zaparło.
    - Udało siÄ™... - powiedziałem sam do siebie.
    Niestety, nie udało siÄ™ mijajÄ…c Pruszków. Ze stojÄ…cej na wiadukcie grupy ktoÅ› rzucił w dół deskÄ™, która trafiła w lewÄ… szybÄ™ i rozbijajÄ…c jÄ… z jeszcze wiÄ™kszym niż w Płyćwi hukiem wpadła do kabiny. Gdyby jechał ze mnÄ… pomocnik w najlepszym przypadku wylÄ…dowałby w szpitalu. Niewielka odległoÅ›ć, jaka została do końca służby, nie spowodowała opóźnienia pociÄ…gu. Ale ogromnie zmarzłem, był przecież Å›rodek grudniowej nocy. Gdyby to zdarzenie miało miejsce dalej od Warszawy, zażÄ…dałbym sprawnej lokomotywy i pasażerowie nie znajÄ…c przyczyny opóźnienia przeklinaliby na pewno Bogu ducha winnego maszynistÄ™, całÄ… kolej. Dla wrocławiaków najgorszym odcinkiem był szlak Grodzisk Mazowiecki - Warszawa. Tam takich przypadków było bardzo dużo.
    Innym poważnym zagrożeniem dla prowadzÄ…cego pociÄ…g, sÄ… słabo zabezpieczone ładunki tarcicy oraz materiałów sypkich. Załadowanie wagonów aż po górne krawÄ™dzie powoduje podczas jazdy porywanie ładunku. MijajÄ…c siÄ™ z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ… z takim składem szczęściem jest, jak szyby czołowe nie polecÄ…. W latach osiemdziesiÄ…tych najgorszymi pociÄ…gami zwanymi przez maszynistów “wybij szyba”, były składy wiozÄ…ce żwir ze stacji Okmiany koło Chojnowa w rejon Łodzi i Warszawy. WidzÄ…c jadÄ…cy z przeciwka taki skład prawie na sto procent było pewne, że czoło pojazdu cało z tego nie wyjdzie. Po licznych uszkodzeniach i opóźnieniach pociÄ…gów wydano zarzÄ…dzenie, nakazujÄ…ce ograniczanie prÄ™dkoÅ›ci podczas mijania z “wybij szybÄ…”. Dotyczyło to oczywiÅ›cie obu składów. ZarzÄ…dzenia tego przestrzegali w pełni jedynie maszyniÅ›ci z dawnej lokomotywowni w OleÅ›nicy ale i tak liczba wybić szyb czołowych wyraźnie siÄ™ zmniejszyła.
    Mój brat Stanisław również miał zdarzenie, z którego cudem wyszedł cało. Pod koniec marca 1981 r. prowadził lokomotywÄ… EU07-036 “SzklarskÄ…” do Warszawy. Przed RozprzÄ…, podczas mijania z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 100 km/h pociÄ…gu towarowego, źle zabezpieczone i wystajÄ…ce poza skrajniÄ™ belki dÄ™bowe, wbiły siÄ™ w czoło elektrowozu z lewej strony, powyżej reflektora. Przebiły blachÄ™ i dostały siÄ™ do Å›rodka kabiny niszczÄ…c przewody powietrzne. Połamane, sterczÄ…ce z czoła lokomotywy drewniane kikuty czyniły widok przerażajÄ…cy. O dalszej jeździe nie było mowy. Stachowi na szczęście nic siÄ™ nie stało, ale zdarzenie, które przeżył spowodowało uraz na tyle mocny, że do ostatniej swojej służby, gdy mijał towarowy, zawsze miał duszÄ™ na ramieniu.
    Każdy maszynista prowadzÄ…cy pociÄ…g ma dojechać do miejsca przeznaczenia bezpiecznie i zgodnie z rozkładem. Ale czÄ™sto było to z przyczyn od maszynisty niezależnych, po prostu niewykonalne. JadÄ…c opóźnionym pociÄ…giem, podczas wjazdu na stacjÄ™ maszynista czÄ™sto jest obiektem adresowanych doń przekleństw, niewybrednych gestów rodem z olimpiady w Moskwie, wytykania palcami. Gdy gesty te pochodziły od młodzieży, uważałem to za brak wychowania, lub chÄ™ć pokazania siÄ™ w grupie rówieÅ›ników. Po takim “powitaniu” i chwili przemyÅ›leń uspokajałem siÄ™, nie biorÄ…c zbytnio do serca tego, co moje oczy widziały. Gorzej, gdy tak zachowywali siÄ™ ludzie w Å›rednim wieku, starsi, może nawet wykształceni. Z roku na rok obserwowałem coraz wiÄ™cej takich zachowań. Tacy ludzie na pewno w innych Å›rodkach komunikacji zbiorowej zachowywali siÄ™ tak samo, może nawet gorzej. Nie dziwiłem siÄ™ potem, jak stojÄ…ca młodzież czyniła podobnie.
    Przez okres czterdziestu lat pracy jako maszynista, tylko raz spotkała mnie przyjemnoÅ›ć, że ktoÅ› mi podziÄ™kował za jazdÄ™. Po przyprowadzeniu do Warszawy pociÄ…gu ze Szklarskiej PorÄ™by, podszedł do lokomotywy starszy pan, który zapytał czy pociÄ…g ten prowadziłem z Wrocławia, skÄ…d jechał. Odparłem twierdzÄ…co. On bardzo ciepłymi słowami podziÄ™kował mi za szczęśliwie przyprowadzony pociÄ…g i życzył, abym dalej szczęśliwie jeździł i bezpiecznie woził ludzi. PodziÄ™kowałem. Dopiero gdy odchodził zauważyłem, że był w sutannie.
    Nigdy nie oczekiwałem, aby pasażerowie dziÄ™kowali mi za przejechanÄ… trasÄ™. Jazda to był mój obowiÄ…zek, za pracÄ™ którÄ… wykonywałem otrzymywałem wynagrodzenie. Ale podziÄ™kowanie od przewiezionego podróżnego dodaje wyjÄ…tkowej satysfakcji i zadowolenia z wykonanej pracy oraz pozwala wierzyć, że istniejÄ… jeszcze ludzie, którzy doceniajÄ… włożony w pracÄ™ trud i wysiłek.
    ParÄ™ miesiÄ™cy wczeÅ›niej - latem - spotkała mnie inna, przyjemna historia. Zostałem przydzielony wraz z naszym elektrowozem i składem szeÅ›ciu wagonów do ekipy filmowej, która krÄ™ciła film pt.: “Obcy musi fruwać”. GłównÄ… postać grał Piotr Fronczewski. W okolicach stacji Wrocław Pracze Odrzańskie krÄ™cono doÅ›ć niebezpieczne ujÄ™cia, podczas których bohater wyskakiwał z pociÄ…gu. Pomimo tego, że mieli doÅ›ć dokładnie opracowany plan działania udzieliłem im kilku porad i wskazówek, głównie odnoÅ›nie bezpieczeństwa aktora. ChÄ™tnie siÄ™ do nich zastosowano.
Na jednej z przerw Piotr Fronczewski przyszedł do kabiny. W trakcie krótkiego pobytu okazał siÄ™ sympatycznym, kulturalnym, spokojnym i opanowanym człowiekiem. Ani przez chwilÄ™ nie wyczułem u niego nuty wyższoÅ›ci w głosie. Bardzo interesował siÄ™ lokomotywÄ… oraz pracÄ… maszynisty i nie mógł uwierzyć, że maszyniÅ›ci prowadzÄ… pociÄ…gi także “w pojedynkÄ™”. Poprosił aby na moment usiÄ…Å›ć za nastawnikiem. UjÄ…ł koło w obie dłonie i po chwili, z charakterystycznym dla siebie uÅ›miechem i trochÄ™ rubasznym głosem spytał:
    - I jak ja tutaj na pana miejscu wyglÄ…dam?
    - Jak każdy normalny polski maszynista - odparłem.
    Fronczewski szczerze siÄ™ uÅ›miechnÄ…ł, wstał zza nastawnika i dziÄ™kujÄ…c za mile spÄ™dzony czas oraz współpracÄ™ przy krÄ™ceniu filmu udał siÄ™ do swoich zajÄ™ć.
    W miÄ™dzyczasie, po kilku latach wspaniale układajÄ…cej współpracy, nastÄ…piła kolejna zmiana w obsadzie EU07-369. W 1992 r. na emeryturÄ™ odszedł Zygmunt Przekwas, najdłużej jeżdżÄ…cy ze mnÄ… wspólnik. Jego miejsce zajÄ…ł maszynista młodszego pokolenia, wywodzÄ…cy siÄ™ z trakcji spalinowej - Władysław Sikorski. W nowo powstałym zespole, w skład którego wszedłem ja oraz dwóch młodszych wiekiem i stażem ode mnie kolegów, poczułem siÄ™ znacznie odmłodzony. Współpraca miÄ™dzy nami układała siÄ™ bardzo dobrze, byłem przez nich bardzo szanowany i poważany. Wszystkie sprawy dotyczÄ…ce lokomotywy, jakiekolwiek zmiany omawialiÅ›my we trójkÄ™. Byli dobrymi maszynistami, znajÄ…cymi siÄ™ na obsługiwanym przez nich taborze. Aż chciało siÄ™ z takimi kolegami współpracować. Przyjemnie było ich po służbie zmieniać i być przez nich zmienianym.
    Czas i prawa natury jednak biegnÄ… swoimi torami. W kwietniu 1996 r. po rozmowie z naczelnikiem lokomotywowni Zbigniewem Sobczykiem, podjÄ…łem decyzjÄ™ o przejÅ›ciu 31 maja na emeryturÄ™.

9. Miesiac przed emerytura

Ostatni miesiÄ…c pracy w PKP upłynÄ…ł spokojnie, bez wiÄ™kszych zakłóceń. Przede wszystkim myÅ›lałem o tym, aby bez przeszkód dojeździć do końca. OdpoczywajÄ…c w lokomotywowniach zwrotnych czÄ™sto błÄ…dziłem myÅ›lami po minionych latach. Czasami zazdroÅ›ciłem młodszym kolegom. Na głównych szlakach zwiÄ™kszano prÄ™dkoÅ›ć, zapowiadano zakupy nowoczesnych, szybkich lokomotyw. Część wrocławskich maszynistów szkoliła siÄ™ na EP09 - wspólnie z maszynistami z Olszynki Grochowskiej mieli prowadzić “PanoramÄ™”. W Katowicach widziałem goszczÄ…cy w Polsce włoski “Pendolino”.
    - Takiego pociÄ…gu już na pewno nie poprowadzÄ™... - myÅ›lałem wtedy ze smutkiem.
    RozmyÅ›lałem także o ludziach, z którymi przyszło mi współpracować. Przypominałem sobie tych którzy sÄ… i tych, co odeszli. O wielu można było powiedzieć: Wspaniały Kolega, Dobry Wspólnik. Trudno byłoby wyliczyć wszystkich.
    Swoje wspomnienia rozpoczynałem od Mariana Gawlika i Kazimierza Mińskiego. Zanim podjÄ…łem pracÄ™ w PKP, zapisali siÄ™ oni dużymi literami w historii wrocławskiej szopy. W pamiÄ™tanym z lat piÄ™ćdziesiÄ…tych “ruchu piÄ™ćsetników” ustanowili najwiÄ™kszy w historii PKP przebieg dobowy parowozu. W czerwcu 1951 r. na Pt47-73 i Pt47-79 przejeżdżali w ciÄ…gu doby 824 kilometry. Byli pierwszymi maszynistami w wyzwolonym Wrocławiu.
    Gawlik podczas jednego ze spotkań u mnie w domu, uchylił rÄ…bka tajemnicy z okresu okupacji hitlerowskiej. Jako młody chłopak pracował na stanowisku pomocnika maszynisty w parowozowni Skarżysko Kamienna. Okres okupacji przejeździł na parowozie szczęśliwie, ale pewne wydarzenia wryły siÄ™ trwale w jego psychikÄ™. Wielokrotnie prowadził transporty Żydów do obozu koncentracyjnego w Sobiborze na Lubelszczyźnie. Gdy stał parowozem przy takim transporcie, podchodzili do lokomotywy ci, których mieli przewieźć w wagonach. Oferowali złoto w różnej postaci i inne kosztownoÅ›ci w zamian za informacjÄ™ o celu przeznaczenia transportu. StojÄ…cy obok parowozu hitlerowiec bacznie przysłuchiwał siÄ™ toczonej rozmowie, gdyż za ujawnienie takiej informacji groziło rozstrzelanie na miejscu. Obsługa parowozu dokonywała jednak czynów bohaterskich, szczególnie w drodze powrotnej z Sobiboru. Wielokrotnie ukrywano ludzi w kadzi wodnej tendra i ani razu nadzorujÄ…cy transporty hitlerowcy nie wpadli na pomysł sprawdzenia tej części parowozu. Strach przed wykryciem oraz wiele innych stresów, spowodowały u Mariana zniekształcenie wymowy.
    Po latach znajomoÅ›ci mogÄ™ Å›miało powiedzieć, że był dobrym maszynistÄ…, a przede wszystkim kolegÄ… szanujÄ…cym młodszych. Podczas pierwszych dni pracy w PKP, czÄ™sto jeździłem z Gawlikiem - wówczas miał około 40 lat - zawsze podzielił siÄ™ kromkÄ… chleba, nawet ostatniÄ…. Czasami oddał swój bon na zupÄ™:
    - Przy tak ciÄ™żkiej pracy i w tak młodym wieku trzeba dużo jeÅ›ć - mawiał do mnie.
    Po odejÅ›ciu z parowozu, prowadził wagony motorowe SN61 tzw. ganze. Na poczÄ…tku lat siedemdziesiÄ…tych przesiadł siÄ™ na ST43-151, a po odejÅ›ciu “rumunów” otrzymał nowÄ… SP45-262, jednÄ… z ostatnich wyprodukowanych lokomotyw tej serii. Na emeryturÄ™ przeszedł 1 grudnia 1980 r.
    Drugi z moich “pierwszych” maszynistów Kazimierz Miński, do Wrocławia przywÄ™drował z dalekiego Hrubieszowa. Tam w czasie okupacji był maszynistÄ… na wÄ…skich torach. ZapamiÄ™tałem go przede wszystkim jako dobrego nauczyciela przyszłych maszynistów. Podczas jazdy dużo uczył, dużo wymagał, ale także dużo pomagał. Mińskiemu zawdziÄ™czam praktycznie wszystko, co osiÄ…gnÄ…łem w pierwszych latach pracy w PKP. Szanował mnie jak własnego syna i otoczył takÄ… opiekÄ…, że czÄ™sto, gdy szliÅ›my po terenie parowozowni mawiano:
    - Ojciec z synem...!
    Gdy awansował na stanowisko maszynisty instruktora, nie zerwaliÅ›my koleżeńskich kontaktów i czÄ™sto przebywałem w jego biurze. Poznałem wtedy wielu ludzi z DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP odpowiedzialnych za służbÄ™ trakcji, przez co w późniejszych latach również bÄ™dÄ…c instruktorem, miałem łatwiejszy z nimi kontakt.
    Tak wspominałem odległe lata i kolegów. Z mojego pokolenia byli to: Gienek Biadoń, Zygmunt Przekwas, Stach Dołubizno, Arek Dawidowicz, Heniek Pawłowski, Bogdan Pawlak, Bronek Kołodziej, Wiesiek Misztal. Ceniłem także wielu młodszych. Dobrze współpraca układała siÄ™ z Maćkiem Krawczykiem, Darkiem Boszko, Andrzejem Paluszkiewiczem, Władkiem Sikorskim...
    Tak rozmyÅ›lajÄ…c nad swojÄ… czterdziestoletniÄ… karierÄ… zawodowÄ… przypomniało mi siÄ™ stare, krÄ…żÄ…ce od lat po szopie powiedzenie:
    - Grunt to siÄ™ nie przejmować i nie brać wszystkiego do głowy, bo jak bÄ™dziesz miał zdrowie i nie wywiniesz coÅ› złego, to przeżyjesz naczelnika nie jednego.
    Być może bardzo proste ale i nie pozbawione prawdy słowa. MaszyniÅ›ci trwali na swoich stanowiskach, bez wzglÄ™du na toczÄ…cÄ… siÄ™ historiÄ™, Naczelnicy natomiast zmieniali siÄ™ w różnych okolicznoÅ›ciach i z różnych powodów, nie zawsze z korzyÅ›ciÄ… dla zakładu. Byli tacy, którzy dbali o maszynistów, zapewniali pociÄ…gi i odcinki obsługi budzÄ…ce zazdroÅ›ć wÅ›ród drużyn trakcyjnych innych lokomotywowni. Ale byli i tacy, najczęściej mianowani z “klucza” jedynie słusznej opcji politycznej, którzy przychodzili tylko do pracy...
    Gdy zaczÄ…łem jeździć jako maszynista parowozu, zastÄ™pcÄ… naczelnika był Ryszard Sobolak. Był człowiekiem spokojnym, wyrozumiałym ale jednoczeÅ›nie bardzo dociekliwym. Bardzo dużo chodził po parowozowni, przyglÄ…dał siÄ™ jak pracuje obsługa warsztatu. WidzÄ…c stojÄ…cÄ… grupÄ™ maszynistów nigdy obojÄ™tnie nie przeszedł obok. Zawsze przystanÄ…ł włÄ…czajÄ…c siÄ™ rzeczowo do rozmowy. Za to był bardzo lubiany i szanowany. Przez  duże zainteresowanie, jakim obdarzał podległy mu tabor, z czasem stał siÄ™ prawdziwym trakcyjnikiem. Awansował na naczelnika parowozowni, zaÅ› z biegiem lat został naczelnikiem ZarzÄ…du Trakcji DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP.
     CiekawÄ… postaciÄ… spoÅ›ród naczelników był Stanisław Wójcik. Po ukończeniu studiów karierÄ™ na PKP rozpoczynał jako... pomocnik maszynisty na elektrowozie. Bardzo krótko jeździł jako maszynista, nastÄ™pnie awansowano go na stanowisko maszynisty instruktora. DoÅ›ć szybko stał siÄ™ zastÄ™pcÄ… naczelnika i naczelnikiem lokomotywowni. Dobrze znał tabor, dlatego nie lubił oszukaństwa. Jeżeli maszynista “nawalił” pociÄ…g z powodu jakiejÅ› błahostki i próbował potem lawirować w tłumaczeniach, Wójcik nie przebierał w surowych karach. Lepiej było powiedzieć prawdÄ™, wykazywał wtedy wiÄ™ksze zrozumienie. Po paru latach pracy na tym stanowisku został zastÄ™pcÄ… dyrektora DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP ds. Trakcyjnych.
    Na poczÄ…tku lat 70-tych zastÄ™pcÄ… naczelnika był Andrzej Konieczny, skierowany z DolnoÅ›lÄ…skiej DOKP z ZarzÄ…du Trakcji, później awansowany na naczelnika. Był zapalonym trakcyjnikiem. W tym czasie jeżdżÄ…c lokomotywami spalinowymi mieliÅ›my najlepsze pociÄ…gi. “Rumunami” robiliÅ›my miesiÄ™cznie do 10 tys. kilometrów. Na stan przychodziły nowe lokomotywy SP45. Trakcja elektryczna też miała co robić. Niestety po tragicznym wypadku maszynisty Hieronima Stellmacha pod Psim Polem został odwołany ze stanowiska. Powodem było to, że podczas wypadku na lokomotywie oprócz maszynisty był jego syn, który niestety także zginÄ…ł. Drużyny trakcyjne odnosiły wrażenie, że za ten wypadek po prostu ktoÅ› musiał zostać ukarany. A szkoda, bo trakcja straciła wartoÅ›ciowego człowieka, który już nie wrócił w jej szeregi. Został kierownikiem placówki Kolejowych Zakładów Usługowych zajmujÄ…cych siÄ™ sprzÄ…taniem wagonów. Wielokrotnie spotykałem Koniecznego. W rozmowach nie krył żalu iż sprawy potoczyły siÄ™ w ten sposób.
    Zrobiłem także przeglÄ…d przez PolskÄ™: gdzie byłem, dokÄ…d zajechałem, dokÄ…d lubiłem jeździć? Wyliczyć wszystkich tras nie sposób, zawsze jednak dużÄ… przyjemnoÅ›ć sprawiało mi przejechanie dalekiej trasy. Dobrze jeździło mi siÄ™ do Warszawy przez Łódź. Przez pewien czas, w rozkładzie 89-90, jeździliÅ›my nawet przez WarszawÄ™ do OstrołÄ™ki. Także - mimo wielu zwolnień i różnych szybkoÅ›ci - nie narzekałem nigdy jak miałem jechać do stolicy przez CzÄ™stochowÄ™. Ostatnimi laty najgorszy był odcinek Piotrków Trybunalski - Koluszki, gdzie prÄ™dkoÅ›ć nie przekraczała 30 km/h. Ja jednak miÄ™dzy tymi stacjami rozkładałem siÄ™ zawsze z jedzeniem, wiÄ™c czas i droga szybko mijały. Ponadto Warszawa, a jeszcze bardziej OstrołÄ™ka były trasami prowadzÄ…cymi w rodzinne strony.
    Lubiłem jeździć do Gdyni. Była to szybka trasa. Przyjemnie prowadziło siÄ™ pociÄ…g, gdyż mało było zwolnień. Czas na posiłek w drodze zawsze planowałem sobie na wolniejszym odcinku z Poznania do Inowrocławia, na pozostałych zaÅ› trzeba było solidnie jechać. Porannym ekspresem trasÄ™ z Wrocławia do Gdyni pokonywało siÄ™ w 6 godzin.
    WyjÄ…tkowÄ… służbÄ… był Lublin. Pomimo przejechanych przez całÄ… noc 514 km, z końcem służby - o ile wszystko szło zgodnie z planem - nie odczuwałem specjalnego zmÄ™czenia. Pojawiało siÄ™ ono tylko wtedy, kiedy na trasie były kłopoty z pojazdem lub służba ruchu nie stanÄ™ła na “wysokoÅ›ci zadania”. DużÄ… rolÄ™ odgrywało przy tym właÅ›ciwe przygotowanie siÄ™ do służby. Po latach pracy “na kołach” miałem już we krwi, że obojÄ™tnie gdzie bym nie jechał - czy to miała być Warszawa, Gdynia, Lublin czy nie tak dalekie WÄ™gliniec i MiÄ™dzylesie - przed każdÄ… służbÄ… kładłem siÄ™ przynajmniej na 4 godziny spać. Potem już całonocna praca nie sprawiała kłopotów.
    Z lat pracy na trakcji spalinowej przyjemnie wspominam trasÄ™ do Kołobrzegu. Była to najdłuższa służba, obsługiwana przez lokomotywowniÄ™ Wrocław Główny trakcjÄ… spalinowÄ…. Trud przejechanej 478 km, całonocnej trasy, wynagradzał krótki ostatni odcinek Trzebiatów - Kołobrzeg. Przy bezchmurnym niebie najpiÄ™kniejsze wrażenie sprawiało wynurzajÄ…ce siÄ™ hen na horyzoncie słońce. Jego ciepłe poranne promienie działały tak kojÄ…co, że każdy pomocnik po chwili skłaniał siÄ™ do spania. Ja natomiast wstawałem z siedzenia, otwierałem po swojej stronie okno i nuciłem pieÅ›ń: “Kiedy ranne wstajÄ… zorze...” PatrzÄ…c w bÄ™dÄ…cÄ… coraz wyżej na niebie słonecznÄ… kulÄ™, przybliżałem siÄ™ do kresu kolejnej służby i upragnionego odpoczynku.
    Znalazłem jednak wyjÄ…tkowÄ… - jak siÄ™ okazuje - trasÄ™, której nie lubiłem: Wrocław - Jelenia Góra. Pomimo tak malowniczo położonej linii i piÄ™knych okolic, od samego poczÄ…tku miałem do niej uraz, gdyż tam właÅ›nie prowadzony przeze mnie parowóz doznał ciÄ™żkiego uszkodzenia. Ostre łuki oraz mała prÄ™dkoÅ›ć powodowały odczucie, jakbym pokonywał tÄ™ trasÄ™ za karÄ™. Aż dziw mnie brał, gdy dowiedziałem siÄ™, że przed wojnÄ… niemieccy maszyniÅ›ci po łukach miÄ™dzy Świebodzicami a Wałbrzychem Szczawienko jeździli dużo szybciej, niż obecne 40 km/h. Ja tÄ™ liniÄ™ nazywałem “kolejnymi kilometrami płaczu” i gdy była tylko możliwoÅ›ć oddawałem te służby. Maszynistów chÄ™tnych do zamiany na szczęście nie brakowało.
    21 maja 1996 r. dał poczÄ…tek ostatnim dziesiÄ™ciu dniom, jakie zostały do końca mojej służby w PKP. PociÄ…gi, jakie przypisano mi planem do obsługi sprawiały ogromnÄ… radoÅ›ć i zarazem dużÄ… odpowiedzialnoÅ›ć. Ich ranga spowodowała, iż uzmysłowiłem sobie, że walka z czasem jakÄ… podjÄ…łem w pierwszych dniach pracy na prawej stronie parowozu, trwać bÄ™dzie nieustannie do końca mojej ostatniej służby.
    Tego dnia ostatni raz wyruszyłem do Kielc. Prowadziłem w południe pociÄ…g 62103 Wrocław Główny - Lublin, o mocno brzmiÄ…cej nazwie “Sztygar”. W latach szeÅ›ćdziesiÄ…tych, gdy Kielce obsługiwaliÅ›my parowozami, również mniej wiÄ™cej o tej samej porze kursował pociÄ…g nie posiadajÄ…cy oficjalnej nazwy, ale jak wiele miał nazwÄ™ nieoficjalnÄ…, używanÄ… wyłÄ…cznie w gronie drużyn trakcyjnych. Ochrzczono go: “wesoły”. Otrzymał tÄ™ nazwÄ™, ponieważ kursował w dzień, a w składzie było tylko piÄ™ć wagonów. Jazda takim pociÄ…giem była dużÄ… przyjemnoÅ›ciÄ…. Po paru latach pociÄ…g ten zlikwidowano. Na długo po “wesołym” zostały tylko wspomnienia, odgrzebane przez maszynistów mojego pokolenia po wprowadzeniu w rozkład “Sztygara”. Na pytanie młodszych kolegów:
    - DokÄ…d pan, panie Włodku dziÅ› jedzie?
    Aż chciało siÄ™ odpowiedzieć:
    - “Wesołym”! - ale wielu z nich tylko szerzej otworzyłoby oczy ze zdumienia. Zamiast tego, padało z moich ust:
    - Do Kielc! - i to wystarczyło, gdyż nikt nie używał szumnej nazwy “Sztygar”. Istniała tylko w służbowym rozkładzie jazdy, nie pasujÄ…c do wrocławskiej rzeczywistoÅ›ci. Nawet wÅ›ród grona młodych maszynistów różnie, czÄ™sto z humorem do owej nazwy podchodzono. Pewnego razu jeden z nich, zbliżajÄ…c siÄ™ do podczÄ™stochowskiej stacji usłyszał w radiotelefonie:
    - “Sztygar”, proszÄ™ siÄ™ zgłosić...
    Darek po chwili namysłu odparł do mikrofonu:
    - Ja nie sztygar. Jestem maszynistÄ…!
    24 maja wyruszyłem do Krakowa pociÄ…giem 73002 z Berlina. Podczas postoju na stacji Kraków Główny myÅ›lami odleciałem w przeszłoÅ›ć, tÄ™ najdalszÄ…. Kraków był jednym z pierwszych miast, do którego dotarłem jako “trzeciak” na parowozie. DziÅ› w trakcie przebudowy stacji usiłowałem przypomnieć sobie jej układ sprzed 40 lat. ÓwczesnÄ… parowozowniÄ™ “odnalazłem” prawdopodobnie w miejscu, gdzie wybudowano nowoczesnÄ… nastawniÄ™. W drodze powrotnej pociÄ…giem 37001 InterCity “Wawel” do Berlina, przejeżdżajÄ…c przez Górny ŚlÄ…sk, nie mogłem oprzeć siÄ™ wrażeniu widocznych zmian. NiegdyÅ› górnoÅ›lÄ…ski szlak był zadymiony, zatłoczony pociÄ…gami, tÄ™tnił życiem. Pokonanie nastrÄ™czało wiele trudnoÅ›ci. Obecnie ten odcinek jest prawie pusty. Sprawia wyglÄ…d ospałego, zaÅ› zwiÄ™kszona prÄ™dkoÅ›ć i sygnalizacja Å›wietlna sprawiajÄ…, że trasÄ™ tÄ™ przebywa siÄ™ dużo szybciej i bez wiÄ™kszych kłopotów.
    26 maja przypadła ostatnia niedziela mojej pracy. NiegdyÅ› w dzień Å›wiÄ…teczny na planowe służby podmiana była prawie niemożliwa. Każdy chciał mieć niedzielÄ™ wolnÄ…. Gdybym dziÅ› chciał oddać tÄ™ służbÄ™ nie byłoby problemów. Maszynistów chÄ™tnych do pracy nie brakowało nawet w Å›wiÄ™to. Ale postanowiłem przepracować tÄ™ ostatniÄ… niedzielÄ™ w PKP i to nie tylko z powodu potrzeby uzupełnienia miesiÄ™cznej normy godzin. Potraktowałem jÄ… tak poważnie, jak relaksowo. Tuż po północy o 0.05 przyjÄ…łem elektrowóz EP07-376 i poprowadziłem nim “BohemiÄ™” Warszawa - Praga, do granicznego MiÄ™dzylesia. ZbliżajÄ…c siÄ™ do stacji oÅ›wietlonej przez ogromne jupitery, znów - jak na poprzednich służbach - oddałem siÄ™ refleksji. MiÄ™dzylesie, które pamiÄ™tałem z lat pracy na parowozie i lokomotywach spalinowych, to tÄ™tniÄ…ca życiem w dzień i w nocy stacja graniczna. StaczajÄ…ce siÄ™ raz po raz z górki rozrzÄ…dowej wagony uderzajÄ…c o siebie oznajmiały okolicy, że na kolei praca wre pełnÄ… parÄ…. Zawsze na stacji było kilka polskich oraz czeskich parowozów. DziÅ› ciszÄ™ uÅ›pionej stacji zakłócał tylko wjazd przyprowadzonej przeze mnie “Bohemii”. Na pustych torach stacyjnych stał tylko czekajÄ…cy na zajÄ™cie miejsca na czele składu spalinowy “czech-okularnik”. OdjeżdżajÄ…c powoli od pociÄ…gu i mijajÄ…c siÄ™ z tÄ… lokomotywÄ…, dałem krótki sygnał rozdzierajÄ…cy nocnÄ… ciszÄ™. Zagrał, zwielokrotniony echem otaczajÄ…cych stacjÄ™ gór. W czasie wymiany pozdrowień z czeskim maszynistÄ… pomyÅ›lałem:
    - WiÄ™cej kolego mnie już tu nie zobaczysz, ani ja ciebie...
    StojÄ…c pod czerwonym Å›wiatłem, czekałem na “wolnÄ… drogÄ™” aby zjechać luzem do Kłodzka, skÄ…d miałem poprowadzić osobowy do Wrocławia, raz jeszcze ogarnÄ…łem wzrokiem MiÄ™dzylesie. Tak dla lepszego utrwalenia. Szkoda, że nie mogłem jej zapamiÄ™tać takiej tÄ™tniÄ…cej życiem jak przed laty. Przez zawieszenie nocnych odpraw przekraczajÄ…cych granicÄ™ pociÄ…gów towarowych stacja, która powinna zarabiać - spokojnie Å›pi. PomyÅ›lałem też, że kilka razy byłem w MiÄ™dzylesiu “po raz pierwszy”. Na parowozie za pomocnika przyjechałem tu pierwszym swoim “ponszem”, wprowadziłem do MiÄ™dzylesia pierwszÄ… w historii tej linii lokomotywÄ™ spalinowÄ…. Po zelektryfikowaniu szlaku wjechałem tu pierwszym elektrowozem EU07-042 i 29 maja 1994 r. o godz. 0.38 poprowadziłem do Wrocławia pierwszy planowy pociÄ…g trakcjÄ… elektrycznÄ…. Był to miÄ™dzynarodowy “Bałtyk” z Pragi do ŚwinoujÅ›cia.
Zawsze lubiłem jeździć liniÄ… miÄ™dzyleskÄ…. Łagodne góry i płynÄ…ca miejscami tuż obok toru Nysa Kłodzka dodawały jeździe wiele uroku. KiedyÅ› - już na emeryturze - bÄ™dÄ™ musiał odwiedzić tÄ™ krainÄ™. Jest naprawdÄ™ piÄ™kna.
    28 maja prowadzÄ…c “BohemiÄ™” do Warszawy Wschodniej, myÅ›lami wróciłem do pierwszego dnia pracy na kolei. To tym pociÄ…giem - w jakże odmiennych warunkach - rozpoczynałem swojÄ… służbÄ™ w Polskich Kolejach Państwowych, z którymi zwiÄ…załem siÄ™ na tyle lat. Im bliżej było do końca pracy zawodowej, tym częściej rozmyÅ›lałem aby szczęśliwie i bezpiecznie przejechać w obie strony. Na tej służbie 2 listopada 1995 r. wracajÄ…c z Warszawy po miniÄ™ciu tarczy ostrzegawczej przed stacjÄ… Płochocin wjeżdżajÄ…c w łuk, zobaczyłem w Å›wietle reflektorów stojÄ…cy na przejeździe samochód osobowy oraz obok niego dwie osoby. Natychmiast włÄ…czyłem syrenÄ™ i nagłe hamowanie. Żadna ze stojÄ…cych koło auta osób ani na krok siÄ™ nie ruszyła. PrÄ™dkoÅ›ć z rozkładowej, którÄ… utrzymywałem co do kreski, spadła tylko do 115 km/h i rÄ…bnÄ…łem (jak siÄ™ później okazało) w niemal nowego opla. Ludzie, którzy byli przy unieruchomionym pojeździe mieli dużo szczęścia. Stali z kierunku nadjeżdżajÄ…cego pociÄ…gu.
Nie uciekałem z kabiny.
    - Co tam takie osobowe auto - szybko przebiegła mi myÅ›l
    Tuż przed uderzeniem, zobaczyłem w ostatniej chwili, jak z wnÄ™trza gramoli siÄ™ trzecia osoba! ZdrÄ™twiałem... Huk, błysk, coÅ› poleciało na prawÄ… stronÄ™. Czułem, że auto jest pchane przez lokomotywÄ™. Byłem pewien, że w chwili zderzenia opel “zabrał” wysiadajÄ…cego faceta. Po zatrzymaniu pociÄ…gu i otwarciu drzwi kabiny ujrzałem wrak samochodu zaczepiony za zderzak, ale nic nie wskazywało, aby ktoÅ› został w Å›rodku. Po paru minutach podbiegło do elektrowozu kilku młodych chłopców, którzy widzieli zderzenie i chcieli koniecznie zobaczyć, co zostało z samochodu. Na moje pytanie, czy nie wiedzÄ… co siÄ™ stało z “wysiadajÄ…cym” z samochodu goÅ›ciem, powiedzieli:
- Siedzi cały i zdrowy na Å›rodku przejazdu. Tylko jest kompletnie pijany i co chwilÄ™ pyta wszystkich, co to było, że tak nagle zabrało mu spod d... auto?
    OdetchnÄ…łem z ulgÄ…. Ja także miałem szczęście, gdyż przed lokomotywÄ… na prawÄ… stronÄ™, poleciał bak paliwowy. Mogło dojÅ›ć do eksplozji...
Auto skasowane dokładnie, zaÅ› lokomotywie prawie nic siÄ™ nie stało. W czołownicy zostały urwane przewody powietrzne oraz z boku stopnie do kabiny, kilka drobnych wgnieceń. Ot, całe uszkodzenia. Nim przyjechał pociÄ…g ratunkowy, przy pomocy gapiów z okolicznych domów pozabijałem drewnianymi kołkami otwory po urwanych kranach i przygotowałem siÄ™ do dalszej jazdy. Z moich oglÄ™dzin wynikało, że jak zabiorÄ… ten wrak i wyprostujÄ… niektóre elementy podwozia, bÄ™dÄ™ mógł bez problemów pojechać dalej. Wynik tego wypadku powinien dać dużo do myÅ›lenia każdemu z nierozumnych i szarżujÄ…cych - a o spożywajÄ…cych przed jazdÄ… alkohol już nie wspomnÄ™ - kierowców:
    - Opel do kasacji, a ja po trzech godzinach ruszyłem elektrowozem w dalszÄ… drogÄ™.
    Tuż po takich zdarzeniach stres i przeżycia sÄ… ogromne. Jeżeli w ich wyniku nie ginÄ… ludzie, wszystko szybciej wraca do normy. W swojej karierze zawodowej miałem 14 razy to nieszczęście, że pod kołami moich lokomotyw pozbawiali siÄ™ życia ludzie. Szczególnie utkwiły mi w pamiÄ™ci dwa przypadki - pierwszy i ostatni.
    Krótko po otrzymaniu prawa kierowania parowozem pojechałem poÅ›piesznym do Kielc. WjeżdżajÄ…c na stacjÄ™ zauważyłem chłopaka, który w połowie peronu chciał przebiec przed lokomotywÄ…. OdległoÅ›ć była spora, nie przeczuwałem najgorszego ale mimo to, mocniej pociÄ…gnÄ…łem za hamulec. Niestety, potknÄ…ł siÄ™ o szynÄ™ i upadł na drugÄ…. Użyłem “nagłego”, ale nie zdÄ…żyłem zahamować. Przejechałem go w pół. Do dziÅ› pamiÄ™tam przerażajÄ…cy krzyk ludzi, czekajÄ…cych na pociÄ…g. Momentalnie po zatrzymaniu pobiegłem do miejsca wypadku, bezwiednie potrÄ…cajÄ…c stojÄ…cych. Wokół ciÄ…gle krzyczano. Miałem jeszcze nadziejÄ™ na jakieÅ› cudowne ocalenie tego chłopca. To co zobaczyłem, brutalnie jÄ… rozwiało. Górna część ciała jeszcze drgała...
    Po tamtym wypadku, długo nie mogłem patrzeć na ryby w pomidorach, buraczki, czerwonÄ… kapustÄ™. Z czasem wszystko wróciło do normy. Ale, gdy wracałem z pracy i odmawiałem podobnych potraw, Mila wiedziała bez słów, że stało siÄ™ coÅ› przykrego.
    Ten ostatni, nieszczęśliwy wypadek, miał miejsce w październiku 1993 r. Wracałem z Warszawy “SzklarskÄ…”. Była noc z soboty na niedzielÄ™. Od Gomunic jechałem po torze niewłaÅ›ciwym. Prawy był zajÄ™ty przez pociÄ…g sieciowy. Jechałem ponad 100 km/h, gdy w Å›wietle reflektorów zobaczyłem człowieka. Szedł moim torem, tyłem do pociÄ…gu. Użyłem syreny i nagłego hamowania. MachnÄ…ł rÄ™kÄ…, że usłyszał, ale siÄ™ nie odwrócił. CiÄ…gle trÄ…biÄ…c, myÅ›lałem w duchu:
    - Uciekaj człowieku, bo zaraz bÄ™dziesz machał u Pana Boga!
    Podniósł rÄ™kÄ™ jeszcze raz i... zginÄ…ł przez nieuwagÄ™. Nie pomyÅ›lał, że pociÄ…gi mogÄ… jeździć, po obu torach, w obu kierunkach... Na przyjazd policji i prokuratora, czekaliÅ›my w szczerym polu dwie godziny. Na pozwolenie odjazdu, dwie nastÄ™pne.
     Pozostałe ofiary - to samobójcy. Najgorsze uczucie tuż przed uderzeniem, to niemoc. Pozostaje tylko szybko dać sygnał “bacznoÅ›ć”, nagłe hamowanie i reszta w rÄ™kach Boga. Ci ludzie nie dawali mi żadnej szansy. Wszyscy wybierali miejsca, gdzie jechałem z dużÄ… prÄ™dkoÅ›ciÄ…. W ostatniej chwili wychodzili zza budynku stacyjnego, przytorowych drzew i krzewów. Zachowywali siÄ™ różnie. Niektórzy stawali twarzÄ… do jadÄ…cego pociÄ…gu i patrzyli mi prosto w oczy. Jak? Nie wiem. Patrzyłem tylko raz, potem już odwracałem wzrok. Inni szybko wbiegali na tor, przykucali i ukrywali głowÄ™ w rÄ™kach lub stojÄ…c długo obok toru tuż przed lokomotywÄ… kładli głowÄ™ na szynie. Nawet na dany sygnał “bacznoś㔠odsuwali siÄ™ nieco od toru, jakby chcieli mnie uspokoić, bym nie zaczÄ…ł za szybko hamować.
Jeden - niedoszły piÄ™tnasty - siÄ™ uratował. Było to pod koniec służby już na terenie Wrocławia. Wbiegał na nasyp nieopodal ulicy Zaporoskiej, na szczęście dla niego poÅ›lizgnÄ…ł siÄ™ na trawie i za późno rzucił siÄ™ pod lokomotywÄ™. Tylko go potrÄ…ciłem.
Po takich wypadkach zawsze czułem siÄ™ bardzo źle. Nieraz rozmawiałem o tym z MilÄ…. Najczęściej jednak szedłem do barku, wypijałem porzÄ…dnego kielicha i do łóżka. Goryczy dopełniały bezduszne dochodzenia, na które chodziło siÄ™ po kilkakroć. Nawet po tym wypadku pod Płochocinem, choć nikt nie zginÄ…ł, wzywano mnie trzy razy. Aby w końcu odzyskać równowagÄ™ i móc dalej bezpiecznie wozić ludzi tłumaczyłem sobie w myÅ›lach, że to przecież nie ja zabiłem! To oni sami pozbawili siÄ™ życia - przez kłopoty osobiste, zawody miłosne, zwykłÄ… bezmyÅ›lnoÅ›ć. Samobójcy wybierali skok pod pÄ™dzÄ…cÄ… lokomotywÄ™, pozostali zginÄ™li przez nieuwagÄ™.
    Wreszcie nadszedł ten dzień: 30 maja 1996 r. Ostatni raz szykowałem do pracy torbÄ™ z jedzeniem. Przez moment zastanowiłem siÄ™: ile razy w ten sam sposób szykowałem siÄ™ do służby? Kilka, może nawet kilkanaÅ›cie tysiÄ™cy? Gdy wychodziłem w nocy zawsze nastawiałem dwa budziki. DziÄ™ki Bogu, ani razu nie zaspałem. Przed służbami, które zaczynały siÄ™ po południu lub wieczorem, kładłem siÄ™ spać na kilka godzin. I chociaż nieraz nie udawało mi siÄ™ zasnÄ…ć, taki relaks dobrze wpływał na samopoczucie. Najdłuższe służby nie nużyły sennoÅ›ciÄ…. Jedzenie do torby, obojÄ™tnie o jakiej porze, szykowałem sobie sam. Nie chciałem angażować w to Mili, zwłaszcza w nocy, gdyż dobrze wiedziałem, co znaczy brak snu. Ponadto współpracowałem z różnymi ludźmi. Jedni wyjmowali z torby to co mieli i spożyli w spokoju. Niektórzy zaÅ› komentowali, że żona mało uszykowała lub byle co. Ja byłem wolny od tych kłopotów. Sam sobie przygotowałem i to co wziÄ…łem, to zjadłem. Ale przyjemnie było, gdy czasem Mila wstawała w nocy. Gdy siÄ™ goliłem, robiła kawÄ™, czy kanapkÄ™ do zjedzenia. ZaglÄ…dałem jeszcze do pokoju chłopców, patrzyłem chwilÄ™, jak smacznie Å›piÄ… i wychodzÄ…c, cicho zamykałem za sobÄ… drzwi. Szanowałem ich sen, gdyż dobrze wiedziałem, jak oni doceniali mojÄ… potrzebÄ™ wypoczynku. Gdy spałem w dzień przed służbÄ… lub po powrocie, zachowywali siÄ™ bardzo spokojnie. Wkładali papier do dzwonka u drzwi, by go wyciszyć. A z czasem wszyscy koledzy z podwórka wiedzieli, że do naszych drzwi można tylko delikatnie zapukać.
    Ile to razy szedłem do pracy nocÄ… patrzÄ…c, jak miasto Å›pi? Tylko gdzieniegdzie w domach, paliło siÄ™ Å›wiatło. Może też u kolejarza? Zawsze myÅ›lałem, aby wrócić szczęśliwie, znów móc zobaczyć rodzinÄ™ i senne lub tÄ™tniÄ…ce życiem miasto.
    Tak stałem w kuchni i patrzyłem na swojÄ… wysłużonÄ… torbÄ™. Miałem zamiar wyłożyć z niej niektóre przedmioty, ale doszedłem do wniosku, że jak tyle lat chodziłem z tÄ… zawartoÅ›ciÄ… i niezbÄ™dnymi rzeczami, zrobiÄ™ tak i dziÅ› na zakończenie mojej służby na kolei. Mila była w domu. PożegnaliÅ›my siÄ™. Niby tak, jak zawsze. Ale gdzieÅ› w sercu pojawiło siÄ™ uczucie, trudne do opisania.
    W godzinach popołudniowych poprowadziłem pociÄ…g poÅ›pieszny “Sudety” relacji Jelenia Góra - Warszawa. Miałem w tym dniu podwójnÄ… satysfakcjÄ™. Zaczynałem pracÄ™ od trasy do stolicy i w ten sam sposób kończyła siÄ™ moja kariera. Ponadto obsługiwałem elektrowóz EP08-010. ParÄ™ dni wczeÅ›niej lokomotywownia Wrocław Główny otrzymała 3 lokomotywy tej serii do obsługi pociÄ…gów ekspresowych na linii do Poznania z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 140 km/h. Niestety “Sudetami” - zgodnie z rozkładem - tak pÄ™dzić nie mogłem, ale jazda “ósemkÄ…” była przyjemna. Lepiej osiÄ…ga i utrzymuje wyższe prÄ™dkoÅ›ci niż EU07. Specjalnie podczas jazdy nie oddawałem siÄ™ rozmyÅ›laniom. ale co pewien czas targały mnÄ… odczucia, że odtÄ…d tÄ™ trasÄ™ bÄ™dÄ™ pokonywał wyłÄ…cznie jako pasażer, wszak prowadzi ona w moje rodzinne strony lub do synów. Adam przeprowadził siÄ™ do Ostrowa Wielkopolskiego, Darek zaÅ›... do Suwałk.
    Po przyjeździe do lokomotywowni Warszawa Olszynka Grochowska i udaniu siÄ™ do dyspozytora, spotkała mnie miła niespodzianka. Przywitali mnie wrocławscy maszyniÅ›ci, odbywajÄ…cy szkolenie na lokomotywach EP09. Wraz z dyspozytorem i maszynistÄ… instruktorem z Olszynki Grochowskiej oraz naszym Bronkiem Kołodziejem, maszyniÅ›ci: Wiesiek Laskowski, Heniek Pawłowski, Lech Misiak, Roman Grzesiuk i Tadziu Seredyński zapragnÄ™li pożegnać w zwrotnej lokomotywowni maszynistÄ™ odchodzÄ…cego na emeryturÄ™. UrzÄ…dzili małe przyjÄ™cie. Byłem tym bardzo zaskoczony i ucieszony jednoczeÅ›nie, bo nie każdemu zdarzało siÄ™ być żegnanym podczas ostatniej jazdy w zwrotnej szopie. SpÄ™dzajÄ…c czas przy kawie, wspominaliÅ›my czasy parowozów i nasze pierwsze lata na taborze. Tego wieczora częściej jednak mnie słuchano. Z obecnych tylko Wiesiek obsługiwał najstarszÄ… trakcjÄ™, a Lech czasem jechał za pomocnika na SP45. Pozostali koledzy zaczynali pracÄ™ na elektrowozach.
    Gdy nastÄ™pnego dnia w godzinach porannych zgłaszałem siÄ™ u dyspozytora na pociÄ…g 16000 Warszawa Wschodnia - Frankfurt nad Menem, koledzy maszyniÅ›ci już uruchomili mojÄ… planowÄ… EU07-369 i wspólnie wyjechaliÅ›my na grupÄ™ postojowÄ… do składu oraz w perony stacji Warszawa Wschodnia. Tam czekał na mnie starszy syn Darek, aby razem ze mnÄ… ostatni raz powrócić ze służby do domu. PodziÄ™kowałem kolegom za miłe chwile spÄ™dzone podczas odpoczynku w lokomotywowni zwrotnej. Po wykonaniu kilku pamiÄ…tkowych fotografii i pożegnaniu, zostało już tylko wypatrywać “zielonego”.

10. Powrot do domu

   Gdy tylko dowiedziałem siÄ™ od mamy, że ojciec odchodzi na emeryturÄ™ 31 maja 1996 r. przysiÄ…głem sobie - bez wzglÄ™du na jakiekolwiek przeciwnoÅ›ci losu - uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu. Mimo iż mieszkam w Suwałkach, z dala od rodzinnego Wrocławia postanowiłem, że obojÄ™tnie skÄ…d ta jazda siÄ™ rozpocznie, bÄ™dÄ™ tam aparatem fotograficznym. Po niedługim czasie dowiedziałem siÄ™, że bÄ™dzie to Warszawa. Ucieszyłem siÄ™, wszak to po drodze do rodzinnego miasta. Starannie przygotowałem siÄ™ do tego wydarzenia. Sprawdziłem dwa aparaty fotograficzne, lampÄ™ błyskowÄ…, zaopatrzyłem siÄ™ w różnego rodzaju filmy i z niecierpliwoÅ›ciÄ… oczekiwałem końca miesiÄ…ca.

    31 maja rannym pociÄ…giem udałem siÄ™ do Warszawy. MyÅ›li moje krÄ…żyły wokół jednego:
    -  DziÅ› ojciec po raz ostatni poprowadzi elektrowóz. Oby nic, nawet w najmniejszym stopniu nie zakłóciło tego wydarzenia.
    Niecierpliwie przechadzałem siÄ™ po peronach Wschodniego. Wreszcie z megafonów ogłoszono podstawienie miÄ™dzynarodowego do Frankfurtu nad Menem. Zza zakrÄ™tu wyłonił siÄ™ oÅ›wietlony przód lokomotywy. StojÄ…c na krawÄ™dzi peronu wykonałem pierwsze pamiÄ…tkowe zdjÄ™cie. Gdy trzasnÄ™ła migawka, ujrzałem w obiektywie uniesionÄ… w geÅ›cie pozdrowienia rÄ™kÄ™ ojca.
    Szedłem ku lokomotywie. Spisałem numery ostatniego wagonu w składzie, gdyż w tym dniu ważne było dla mnie wszystko, co ostatnie. Pytano mnie kilkakrotnie:
    - Pan Dołubizno? ProszÄ™ siÄ™ Å›pieszyć, tato pana wypatruje i nie może siÄ™ doczekać.
    Tak witali mnie ojca koledzy, którzy asystowali mu podczas podstawiania pociÄ…gu. Zrobiłem jeszcze kilka zdjÄ™ć. Dobrze, że już można na stacji siÄ™gnÄ…ć po aparat bez obawy, że naraz obok, jak spod ziemi wyroÅ›nie sokista lub dawny milicjant. W miÄ™dzyczasie do lokomotywy podszedł kierownik pociÄ…gu Wiesław Pietrzak. Z ciekawoÅ›ciÄ… przypatrywał siÄ™ małemu zamieszaniu wokół elektrowozu, ale po krótkim wyjaÅ›nieniu odparł:
    - Mam szczęście. Już drugi raz w tym roku jadÄ™ z maszynistÄ… odchodzÄ…cym na emeryturÄ™. Powodzenia!
    Godzina 12.32:
    - SzesnaÅ›cie, trzy zera - odjazd! - słychać w radiotelefonie głos kierownika pociÄ…gu. RównoczeÅ›nie ojciec wprawnÄ… rÄ™kÄ… przestawia koło nastawnika w pierwszÄ… pozycjÄ™. Rusza w swÄ… OSTATNIĄ SŁUŻBĘ. Pierwszy postój na Centralnym, potem szereg zwolnień na linii Å›rednicowej. Za Włochami rozpoczyna walkÄ™ z czasem. RoÅ›nie prÄ™dkoÅ›ć, coraz wiÄ™ksze skupienie maluje siÄ™ na jego twarzy. Jak w filmie Andrzeja Munka “Kolejarskie słowo”.
    - Bardzo bym chciał zajechać swoim ostatnim pociÄ…giem do Wrocławia zgodnie z planem - rzekł do mnie.
    PomyÅ›lałem wtedy, że zadanie bÄ™dzie jednak trudne. Łatwo bowiem zauważyć, że stolice Polski i Dolnego ŚlÄ…ska majÄ… chyba najgorsze połÄ…czenie w kraju. Tak naprawdÄ™ nie można stwierdzić, iż jedzie siÄ™ magistralÄ… Warszawa - Wrocław. Najpierw pomkniemy “wiedenkÄ…” do Skierniewic, nastÄ™pnie jej odnogÄ… do Łowicza. Potem łÄ…cznicÄ… Łowicz Główny - Łowicz PrzedmieÅ›cie wjedziemy na jednotorowy szlak do Zgierza, bÄ™dÄ…cy trochÄ™ podupadłym fragmentem Drogi Żelaznej Warszawsko - Kaliskiej. Za ŁodziÄ…, już dwutorowym szlakiem dawnej Kolei Kaliskiej bÄ™dziemy zdÄ…żać do Ostrowa Wielkopolskiego. Dalej jednotorowa linia zawiedzie nas do Grabowna Wielkiego, a przez dalszych 18 km skorzystamy z goÅ›cinnoÅ›ci fragmentu dawnej Drogi Żelaznej OleÅ›nicko - Gnieźnieńskiej. Za OleÅ›nicÄ… Ratajami przy posterunku odgałÄ™źnym. Łukanów wjedziemy na szlak do Wrocławia. Jest to 30 kilometrowy odcinek zostajÄ…cej od 1868 r. w sferze marzeń i projektów Drogi Żelaznej Wrocławsko - Warszawskiej. Setki zakrÄ™ceń nastawnikiem, dziesiÄ…tki hamowań; ile trudu musi włożyć maszynista, aby tÄ™ posklecanÄ… z kilku linii 400-kilometrowÄ… trasÄ™ przejechać w piÄ™ć i pół godziny. Na potwierdzenie moich rozmyÅ›lań słyszÄ™ znad koła:
    - DziwiÄ™ siÄ™ pewnym ważnym panom, że potrafiÄ… powiedzieć: co to jest dla maszynisty wsiÄ…Å›ć do lokomotywy, zajechać w trzy godziny “ickiem” do Poznania, zjeÅ›ć na postoju bułkÄ™ i wrócić do domu. Niechby ci panowie udali siÄ™ w podróż dzisiaj, ale nie “salonkÄ…” lub “jedynkÄ…”, tylko wsiedli do lokomotywÄ™ w taki skwar i pojechali ze mnÄ… “pod słońce” do końca służby. Na pewno w połowie drogi zmieniliby zdanie.
    - Fakt - pomyÅ›lałem - jeszcze nie było Skierniewic, a moja koszula nadaje siÄ™ do wymiany.
    ChwilÄ™ potem, jakby dla zmiany nastroju, Tato mówi:
    - WłaÅ›nie do Warszawy pojechałem pierwszÄ… służbÄ™ na parowozie jako “trzeciak”. Marian Gawlik prowadził wtedy “BohemiÄ™”. Jeden z nielicznych pociÄ…gów, który przez moje lata pracy zawsze kursuje mniej wiÄ™cej o tej samej porze w niezmienionej relacji. Ten, którym jedziemy dzisiaj, niegdyÅ› kursował do Paryża.
    MiÄ™dzy Głownem a ŁodziÄ…, na szeregu zwolnień czasowych nie ujÄ™tych w rozkładzie, niestety, “złapaliÅ›my” 10 minut opóźnienia. Przed Żabieńcem mija nas jadÄ…cy do Warszawy bliźniaczy “Frankfurt” z wrocławskÄ… EU07-042. Pozdrowienia rÄ™kÄ… i krótkie życzenia od kolegi z macierzystej lokomotywowni. Po parominutowym postoju na Kaliskiej mknÄ…c w kierunku Kalisza obserwowałem, jak ojciec spoglÄ…da co chwilÄ™ to na zegarek, to na rozkład i nieustannie zerka na prÄ™dkoÅ›ciomierz. Do Sieradza “zgubił” kilka minut. Cały wysiłek jednak poszedł na marne. “Roztropny” dyżurny, miast wpuÅ›cić miÄ™dzynarodowy, wyprawił przecinajÄ…cy nasz tor jazdy pociÄ…g zbiorowy w kierunku Zduńskiej Woli. Dokładnie tyle ile zgubiliÅ›my, odstaliÅ›my pod semaforem wjazdowym w Sieradzu. Znów przypomniał mi siÄ™ film Andrzeja Munka...
    MiÄ™dzy Opatówkiem a Kaliszem Winiarami, przed wiaduktem drogowym ojciec siÄ™gnÄ…ł do torby. OdwijajÄ…c z woreczka foliowego resztki chleba i wyrzucił go przez okno. WidzÄ…c moje zdziwienie, usprawiedliwił siÄ™:
    - To dla ptaszków. Przez czterdzieÅ›ci lat na pewno je przyzwyczaiłem. JadÄ…c z Warszawy - do domu już blisko - zawsze w tym miejscu pozbywam siÄ™ resztek starego jedzenia. To lepsze niż wyrzucić do kubła na Å›mieci.
    W Kaliszu do lokomotywy wsiada instruktor Wiesław Misztal. BÄ™dzie z nami jechał już do końca. To także Jego OSTATNIA JAZDA, również odchodzi na emeryturÄ™. Odcinek do Ostrowa upływa im na wspólnych wspomnieniach. Gdy padały z ust ojca kolejne numery lokomotyw, przebiegła mi przez głowÄ™ myÅ›l:
    - Pt47-12. Jeden plus dwa - to trzy. 131, 153, 036, 369 - wszÄ™dzie trójka. Szczęśliwa cyfra!
    W Ostrowie nasz wjazd fotografował mój brat Adam. Podczas krótkiego postoju zrobiliÅ›my szybko parÄ™ zdjÄ™ć. Ojciec przyjÄ…ł życzenia od synowej Aliny i gonieni przez nieubłaganie płynÄ…cy czas, ruszyliÅ›my na ostatnie 106 km. Chciałem zadać tacie prozaiczne pytanie:
    - Co czujesz, bÄ™dÄ…c tak blisko końca służby?
    ObserwujÄ…c z bratem strzałkÄ™ prÄ™dkoÅ›ciomierza, zmierzajÄ…cÄ… w kierunku 120 km/h - zrozumiałem, jak bardzo ojciec chciał dojechać planowo. Doszedłem do wniosku, że nie należało przeszkadzać. Gdy z bratem umawialiÅ›my siÄ™ telefonicznie na tÄ™ jazdÄ™, przyrzekliÅ›my sobie, że bez wzglÄ™du na kolejowe nakazy i zakazy te ostatnie kilometry pojedziemy razem. Do dziÅ› obaj darzymy wielkim szacunkiem pracÄ™, którÄ… wykonywał nasz ojciec. Mało kto, jak właÅ›nie najbliższa rodzina maszynisty rozumie jaki to “ciÄ™żki kawałek chleba”. Nie sposób policzyć nocy, niedziel i Å›wiÄ…t spÄ™dzonych w domu bez mÄ™ża i ojca jak również godzin w nerwach, gdy mijał czas powrotu ze służby, a nie było go w domu. KiedyÅ› pierwszeństwo miały pociÄ…gi z wÄ™glem, pasażerskie czÄ™sto stały pod semaforem.
    PłynÄ™ły  minuty, ubywało kilometrów, malało opóźnienie... Przed Grabownem Wielkim słychać w radiotelefonie:
    - SzesnaÅ›cie, trzy zera jazda po boku, nie chodzi zwrotnica.
    Znów nieplanowe hamowanie i w żółwim tempie mijamy tory stacyjne. Zza nastawnika słychać tylko westchnienie:
    - A moglibyÅ›my już być pod Dobroszycami.
    Po krótkim postoju w OleÅ›nicy Ratajach i miniÄ™ciu Łukanowa, wjeżdżamy na szlak prowadzÄ…cy już prosto do Wrocławia. Przed Psim Polem po raz kolejny odzywa siÄ™ radio:
    - Włodek, widzÄ™ ciÄ™. PoÅ›piesz siÄ™, bo już na peronie koledzy siÄ™ nie mogÄ… doczekać. Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia - kończy żartobliwie kolega, prowadzÄ…cy w przeciwnym kierunku “Sudety”.
    Tuż za stacjÄ… nerwowe spiÄ™cie. Trzy starsze kobiety przechodziły wolno przez tory w miejscu, gdzie nad nimi jest kładka. Nie patrzyły w stronÄ™ zbliżajÄ…cego siÄ™ pociÄ…gu, nie reagowały na syrenÄ™. “Boki” i koło nastawnika na zero, krótkie nagłe hamowanie..., zdÄ…żyły!!! Znów siÄ™ komuÅ› udało.
    - Tyle już tu osób zginÄ™ło, sami sÄ…siedzi, a oni dalej niczym nie nauczeni chodzÄ… przez to niebezpieczne miejsce. Dobrze, że niedawno minÄ™liÅ›my zwolnienie i prÄ™dkoÅ›ć była nieduża, ale gdybym jechał ponad sto... - komentował wydarzenie ojciec.
    Nasz wjazd na stacjÄ™ Wrocław Nadodrze i ostatni fragment drogi filmuje Lesław Godziewski, dyspozytor z macierzystej lokomotywowni:
    - Mam nagranych wszystkich maszynistów, którzy w ostatnim czasie przeszli na emeryturÄ™. Wspaniały to bÄ™dzie dokument dla nastÄ™pnych pokoleń.
    Wolno jechaliÅ›my po krÄ™tym szlaku przez miasto. Z prÄ™dkoÅ›ciÄ… 40 km/h zbliżaliÅ›my siÄ™ do stacji Wrocław Mikołajów. Bez słów patrzyliÅ›my, jak z prawej strony wolno zbliża siÄ™ do naszego toru człowiek. Stanowcze “bacznoś㔠zatrzymało go na chwilÄ™, po czym znów zaczÄ…ł siÄ™ zbliżać, w końcu stanÄ…ł i patrzył w naszÄ… stronÄ™. Ojciec rozpoczÄ…ł lekkie hamowanie, mocno trzymajÄ…c w rÄ™ku rÄ™kojeÅ›ć hamulca. Gdy minÄ™liÅ›my człowieka, tato długo jeszcze obserwował go w lusterku, by w końcu powiedzieć z ulgÄ…:
    - Dobrze, że tylko stał.
    To, z pozoru błahe zdarzenie nie zrobiło na mnie w tamtym momencie wiÄ™kszego wrażenia. Ale to, co przeżywał wtedy ojciec kilka minut przed zakończeniem ostatniej służby, w pełni dotarło do mnie w czasie pisania “Maszynisty”. W podobny sposób zachowywali siÄ™ niektórzy desperaci. Gdy potem oglÄ…dałem taÅ›mÄ™ wideo z zapisem ostatnich kilometrów jazdy przekonałem siÄ™, że nie mogło być u ojca innej reakcji.
    ChwilÄ™ postaliÅ›my jeszcze na Mikołajowie. Trzeba było przepuÅ›cić jadÄ…cy z przeciwka a krzyżujÄ…cy siÄ™ z nami planowy Szczecin. W końcu ruszyliÅ›my. Przed nami był już tylko Wrocław Główny.
    O 18.05 wjechaliÅ›my na tor 7 przy peronie 4. Niestety, nie udało siÄ™ skrócić - mimo wielu wysiłków - tych 10 minut złapanych przed ŁodziÄ…. Ostatnie hamowanie z pociÄ…giem. Po zatrzymaniu i dajÄ…cej siÄ™ zauważyć króciutkiej chwili zadumy, ojciec wyszedł na peron do oczekujÄ…cych i witajÄ…cych go kwiatami kolegów maszynistów. WÅ›ród wielu życzeń i gratulacji, szczególnie zapamiÄ™tałem te, wypowiedziane przez przewodniczÄ…cego ZwiÄ…zku Zawodowego Maszynistów Lokomotywowni Wrocław Główny, Eugeniusza Derejczyka:
    - Za czterdzieÅ›ci lat twórczej pracy dla dobra Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny...
    Tak, niech miarÄ… tej twórczoÅ›ci bÄ™dÄ… miliony przejechanych kilometrów i przewiezionych bezpiecznie do celu podróżnych.
Spokojny zjazd do szopy, został przerwany postojem przy punkcie kontrolnym. Na odcinku spod “kontrolnego” do szopy, siedzÄ…cy w drugiej kabinie koledzy zrobili ojcu małego psikusa, “zabierajÄ…c sterowanie”.
    - Hm, pewno chcÄ…, abym zdefektował na koniec - powiedział ojciec momentalnie usuwajÄ…c “usterkÄ™”.
    BezpoÅ›rednio przed lokomotywowniÄ… tato sprawdził działanie SHP i zaraz potem długim sygnałem oznajmił okolicy swój powrót z ostatniej służby. To przede wszystkim dla żony. Nie było jej podczas powitania na peronie ale w tym dniu miała innÄ…, bardzo ważnÄ… rolÄ™ pierwszej gospodyni przyjÄ™cia dla witajÄ…cych ojca goÅ›ci. Z Lesławem Godziewskim namówiliÅ›my tatÄ™ na wykonanie popularnego wÅ›ród sympatyków kolei “fotostopu”, czyli poszliÅ›my na balkon posterunku zwrotnicowego Wg30 - on z kamerÄ…, ja z aparatem - by z góry uwiecznić ostatni zjazd do lokomotywowni. Gdy obserwowaliÅ›my przez obiektywy defilujÄ…cy przed nami elektrowóz, z pobliskiej torom Å›wietlicy dał siÄ™ słyszeć Å›miech i komentarz mamy:
    - Jak dzieci! Ciekawe jak długo bÄ™dÄ… jeszcze tak tam i z powrotem jeździć.
    Przed halÄ… lokomotywowni witali ojca kolejni współpracownicy m.in.: kierownik oddziału napraw taboru Ryszard Karsznia oraz wspólnicy Andrzej Paluszkiewicz i Władysław Sikorski. Całkiem młode pokolenie maszynistów reprezentował Darek Boszko i ojca nastÄ™pca na EU07-369 Jacek Szarszewski. Gdy tato witał siÄ™ z tym ostatnim, przekazujÄ…c mu klucze od lokomotywy i nastawnik pomyÅ›lałem, że marzyłem kiedyÅ› o takiej sytuacji i widziałem siebie na miejscu Jacka. Ale los nie dał mi usiÄ…Å›ć za nastawnikiem, dajÄ…c za to chÄ™ci do siÄ™gania po pióro i aparat fotograficzny. Po powitaniu, tato wraz ze wspólnikami Andrzejem i Władkiem, po raz ostatni wspiÄ…ł siÄ™ po drabince do kabiny maszynisty. WpisujÄ…c w “KsiÄ…żce pokładowej” uwagÄ™ o bezawaryjnej pracy pojazdu, jakby mimochodem skierował uwagÄ™ do wspólników:
    - Dzisiaj mnie też nie zawiodła, spisała siÄ™ na medal!
    Krótko potem razem wprowadzili pojazd pod dach lokomotywowni. Ojciec pożegnał siÄ™ ostatecznie ze swojÄ… trzy..., szeÅ›ć..., dziewiÄ™ć... Po zdaniu wykazu dyspozytorowi wszyscy udaliÅ›my siÄ™ do Å›wietlicy, gdzie tato mógł wreszcie przywitać z naszÄ… mamÄ….
    - Gdy usłyszałam długÄ… syrenÄ™, od razu wiedziałam, że to ty. Już wiÄ™cej nie bÄ™dÄ™ musiała na ciebie czekać.
    W czasie przyjÄ™cia, które szybko mijało w dobrych nastrojach na wspomnieniach ze szlaku, Ojciec otrzymał od kolegów prezenty, miÄ™dzy innymi dwa zegary:
    - Aby odmierzały same spokojne i szczęśliwe dni zasłużonego odpoczynku.
    Od kolegów zwiÄ…zkowców budzik, bÄ™dÄ…cy tak w kształcie, jak i w wydawanych odgłosach parowozem, a od oddziału napraw Å›cienny z końmi, które przypominać bÄ™dÄ…, że wiÄ™kszoÅ›ć życia spÄ™dził właÅ›nie “na koniach”. W rewanżu każdy z uczestników spotkania otrzymał wykonany przeze mnie “Specjalny raport z jazdy” - ostatni (choć już nieoficjalny) dokument podpisany przez ojca jako maszynistÄ™

11. Czterdziestolecie 1957-1997

    Budynek dawnej parowozowni, późniejszej lokomotywowni Wrocław Główny jest jedynym w swoim rodzaju obiektem w Polsce. Ogromne hale wybudowano z myÅ›lÄ… o przeznaczeniu na cały wiek bez koniecznoÅ›ci rozbudowy.
    Gdy zatrudniłem siÄ™ na kolei i pierwszy raz przyszedłem do szopy przeraził mnie, ale jednoczeÅ›nie zafascynował widok tylu czynnych parowozów różnego typu. Od małego Tp4, do kolosa Pt47. Z kolejÄ… obyłem siÄ™ już co nieco w ZNTK Wrocław, jednakże tam miałem możliwoÅ›ć oglÄ…dania lokomotyw parowych niejako “od kuchni”. W “zetenteku” stały parowozy zimne, uszkodzone, demontowane na części i naprawiane. Natomiast w parowozowni wszystkie kanały były zapełniane do ostatniego miejsca maszynami gorÄ…cymi. Pracowały obie przesuwnie. Gdy któraÅ› z maszyn wyjeżdżała do pociÄ…gu, jej miejsce zajmowała lokomotywa wracajÄ…ca z drogi. Wydzielona część hali zachodniej służyła do napraw rewizyjnych parowozów własnych. Parowozy obce stały na zewnÄ…trz, od strony wschodniej.
    Podczas moich pierwszych dni pracy w parowozowni Wrocław Główny, na jej stanie znajdowało siÄ™ kilka serii parowozów. Podstawowymi i bardzo szanowanymi maszynami były poÅ›pieszne Pt47. Do obsługi pociÄ…gów osobowych codziennie wyjeżdżało kilkadziesiÄ…t Ok1. Mniej licznie wrocławskÄ… szopÄ™ reprezentowały TKt48, zatrudniane na linii Wrocław - Jelcz Miłoszyce, gdzie na stacji zwrotnej nie było możliwoÅ›ci “obracania” parowozu. Do pracy manewrowej kierowano Tp4. CałoÅ›ć uzupełniało kilka Tr203, z przeznaczeniem do tzw. pracy różnej. Sporadycznie w okresach zwiÄ™kszenia przewozów, podstawowy tabor wspomagano parowozami Ot1 i Ol49 z Jeleniej Góry i Kłodzka. Parowozownia prawie przez całÄ… dobÄ™ tÄ™tniła życiem. Smutne wrażenie sprawiała jedynie w Å›rodku nocy, jak kończyło siÄ™ służbÄ™ około 2.00 wracajÄ…c “BohemiÄ…” z MiÄ™dzylesia. WewnÄ…trz hali stały może dwa, trzy parowozy. Był to jednak bardzo krótki okres. Porannymi pociÄ…gami wracały z różnych stron Polski wrocławskie maszyny. Parowozownia znów budziła siÄ™ do życia.
    Rok 1957 był rokiem, w którym grono drużyn trakcyjnych powiÄ™kszyło siÄ™ o najwiÄ™kszÄ… w historii liczbÄ™ nowo przyjÄ™tych. PracÄ™ w parowozowni Wrocław Główny podjÄ™ło wówczas 18 ludzi. Znam te dane, ponieważ swego czasu przy zwiÄ…zkach zawodowych działała “rada drużyn”. Byłem jej członkiem i kilka lat przewodniczÄ…cym. Zadaniem rady było uczestniczenie w spotkaniach bezpoÅ›rednio dotyczÄ…cych drużyn trakcyjnych, opiniowanie i przedstawianie propozycji awansów, nagród, odznaczeń, przydziału kolonii dla dzieci i wczasów rodzinnych. Przede wszystkim zaÅ› - co bardzo sobie w owym czasie chwaliłem - służyliÅ›my fachowÄ… pomocÄ… przy układaniu planów. BraliÅ›my udział w spotkaniach z kierownikiem trakcji i maszynistami instruktorami, dotyczÄ…cych obsadzania drużyn na poszczególne parowozy. Nie wszystkie propozycje dotyczÄ…ce obiegów, czy obsad udawało siÄ™ wprowadzić, ale w wiÄ™kszoÅ›ci przypadków słuchano nas, liczÄ…c siÄ™ ze zdaniem tych “na dole”.
    Z tych 18, tylko ja dojeździłem szczęśliwie do emerytury - pozostali z różnych powodów “wykruszyli siÄ™” po drodze...
    Inne to były czasy. Drużyny parowozowe z Wrocławia to była swego rodzaju Å›mietanka, składajÄ…ca siÄ™ z - bÄ™dÄ…cych wzorami do naÅ›ladowania - przedwojennych maszynistów lwowiaków i wilniaków oraz powojennych starszego pokolenia. Młodzi starali siÄ™ jak najbardziej godnie, reprezentować grono pierwszych ludzi parowozu. Dysproporcja w hierarchii stanowisk miÄ™dzy maszynistÄ… a pomocnikiem była ogromna. Tam gdzie stała grupa tych pierwszych, pomocnik nie miał prawa zbliżyć siÄ™ nawet na parÄ™ kroków. Nie miał prawa słyszeć, o czym rozmawiajÄ… maszyniÅ›ci. Zachowywano w ten sposób konieczny dystans w relacjach maszynista - pomocnik. Liczono siÄ™ bardzo ze słowem maszynisty i żaden podwładny - czy w czasie służby, czy po niej - nie Å›miał siÄ™ mu przeciwstawić. Na każdym kroku dawało siÄ™ odczuć ogólny szacunek dla tej elity kolejowych szlaków. Potwierdzeniem stosunków, jakie wówczas panowały niech bÄ™dzie zdarzenie, które przeżyłem w pierwszych latach pracy jako pomocnik.
    Gdy odcinek krakowski skrócono do Gliwic, pojechałem tam z maszynistÄ… Belottim (imienia, niestety nie pamiÄ™tam) na parowozie Pt47-155. BÄ™dÄ…c już w parowozowni Gliwice poprosiłem mechanika, by jak pójdzie do dyspozytora, wziÄ…ł także dla mnie “bona na zupÄ™”. Belotti był krótko przed emeryturÄ… i tak powiedział:
    - Nie chce mi siÄ™ już dzisiaj iÅ›ć taki kawał. Masz wykaz, idź sam do dyspozytora, załatw co trzeba, weź dla nas bony i wracaj.
    Tak też uczyniłem, ale dyspozytor zabrał mi ów wykaz mówiÄ…c:
    - ChcÄ™ zobaczyć maszynistÄ™.
    Wróciłem wiÄ™c na parowóz, dokładnie powtarzajÄ…c słowo w słowo to co powiedział dyspozytor. Maszynista wysłuchał i spokojnie odparł:
    - No to idziemy razem zobaczyć dyspozytora.
    W obramowaniu przepierzenia oddzielajÄ…cego pomieszczenie, w którym przebywał dyspozytor, wszystkie szyby były tak brudne, że aby go ujrzeć należało siÄ™ mocno schylić do małego kwadracika bez szybki. Belotti - a był to kawał chłopa z dłońmi jak przysłowiowe bochny chleba - stojÄ…c wyprostowany spytał, wolno cedzÄ…c słowa:
    - Słyszałem od mojego pomocnika, że chcesz mnie widzieć, ale przez te brudne szyby to mnie na pewno nie zobaczysz.
    KończÄ…c ostatnie słowo, walnÄ…ł pięściÄ… w obramowanie, które od tego jednego uderzenia rozleciało siÄ™ w drzazgi. MaszyniÅ›ci czekajÄ…cy w “brechauce” (tak potocznie nazywano kiedyÅ› pomieszczenie znajdujÄ…ce siÄ™ bezpoÅ›rednio przy dyspozytorze) podczas uderzenia zerwali siÄ™ na równe nogi. WidzÄ…c jednak, jaki maszynista był przyczynÄ… zamieszania, nie powiedzieli ani słowa. Gdy przestały spadać na podłogÄ™ resztki spróchniałego drzewa i potłuczonych szyb, mój mechanik rzekł tylko:
    - Teraz mnie widzisz. ProszÄ™ dać dwa bony i wykaz. Maszynista Belotti, wrocławski parowóz Pt47-155.
    Dyspozytor bez słów spełnił to życzenie. Belotti po załatwieniu i otrzymaniu tego co chciał, powiedział:
    - Dobranoc.
    WyszliÅ›my.
    WracajÄ…c do parowozu byłem trochÄ™ zaszokowany tym, co zobaczyłem. Maszynista kazał mi jednak iÅ›ć na zupÄ™ i niczym siÄ™ nie przejmować. Faktycznie nikt nigdy nie wrócił do tej sprawy, choćby w najmniejszym dochodzeniu, czy wyjaÅ›nieniu. WczeÅ›niej znałem Belottiego od innej strony. Uchodził wÅ›ród pomocników za spokojnego, inteligentnego, przedwojennego maszynistÄ™ z zasadami. Chyba nie mógł znieÅ›ć tego, że ktoÅ› oÅ›mielił siÄ™ podważyć jego raz wydane polecenie. DziÅ›, gdy przywołałem z pamiÄ™ci to zdarzenie, doszedłem (nie po raz pierwszy) do wniosku, że w tamtych czasach maszynista to był ktoÅ›! Wszyscy liczyli siÄ™ z jego słowem, gestem.
    W latach szeÅ›ćdziesiÄ…tych i siedemdziesiÄ…tych inna była ludzka mentalnoÅ›ć. Na każdym kroku dawało siÄ™ zauważyć szacunek dla pracownika i wykonywanej przez niego pracy, jak również szacunek wyrażany przez pracownika dla mienia i zakładu pracy, szacunek jednych dla drugich.
    Corocznie przed wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy organizowano zebrania. Spóźnionym nie udawało siÄ™ już dostać do baraku, w którym siÄ™ odbywały, gdyż pomieszczenie wypełnione było po brzegi maszynistami i ich pomocnikami. ObjaÅ›nień naczelnika parowozowni i kierownika trakcji dotyczÄ…cych wdrożenia nowych planów słuchano z należytÄ… powagÄ… i szacunkiem. Spostrzeżenia oraz zmiany jakie w trakcie spotkań sugerowali maszyniÅ›ci były notowane i - w miarÄ™ możliwoÅ›ci - nanoszono do obiegów odpowiednie poprawki, mimo że plany i wykresy były rysowane odrÄ™cznie. W ostatnich latach mojej pracy w PKP sala Å›wietlicy, w której odbywały siÄ™ zebrania przed nowym rozkładem Å›wieciła pustkami. Przychodziło na nie zaledwie kilka osób. Pozostali, zniechÄ™ceni znanymi od lat ciÄ…głymi pretensjami kierownictwa, a także widocznym brakiem zainteresowania bezpoÅ›redniego przełożonego maszynistów po prostu przestali na te zebrania przychodzić. Pracownik zastÄ™pujÄ…cy kierownika, okazywał siÄ™ człowiekiem mało wyrozumiałym, w wielu przypadkach niekompetentnym.
    Po zlikwidowaniu w 1973 r. trakcji parowej w Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny oraz zubożeniu w nastÄ™pnych latach odcinków obsługi trakcjÄ… spalinowÄ…, lokomotywownia zaczÄ™ła pustoszeć. Nowe pojazdy trakcyjne nie wymagajÄ…ce tak czÄ™stej obsługi warsztatowej, coraz rzadziej goÅ›ciły pod dachem. Wybudowany na stulecia obiekt stał siÄ™ najwiÄ™kszym w Polsce “gołÄ™bnikiem”. NiegdyÅ› unoszÄ…ce siÄ™ ku górze dymy z parowozowych kominów nie pozwalały na gnieżdżenie siÄ™ tych sympatycznych, ale i uciÄ…żliwych ptaków.
    Wraz z odejÅ›ciem trakcji parowej i spalinowej odchodzili również z zakładu ludzie starszego pokolenia, maszyniÅ›ci przedwojenni oraz rozpoczynajÄ…cy karierÄ™ zawodowÄ… tuż po wojnie. Ci, którzy podnosili ten zakład z gruzów i z pasjÄ… uruchamiali odzyskany od okupanta tabor, organizujÄ…c pierwsze na Ziemiach Odzyskanych połÄ…czenia kolejowe. Ich odejÅ›cie rozpoczÄ™ło powolny proces utraty prestiżu stanowiska maszynisty, którego dopełnił podział na tych z legitymacjÄ… partyjnÄ… i tych niosÄ…cych sztandar z napisem “SolidarnoÅ›ć”.
    KilkanaÅ›cie miesiÄ™cy po moim przejÅ›ciu 31 maja 1996 r. na emeryturÄ™, obecny Zakład Taboru Wrocław Południe jako sam obiekt przeobraził siÄ™ na korzyÅ›ć. HalÄ™ częściowo odremontowano wyposażajÄ…c w nowoczesne ogrzewanie gazowe. Założono nowe bramy wjazdowe, mocno przeszklone i estetycznie siÄ™ prezentujÄ…ce, zamykane oraz otwierane automatycznie. To już postÄ™p. Zmodernizowano nie nadajÄ…ce siÄ™ do obsługi nowoczesnego taboru płytkie kanały rewizyjne. Zelektryfikowano Å›rodkowÄ… część hali, a także uruchomiono nowÄ…, cicho jeżdżÄ…cÄ… przesuwniÄ™. Czasem podczas moich odwiedzin w szopie zauważam także wiÄ™cej taboru stojÄ…cego wewnÄ…trz hali. Sprawia to już wrażenie, że nie tylko gołÄ™bie okupujÄ… lokomotywowniÄ™.
    Od 1964 r. oprócz zaangażowania zawodowego, czynnie uczestniczyłem w życiu społecznym Parowozowni, później Lokomotywowni Pozaklasowej Wrocław Główny. Nigdy nie interesowała mnie wielka polityka. Zajmowałem siÄ™ wyłÄ…cznie sprawami nie wykraczajÄ…cymi poza teren mojego zakładu pracy. UczestniczÄ…c w wielu naradach i spotkaniach starałem siÄ™ godnie reprezentować maszynistów. ZabierajÄ…c czÄ™sto głos, nie tylko informowałem o problemach drużyn trakcyjnych. Przedstawiałem także wiele propozycji poprawy warunków pracy oraz poddawałem ostrej krytyce posuniÄ™cia administracji i organizacji partyjnych, godzÄ…ce moim zdaniem w interesy pracownika.
    Nieprzejednana postawa przy reprezentowaniu Å›rodowiska drużyn trakcyjnych spowodowała, że z czasem wybierano mnie do władz zakładowych organizacji społecznych i partyjnych. Starałem siÄ™ należycie wywiÄ…zywać z nałożonych na mnie obowiÄ…zków. W lutym 1981 r. objÄ…łem funkcjÄ™ sekretarza zakładowej organizacji partyjnej. Jedna z uchwał zobowiÄ…zywała mnie do sfinalizowania budowy - długo od lat oczekiwanych kanałów rewizyjnych elektrycznych zespołów trakcyjnych. PrzeglÄ…dy codzienne tego taboru odbywały siÄ™ na torach stacyjnych, w błocie i nieczystoÅ›ciach. Wspólnie z administracjÄ… lokomotywowni i maszynistÄ… instruktorem Piotrem TrÄ™bickim prowadziłem żmudne rozmowy z DolnoÅ›lÄ…skÄ… DOKP, która po wielu miesiÄ…cach “wyrzucania nas drzwiami i powrotów oknami”, wygospodarowała w końcu Å›rodki na budowÄ™ obiektu z prawdziwego zdarzenia. W niedługim czasie rozpoczÄ™to jego realizacjÄ™. Po wybudowaniu dwóch kanałów długich na trzy jednostki EN57 oraz wiaty nad nimi dumny byłem, że wniosłem również mój skromny udział przyczyniajÄ…cy siÄ™ do znacznego polepszenia warunków pracy. Poprawiła siÄ™ jakoÅ›ć wykonywanych przeglÄ…dów codziennych, przez to zaÅ› bezpieczeństwo jadÄ…cych nim podróżnych i obsługujÄ…cych go ludzi.
    Służba dla społeczeństwa, dla zakładu pracy i jego załogi była celem mojej czterdziestoletniej kariery zawodowej. MyÅ›lÄ™, że z pożytkiem wypełniłem to zadanie. ProwadzÄ…c po polskich kolejowych szlakach pociÄ…gi pasażerskie, przewiozłem ponad 3 miliony podróżnych. Pokonałem 60 okrÄ…żeń ziemskiego równika.
    11 lutego 1997 r. brałem udział w spotkaniu emerytowanych maszynistów zorganizowanym przez ZwiÄ…zek Zawodowy Maszynistów Lokomotywowni Wrocław Główny. Z radoÅ›ciÄ… spotkałem na nim mojego pierwszego maszynistÄ™ Mariana Gawlika, który gratulował mi - tak jak ja jemu przed laty - szczęśliwego zakończenia ostatniej służby. Mimo sÄ™dziwego wieku trzyma siÄ™ bardzo dobrze. ŻyczÄ™ wszystkim maszynistom - tym co przede mnÄ… pożegnali siÄ™ z lokomotywÄ… jak i tym, których nieubłaganymi prawami natury czeka kiedyÅ› zasłużony odpoczynek - abyÅ›my mogli corocznie w jak najszerszym gronie zasiÄ…Å›ć przy okazji takich spotkań do stołu i wspominać z satysfakcjÄ… syk pary, gang diesla, szum przetwornic, miarowy stukot kół pociÄ…gu...
    DziÅ› piszÄ…c te wspomnienia po odejÅ›ciu na emeryturÄ™ niejednokrotnie rozmyÅ›lam, dlaczego nie ciÄ…gnie mnie do tej pracy, którÄ… tak lubiłem i wykonywałem przez 40 lat z wielkim szacunkiem. Jedynym wytłumaczeniem jakie mi przychodzi na myÅ›l jest to, że organizacja pracy i przemiany jakie nastÄ…piły na kolei, nie poszły po mojej myÅ›li. SÄ… nie do przyjÄ™cia dla - jakby nie było - “starego maszynisty” z zasadami. Jednak? Gdy widzÄ™ przejeżdżajÄ…cy pociÄ…g zawsze przez chwilÄ™ przebiega mi przyjemna myÅ›l, że kiedyÅ› ja również byłem tym, co prowadził lokomotywÄ™ na czele składu. Mam ogromny szacunek dla ludzi w kabinach. MyÅ›lami bÄ™dÄ…c razem z Nimi, zawsze życzÄ™ na odległoÅ›ć:
   -ABYŚ  KOLEGO  SZCZĘŚLIWIE  WRÓCIŁ  DO  DOMU ...

Dariusz R. Dołubizno 

Suwałki, kwiecień 1997

Powrot do poczÄ…tku